Reklama

Reklama

Bez Hamulców. Pokaż mi, jaką masz oponę …

Wraca temat opon w żużlu. Sądziłem, że jak na Grand Prix wszyscy wezmą ogumienie z podstawionego przez organizatorów busa, to problem zniknie. Porozmawiałem jednak z kilkoma osobami, które były na GP Czech w Pradze i muszę przyznać, że byłem naiwny.

Co prawda informację, że dwóch zawodników dostało opony oznaczone swoim nazwiskiem, szybko zweryfikowałem jako nieprawdziwą (ku oburzeniu informatora), ale działy się za to inne rzeczy, które budzą zdziwienie.

Po pierwsze Emil Sajfutdinow. Jeździł na oponach Anlasa z busa. Na niedzielny turniej trafiły mu się takie, które po dwóch okrążeniach miały totalnie zdarte klocki. To dlatego w finale Sajfutdinow przyjechał czwarty. Zapas się skończył i w najważniejszym biegu nie było czym straszyć. Dobrze, że chociaż w piątek mu poszło i stanął na drugim stopniu podium.

Reklama

Po drugie Jason Doyle. W piątek miał opony z busa i zajął 12. miejsce. W niedzielę pojechał na swoich i awansował do półfinałów, zajmując ostatecznie 6. miejsce.

Po trzecie żadna z tych osób, z którymi rozmawiałem, a co najmniej dwie z nich były blisko parku maszyn, nie zauważyły, żeby organizatorzy w jakikolwiek sposób weryfikowali, czy zawodnicy korzystają z tych opon, które wzięli z busa.

Po czwarte okazuje się, że biorąc opony Anlasa do jazdy trzeba koniecznie sprawdzić datę produkcji. - te z 16 tygodnia tego roku, to lipa - słyszymy, choć proszę nie łapać mnie za cyferki, bo mogłem pomylić tydzień. Zasadniczo chodzi o to, że opony z różnych partii rzekomo różnią się od siebie i to wychodzi w trakcie jazdy. Sajfutdinow i Doyle mogli trafić na opony z tego lipnego tygodnia.

Dobrze by było, żeby BSI i FIM wyjaśniły wszystkie wątpliwości dotyczące opon tureckiego producenta. Zwłaszcza że jest on sponsorem cyklu. A od wiceprezydenta FIM Armando Castagni oczekuję zajęcia zdecydowanego stanowiska. Tu nie chodzi o skreślanie Anlasa, lecz o sprawdzenie tak, by zawodnicy mieli równe szanse.

Na razie Castagna nie zachowuje się tak, jakbym tego oczekiwał. Wysłałem mu zresztą maila w sprawie polskich badań żużlowych opon, a on, zamiast odpowiedzieć odesłał mnie do szefa GKSŻ Piotra Szymańskiego. Tyle że pan Szymański zrobił, co do niego należało. Polska federacja sprawdziła jedne i drugie opony (Anlas, Mitas), poinformowała o znaczących odchyłach od normy, a teraz ruch należy do FIM.

W ogóle to aż dziw bierze, że FIM nic z tym nie robi. To ja się pytam, po co są homologacje, po co są wyznaczane jakieś normy dla sprzętu, skoro nie trzeba się tego trzymać. Jeśli opony są o 10 procent za miękkie, to trzeba uderzyć pięścią w stół i zrobić z tym porządek, a nie chować głowy w piasek.

Dobrze, że na meczach naszej PGE Ekstraligi opony są sprawdzane. Z moich informacji wynika, że ostatnio we Wrocławiu (spotkanie Betard Sparta - Eltrox Włókniarz) opony miały między 63 a 65 w skali Shore’a. Powinno być 70, w najgorszym razie 68, ale pamiętajmy, że badanie odbyło się w warunkach stadionowych. Ja bym uznał tez 63 do 65 za dobry wynik. Przed rozpętaniem oponiarskiej burzy mieliśmy pomiary grubo poniżej 60.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje