Reklama

Reklama

  • 1 .Bayern Monachium (13 pkt.)
  • 2 .VfL Wolfsburg (13 pkt.)
  • 3 .Borussia Dortmund (12 pkt.)
  • 4 .Bayer 04 Leverkusen (10 pkt.)
  • 5 .1. FSV Mainz 05 (10 pkt.)
  • 6 .SC Freiburg (9 pkt.)
  • 7 .1. FC Koeln (8 pkt.)
  • 8 .1. FC Union Berlin (6 pkt.)

Bundesliga. Czy dominacja Bayernu szkodzi lidze niemieckiej?

​Dziewiąty tytuł z rzędu dla Bayernu Monachium i dziewiąty tytuł mistrza Niemiec w karierze Roberta Lewandowskiego. Czy dominacja Bawarczyków szkodzi Bundeslidze? Trudno sobie w ogóle wyobrazić kto mógłby przerwać ich mistrzowską serię. Rywalizacja w wielkich ligach Europy staje się nudna?

Ciekawe jak w skrytości ducha ocenia to co się stało w tym sezonie Manuel Neuer, który po raz dziewiąty wzniesie trofeum za mistrzostwo Niemiec. Tyle, że klub, który go wychował Schalke 04 Gelsenkirchen spadł właśnie z Bundesligi. A przecież w 2011 roku, tuż przed przenosinami do Monachium, genialny bramkarz dotarł z Schalke do półfinału Ligi Mistrzów.

Bundesliga. Kto zatrzyma Bayern?

Już wtedy wiadomo było, że wyrasta ponad możliwości klubu. Innym graczem Bayernu, którego spadek Schalke może boleć jest Leon Goretzka. Pochodzi z Bochum, ale w Gelsenkirchen spędził pięć lat. Tam debiutował w Bundeslidze.

Reklama

Bayern skupuje najlepszych graczy z klubów niemieckich, nikogo to nie szokuje, w wielkiej piłce to praktyka powszechna. Nie zawsze musi kupować. Robert Lewandowski przeszedł za darmo z Borussii w 2014 roku. Zespół z Dortmundu stał się dla niego za mały.

Od dziesięcioleci Bawarczycy mają przewagę ekonomiczną nad lokalnymi rywalami, ale do 2015 roku nigdy nie zdobyli tytułu mistrzowskiego więcej niż trzy razy z rzędu. To co się dzieje teraz jest bez precedensu. Bayern dominuje w Bundeslidze przez 9 lat i nawet nie można sobie wyobrazić kto mógłby przerwać tę serię. W tym sezonie porywał się na to RB Lipsk, ale właśnie Bawarczycy wykupią jego trenera Juliana Nagelsmanna i gwiazdę defensywy Dayota Upamecano.

Do Realu ucieka David Alaba. W Madrycie zarobi więcej, ale zyska też ze sportowego punktu widzenia. Mistrzem Niemiec był 10 razy, czy walka o jedenasty tytuł byłaby dla niego wystarczającą motywacją?

Przewidywalność Bundesligi jest porażająca. Polscy kibice mają dla rozrywki Lewandowskiego, który walczy o pobicie 49-letniego rekordu Gerda Muellera (40 goli w sezonie). Przed nim żaden polski piłkarz nie był mistrzem Niemiec. Pierwszy tytuł zdobył w Borussii Dortmund razem z Jakubem Błaszczykowskim i Łukaszem Piszczkiem. Udało się go nawet obronić, ale potem stało się jasne: jeśli Robert chce robić światową karierę, musi uciekać do Bayernu.

Dziewięć tytułów mistrzowskich w Bundeslidze to wielka sprawa. Ale do pewnego stopnia także rutyna, obowiązek dla napastnika Bayernu. Nieporównywalnie większą satysfakcję dał Polakowi triumf w Lidze Mistrzów, ten jedyny, wyśniony. Mistrzostwo Niemiec jest dla Bayernu i Lewandowskiego niczym więcej niż planem minimum na każdy kolejny sezon.

Liga Mistrzów. Co ratuje klubowy futbol?

Bundesliga nie jest w tym odosobniona. Głęboki oddech ulgi dobiega z Półwyspu Apenińskiego. Po 9 latach bezpardonowej dominacji Juventusu Turyn, na tronie serie A usadowił się Inter Mediolan. Wreszcie coś się stało! We Francji wszyscy poza fanami PSG trzymają kciuki za Lille. Zespół z Paryża w ostatnich ośmiu latach zdobył tytuł siedem razy. Gdyby nie motywacja jaką jest wygranie Ligi Mistrzów, piłkarze z Parku Książąt nie mieliby już właściwie o co grać. Po co płacić miliony Neymarowi, czy Mbappe? 

Hiszpania od lat płacze nad duopolem Realu Madryt i Barcelony. Tamtejsze media pisały ironicznie o modelu szkockim, gdzie w walce o tytuł wszyscy są tłem dla Rangers i Celtiku. W Primera Division dwaj giganci oddali mistrzostwo zaledwie raz od 2005 roku. Hiszpanie narzekali na nudę, wynagradza im to obecny sezon, w którym w grze o tytuł są cztery zespoły. Choć pewnie i tak wygra Real Madryt. Jeśli tak się stanie obroni tytuł pierwszy raz od 13 lat. W porównaniu z Bundesligą, Serie A i Ligue 1 liga hiszpańska jest i tak niezwykle różnorodna.

Na tle rutyny i nudnej hierarchii w wielkich ligach Europy, najlepiej wypada Premier League.  Od 2016 roku mistrzostwo Anglii zdobywały cztery różne zespoły: Leicester, Chelsea, Manchester City i Liverpool. Dwa lata temu drużyny Pepa Guardioli i Juergena Kloppa walczyły do ostatniej kolejki. Być może także dlatego liga angielska jest najpopularniejsza na świecie, że rozstrzygnięcia w niej trudniej przewidzieć.

Lekarstwem na przewidywalność rywalizacji w wielkich ligach Europy jest Champions League. Bayern zbroi się z myślą o podboju kontynentu, bo na Niemcy ma monopol. To samo Juventus. Tytuł najlepszego klubu Europy jest dla zespołu z Turynu mrocznym przedmiotem pożądania. Przez 9 lat dominacji w Serie A gracze Juve ani razu nie sięgnęli europejskiego tronu. To samo dotyczy PSG, a także Manchesteru City, który odkąd zainwestowali w niego szejkowie z Abu Zabii wydał na transfery 1,7 mld euro. Po to, by wygrać Ligę Mistrzów. Rywalizacja międzynarodowa, ścieranie się zespołów z różnych krajów, o różnych stylach i filozofiach dostarcza kibicom 70 procent emocji.

Odkąd w 1993 roku pod naciskiem wielkich klubów UEFA powołała do życia Ligę Mistrzów, tylko jeden zespół potrafił obronić tytuł. Real Madryt królował w Europie trzy lata (2016-2018). Przez 28 lat aż 13 różnych klubów zdobywało trofeum. Manchester City może być 14. jeśli 29 maja w Stambule wygrał finał z Chelsea.

Bez względu na to jaki mamy stosunek do pomysłu stworzenia Superligii, będzie on wracał. Teraz upadł w 48 godzin i 12 klubów zrobiło z siebie pośmiewisko. Ale szefowie wielkich klubów Europy wiedzą, że największe rezerwy jeśli chodzi o miliony do podniesienia z boiska tkwią w rywalizacji międzynarodowej. Prezes Realu Florentino Perez uważa, że jej potencjał to 4 mld widzów. Nawet jeśli przesadza, to i tak trudno zaprzeczyć, że starcia Barcelony z Manchesterem United wywołują w kibicach większy dreszcz emocji niż mecze Barcelona - Levante.

Oczywiście są zwolennicy starej formuły Pucharu Europy, gdy w rozgrywkach o tytuł numeru 1 na kontynencie brali udział wyłącznie mistrzowie krajów rywalizując w systemie pucharowym. W roku 1979 półfinały Pucharu Europy wyglądały tak: Nottingham Forest - FC Koeln, Austria Wiedeń - Malmoe FF. Fascynujące prawda? Tylko kto by dziś zapłacił miliony za transmisje takich szlagierów?

Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama