Życiowa szansa Pawła Kołodzieja: Skomplikowana taktyka. Nic więcej nie powiem

34-letni Paweł Kołodziej dostał życiową szansę i wreszcie będzie boksował o tytuł mistrzowski. W sobotę spotka się w Moskwie z czempionem WBA Denisem Lebiediewem. "W końcówce kariery chciałbym, aby to trofeum trafiło do mnie" - przyznał.

Bardzo późno, ale doczekał się pan pojedynku o pas potężnej federacji. Drugiej szansy może już nie być.

Reklama

Paweł Kołodziej: Ale nie mówmy o kolejnych szansach, ja chcę wykorzystać tą pierwszą. Większość pięściarzy tak mówi, ale naprawdę jestem znakomicie przygotowany, tak ciężko nigdy w życiu nie trenowałem, jak przed walką z Rosjaninem. Do tego prowadzę bardzo zdrowy tryb życia.

Alkohol, papierosy?

- Nic z tych rzeczy, wykluczone. Na wiele tygodni przed wejściem do ringu nie piję żadnego alkoholu, na co dzień też stronię od piwa i wódki. Czasem napiję się wina wytrawnego, ale w małych ilościach.

W opinii fachowców faworytem sobotniej walki będzie Lebiediew.

- Każdy ma prawo do własnego zdania. Zresztą odciąłem się od mediów, w ostatnim czasie nie oglądam telewizji, nie zaglądam do internetu. Wyciszyłem się. Koncentruję się na pojedynku o pas federacji WBA.

Do Moskwy wraz z trenerem Fiodorem Łapinem i Krzysztofem Włodarczykiem, który będzie bronił tytułu WBC w tej samej wadze junior ciężkiej, polecieliście już w niedzielę. Jak pan spędza wolny czas?

- Uwielbiam czytać książki, najczęściej jest tak, że zabieram się za cztery-pięć lektur w jednym czasie. Tym razem zabrałem jedną, żeby nie kusiło, ale wielką - "Tai-Pan". To 1200-stronicowa powieść napisana przez Jamesa Clavella o Hongkongu w 1841 roku po zakończeniu I wojny opiumowej. Bardzo interesuje mnie tematyka azjatycka. Nie żadne Ameryki, tylko właśnie ta część świata.

W karierze bokserskiej nigdy nie walczył pan na tym kontynencie. A może urlopy spędza pan w Azji?

- Marzy mi się potyczka z jakimś Japończykiem na jego terenie. Dużo kariery mi nie zostało, jakieś dwa-trzy lata, więc mam nadzieję, że do takiej walki dojdzie. Chciałbym kiedyś też zabrać rodzinę na taką azjatycką wyprawę, bo do tej pory mi się nie udało.

Prosto ze zgrupowania w Wiśle pojechał pan do Warszawy, a następnie do rosyjskiej stolicy. Chyba nie było czasu na pożegnanie z najbliższymi?

- Zdecydowanie wolę się witać, niż żegnać. Żona Monika rozumie, że to jest moja praca i często nie ma mnie w domu. Na co dzień to ona opiekuje się naszymi dziećmi: 11,5-letnim Filipem i 2-letnią Leną. Bardzo dobrze czuję się w gronie rodziny, poza tym mam różne zainteresowania i pasje, np. działa fundacja Kuźnia Kołodzieja. Poza tym myślę o kolejnych studiach, może z zakresu psychologii.

Ma pan w sobie tyle energii i chęci, aby - nie wypominając wieku - jeszcze zasiąść w szkolnych ławach?

- Tak, chcę się rozwijać intelektualnie. Początkowo uczyłem się w Wyższej Szkole Oficerskiej w Poznaniu, zresztą to wtedy poznałem małżonkę, zaś później przeniosłem się do stolicy, gdzie skończyłem politologię z resocjalizacją na Uniwersytecie Warszawskim.

Przez jakiś czas nie mógł pan dojść do porozumienia ze swoimi promotorami. Czy te problemy już się skończyły?

- Każdy miał swoje argumenty, dyskutowaliśmy, ale teraz wszystko jest w porządku. Skupiam się tylko na boksie. W ogóle ten rok był dziwny, miałem już wcześniej walczyć o tytuł, ale nie doszło do walki z Yoanem Pablo Hernandezem.

Rosjanin jest trudniejszym przeciwnikiem, niż wspomniany Kubańczyk?

- Lebiediew ciągle wywiera presję, nie pozwala nawet na chwilę odpocząć między linami. Poza tym pokazał, np. w walce z Royem Jonesem Jr., że jest twardy i ma charakter. Mam do niego wielki szacunek, to znakomity bokser, ale chcę go pokonać. Podchodzę do tego pojedynku jak do wielkiej szansy, cieszę się, że ją dostałem. A wracając do Hernandeza, taktyka na niego była bardziej przejrzysta, na Lebiediewa jest skomplikowana. Nic więcej nie powiem.

Na początku rozmowy wspomniał pan o intensywnych przygotowaniach. Faktycznie było tak ciężko?

- Zawsze trener Łapin daje nam w kość, ale tym razem naprawdę było niesamowicie mocno pod każdym względem. Na biegi po górach zakładaliśmy na siebie kamizelki ważące po 10 kilogramów, aby było jeszcze trudniej. Do tego więcej elementów techniki. Szkoleniowiec ciągle coś dokładał.

Sparingi też były udane?

- Rywalizowałem m.in. z Krzysztofem Głowackim, ale też ukraińskim zawodnikiem, który jest mistrzem w szacho-boksie. To superpięściarz, a do tego świetny szachista. Ja sam gram w szachy, potrafię przewidywać trzy ruchy rywala, ale on jest genialny. W szachach nie mam z nim szans. Może kiedyś zmierzymy się w szacho-boksie.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje