Reklama

Reklama

  • 1 .Bayern Monachium (22 pkt.)
  • 2 .Borussia Dortmund (21 pkt.)
  • 3 .SC Freiburg (19 pkt.)
  • 4 .Bayer 04 Leverkusen (17 pkt.)
  • 5 .1. FC Union Berlin (16 pkt.)
  • 6 .RB Lipsk (14 pkt.)
  • 7 .1. FSV Mainz 05 (13 pkt.)
  • 8 .1. FC Koeln (13 pkt.)

Bayern Monachium. Ryzykowna gra włodarzy klubu

Odejście Sandro Wagnera spowodowało, że Robert Lewandowski ponownie został jedynym nominalnym napastnikiem w drużynie Bayernu Monachium. Brak alternatywy dla "Lewego" jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej, efektu ryzykownej gry, jaką od lat prowadzą włodarze Bawarczyków.

Skromna kadra Bayernu. Brak zmienników

23 zawodników, w tym aż czterech bramkarzy, widnieje w oficjalnej kadrze pierwszej drużyny mistrza Niemiec. To zaledwie tylu piłkarzy, ilu powołuje się na finały ME czy MŚ, w której drużyny grają od trzech do siedmiu meczów podczas turnieju. Bayern tak skromną kadrą będzie walczyć na trzech frontach - przy czym piłkarzom musi starczyć sił nie tylko na dwumecz Ligi Mistrzów z Liverpoolem, ale i ligową pogoń za znakomitą w tym sezonie Borussią Dortmund.

Odejście Wagnera do Chin (za 5 mln euro, co - umówmy się - nie jest żadną kwotą dla Bayernu) jest w pewien sposób dla Bawarczyków symboliczne, bowiem wpisuje się w trend kadrowego minimalizmu, któremu od kilku już lat hołdują włodarze klubu. Oznacza ono, że monachijczycy jakiekolwiek zabezpieczenie na wypadek kontuzji i kartek mają jedynie w drugiej linii.

Reklama

Alternatywa dla Lewandowskiego jest w tej chwili jedna - przesunięcie na pozycję napastnika Thomasa Muellera. Problem w tym, że Niemiec jest niezbędny w układance Kovacza w innej roli - czy to na skrzydle, czy (jak sam woli) jako zawodnik grający za plecami "Lewego". 29-letni Mueller jesienią opuścił tylko jeden mecz.

Do tego jedynie trzech środkowych (Boateng, Hummels, Suele) i trzech bocznych obrońców (Kimmich, Alaba, Rafinha) daje Niko Kovaczowi minimalne pole manewru w wyborze defensywy. Wystarczy, że jeden z zawodników wypada za kartki lub z powodu kontuzji, a te przecież Bawarczyków ostatnio nie oszczędzają, i trener Bayernu nie ma już żadnego wyboru. Rywalizacja o miejsce w składzie? Praktycznie nie istnieje.

Przy tak skromnej kadrze każdy spadek formy pojedynczego zawodnika może sporo kosztować cały zespół. Bayern przekonał się o tym boleśnie jesienią, gdy cała trójka stoperów popełniała błąd za błędem. W zimowym okienku transferowym nie wyciągnięto z tego jednak żadnych wniosków.

Druga linia też ma swoje problemy

W teorii lepsza sytuacja powinna być na skrzydłach i w środku pola, ale i tutaj Bayern zmaga się z kilkoma problemami. "Staruszkowie" Franck Ribery i Arjen Robben, a także ponad dekadę młodszy od nich Kingsley Coman tyle samo czasu co na boisku, spędzają w lekarskich gabinetach.

- Mam już dosyć. Konieczność kolejnej operacji będzie oznaczała, że moja stopa nie jest przystosowana, by grać na takim poziomie. Już wolę przejść na emeryturę, niż poddać się kolejnej operacji - mówił w grudniu 22-letni Coman, gdy wrócił do gry po blisko studniowej przerwie.

Poza podatną na kontuzję trójką Kovacz na skrzydłach ma do dyspozycji jedynie 23-letniego Serge Gnabry’ego i 18-letniego Alphonso Daviesa. Obaj dotychczas w piłce na najwyższym poziomie nie odegrali żadnej roli. W tej sytuacji jedynym wyjściem jest przesunięcie na skrzydło Muellera, który nie ukrywa, że grywa tam niechętnie i więcej pożytku jest z niego na pozycji numer "dziesięć".

Brak lidera w środku pola

Z kolei środek pomocy, zwłaszcza podczas ciągłego "rzucania" Muellera po różnych pozycjach, zmaga się z brakiem lidera z prawdziwego zdarzenia. Nie jest nim wiecznie obrażony James Rodriguez, który Kovaczowi podpadł chyba najbardziej i w tym sezonie zaledwie siedem razy wyszedł na boisko od pierwszej minuty. Nie jest nim Thiago Alcantara, który zmaga się z casusem Piotra Zielińskiego. Hiszpan zalicza niezłe spotkania z ligowymi średniakami, ale w najważniejszych spotkaniach zawodzi. Do tego mimo już 27 lat na karku wciąż jest równie chimeryczny, jak wówczas, gdy odchodził z Barcelony, a Kovacz bardziej niż na "dziesiątce" widzi go ustawionego głębiej, często niebiorącego bezpośredniego udziału w akcjach pod bramką rywala.

Cała nadzieja Bawarczyków jest w tej sytuacji skoncentrowana na Leonie Goretzce, który obiecująco rozpoczął wiosenne zmagania. Dwa gole przeciwko Hoffenheim i bramka ze Stuttgartem sprawiły, że 23-latek po słabszej jesieni rozbudził oczekiwania kibiców i w dużej mierze od niego zależeć będzie gra ofensywna Bayernu.

Na dobre Goretzce może wyjść także ustabilizowanie pozycji, gdyż jesienią Kovacz próbował go również w roli skrzydłowego, czy nawet lewego obrońcy. Środkowi pomocnicy grali zaś tak słabo, że szkoleniowiec ratował się przesunięciem tam Joshuy Kimmicha, co przy brakach kadrowych na bokach obrony było aktem prawdziwej desperacji.

Tęsknota za Guardiolą. Bezradność na rynku międzynarodowym

Jakby problemów było mało, autorytet Kovacza w szatni, choć po serii wygranych uległ polepszeniu, wciąż budzi pewne wątpliwości. Kilka wywiadów z początku sezonu na jakie pozwalali sobie piłkarze, czy nawet ostatnie spóźnienie Jamesa na jeden z treningów, świadczą o tym, że zawodnicy mają wątpliwości co do klasy swojego szkoleniowca. A trzeba pamiętać, że mówimy o grupie, która nie tak dawno potrafiła wymusić zwolnienie samego Carla Ancelottiego.

W dodatku słaba renoma trenera powoduje, że Bayern przestał być atrakcyjną opcją transferową dla piłkarzy ze światowego topu, grających za niemiecką granicą. W ostatnich latach Bawarczycy potrafią co prawda znakomicie "wyciągać" wyróżniających się graczy ze słabszych klubów Bundesligi, jak było choćby w przypadku Benjamina Pavarda (transfer latem ze Stuttgartu), Leona Goretzki (z Schalke 04), Niklasa Suele (Hoffenheim), czy we wcześniejszym "podkradaniu" z BVB Hummelsa, Lewandowskiego i Goetze. Na międzynarodowym rynku transferowym od kilku lat są jednak praktycznie bezradni.

Bayern nie może konkurować z klubami pokroju Manchesteru City, czy Realu Madryt pod względem atrakcyjności ligi. W dodatku Bawarczycy nie chcieli wydawać też bajecznych sum na transfery, więc mistrzowie Niemiec musieli znaleźć inny sposób na zachęcenie zawodników do przyjścia. Za czasów Pepa Guardioli magnesem była sama osoba szkoleniowca, o współpracy z którym "Lewy" mówił, iż zmieniła jego spojrzenie na futbol.

To właśnie osoba Guardioli spowodowała, że do klubu udało się ściągnąć piłkarzy Realu Madryt (Xabi Alonso), Juventusu Turyn (Arturo Vidal, Kingsley Coman), Valencii CF (Juan Bernat), AS Roma (Mehdi Benatia), czy Szachtara Donieck (Douglas Costa). Po odejściu hiszpańskiego szkoleniowca jedynym piłkarzem sprowadzonym z wielkiego klubu był wypożyczony na dwa lata James Rodriguez.

Potrzebny jest wstrząs?

Przy osobie Kovacza mnoży się więc coraz więcej znaków zapytania. W ostatnich tygodniach przykrywa je seria dobrych wyników w lidze. Pytanie tylko, ile warte są wygrane z niżej notowanymi rywalami, będące de facto naprawianiem wcześniejszych ligowych wpadek.

Odpowiedź możemy poznać już podczas dwumeczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Liverpoolem FC. Jeżeli Bayern po raz pierwszy od ośmiu lat nie awansuje do ćwierćfinału LM, czy - co bardziej bolesne - nie obroni tytułu mistrza Niemiec, może to oznaczać nie tylko koniec Kovacza w stolicy Bawarii, ale i porażkę polityki prowadzonej przez klub.

Taki wstrząs może być Bayernowi jednak potrzebny. Ostatni skok Borussii po tytuł mistrzowski wywołał w końcu w Bawarii taki wstrząs, że ta od sześciu lat pozostaje poza zasięgiem ligowych konkurentów. Tak długo w Bundeslidze nieprzerwanie nie zwyciężał jeszcze nikt.

Wojciech Górski

Bundesliga: wyniki, tabela, terminarz, strzelcy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje