Reklama

Reklama

Bez Hamulców. Jak urzędnik omal nie uśmiercił klubu

Był grudzień 2019. To wtedy urząd miasta Rybnika powiedział o konieczności zwrotu całej dotacji, jaką otrzymał wówczas ROW Rybnik. Bo źle rozliczona i z błędami. Gdyby wtedy prezes ROW-u odpuścił, to klub musiałby oddać blisko 2 miliony złotych i nie miałby środków na bieżącą działalność. Mógłby nawet przestać istnieć.

Po cichu, bez rozgłosu, pojawiła się informacja o tym, że dotacja miejska dla ROW-u Rybnik na sezon 2019 została jednak dobrze rozliczona i zaakceptowana. Klub nie musi zwracać 2 milionów złotych. Urząd potrzebował dwóch lat, żeby dojść do tego wniosku. W tym czasie w klubie siedzieli jak na szpilkach, bo ewentualny zwrot groził naprawdę poważnymi konsekwencjami.

Gdyby prezes ROW-u Rybnik uznał racje urzędnika, to klubu już by nie było

Temat dotacji dla ROW-u pokazuje, jak wielką władzę ma urzędnik. Nie znam z imienia i nazwiska osoby, która zakwestionowała sposób rozliczenia dotacji na rok 2019 przez FOW. Wiem natomiast, że gdyby wtedy prezes Krzysztof Mrozek uznał racje tegoż urzędnika, to dziś rybnicki klub byłby pogrążony w finansowym chaosie.

Reklama

Mniejsza o to, że po wypłynięciu sprawy dotacji Mrozek przeczytał o sobie, że jest dyletantem, który musi sobie kupić dobre liczydło. Każdy prezes musi się liczyć z krytyką. Gorzej, że błędna ocena urzędnika mogła położyć klub 12-krotnego mistrza Polski na łopatki. Brakowało naprawdę niewiele.

ROW Rybnik wydał 15 tysięcy na profesora, żeby zaoszczędzić miliony

Słabe jest też to, że klub żył w strachu prawie dwa lata. Tyle czasu zajęło sporządzenie liczącej trzy strony opinii (jesteśmy w jej posiadaniu), pod którą podpisało się trzech radców prawnych. Swoją drogą klub na początku ubiegłego roku wsparł miasto opinią profesora Czesława Martysza, za którą zapłacił 15 tysięcy złotych. Klub będąc pewien swoich racji, wydał te pieniądze, żeby zaoszczędzić miliony. Swoją drogą opinia profesora była dla rybnickich urzędników miażdżąca.

To, co stało się w Rybniku, może się wydarzyć w każdym innym mieście, w którym znajdzie się urzędnik (urzędnicy), którzy będą chcieli pokazać, że wiedzą lepiej. Z punktu widzenia żużlowych klubów, o których mówi się, że śpią na samorządowych pieniądzach, to niezbyt ciekawa perspektywa. Utrata milionowych dotacji grozi bowiem marazmem. Chyba że ktoś znajdzie dobrego wujka z Ameryki, ale z tym nie jest łatwo.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy