Reklama

Reklama

Bez Hamulców: Jak wejdzie elektronika, tunerzy pójdą z torbami

Kibice, dla których żużel jest fajną zabawą, bo działa na wszystkie zmysły, będą zrozpaczeni, gdy zawodnicy przesiądą się na motocykle z elektrycznymi silnikami. Zamiast rozsadzającego uszy warkotu będą słyszeli odgłos, który można porównać do pracującego odkurzacza. Nie będą też czuli charakterystycznego zapachu spalanego oleju rycynowego.

Elektryczny żużel blisko, coraz bliżej. Chyba tak, zważywszy na to, że moda na eko w sportach motorowych zatacza coraz szersze kręgi. Na razie więcej "prądu" mamy tam, gdzie są większe pieniądze (Formuła 1), ale za chwilę ten trend pójdzie dalej.

Na razie żyjemy wyścigiem tunerów, którzy zamknięci w swoich warsztatach tuningują i serwisują silniki GM-a, a równocześnie pracują nad silnikiem NX, który może znacząco zmienić układ sił. Wyniki pierwszych testów są obiecujące. Żartuje się nawet, że gdyby taki Bartosz Zmarzlik skorzystał z silnika NX w zawodach, to przyjechałby co najmniej kilka metrów przed innymi.

Reklama

Jednak walka o to, kto stworzy lepszego NX-a za chwilę może stracić sens. Okaże się, że to produkt na kilka lat, bo wszystko wyprze elektronika. Coraz mocniej słychać, że FIM szykuje się do takiego skoku w przyszłość. A jak już to ogłoszą, to lawina ruszy, bo w federacji droga od słowa do czynu jest bardzo krótka. Na pewno z elektronicznymi silnikami nie będzie tak, jak z produkcją elektrycznych samochodów w Polsce, którą kiedyś zapowiedział premier Mateusz Morawiecki.

Elektryczny żużel wydaje się kwestią czasu. To nie stanie się za rok, czy dwa. W końcu jednak to przyjdzie tak, jak przyszły zatkane tłumiki, które wprowadzono pod hasłem ochrony środowiska.

Żużel na zderzenie z przyszłością poczeka dłużej niż inne sporty motorowe (te kasowe i masowe), bo ujarzmienie 300 panów kręcących się w lewo nie będzie miało dla FIM takiego znaczenia, jak ogarnięcie tych gałęzi, gdzie jest większa liczba uczestników i naprawdę wielka kasa. Wiem, zachwycamy się milionowymi kontraktami w żużlu, ale na tle innych ten speedway wypada blado.

Przyznam, że mam nadzieję, iż nie dożyję czasów, gdy zawodnicy będą musieli wkładać w ramy elektroniczne silniki. Jestem tradycjonalistą, który żużel chciałby mieć podawany w obecnej formie już zawsze. Jeśli jednak nie wyjdzie, to zacisnę pięści i spróbuję poszukać piękna w dźwięku odkurzacza. A zapach? Może ktoś zrobi kiedyś żużlowe perfumy. Skoro jeden z prezesów chciał produkować perfumy o zapachu marihuany, to wszystko jest możliwe.

A tak swoją drogą, to akurat teraz możemy się cieszyć z tego, że za żużlem nie stoją wielkie koncerny. W innym razie kilka wersji elektrycznego silnika już leżałoby na stole i trwałaby dyskusja, czy wprowadzamy już, czy za rok.

PS: Jeśli elektroniczne silniki wejdą do żużla, to już nikt nie będzie wypominał tunerom milionów zarabianych obecnie na produkcji jednostek napędowych. Tunerzy-milionerzy, bo tak czasami się o nich mówi, pójdą z torbami.

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź



Dowiedz się więcej na temat: żużel | Bartosz Zmarzlik

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje