Zwrot akcji po walce Knyby z Kabayelem. Sędzia zmienił decyzję. Sceny w hotelu
- Przed pojedynkiem sędzia powiedział nam w szatni, że na pewno nie przerwie za szybko, bo to jest właśnie walka mistrzowska i ludzie chcą obejrzeć porządny pojedynek - ujawnia w rozmowie z Interią Damian Knyba, który w sobotniej walce o tytuł mistrza świata Interim z Agitem Kabayelem został zastopowany przez Marka Lysona pod koniec trzeciej rundy. Zaskakujący ciąg dalszy, między obozem Polaka i arbitrem, nie tylko według relacji pięściarza rozegrał się w hotelu.

Artur Gac, Interia: Im więcej godzin mija od twojego pojedynku w Niemczech z Agitem Kabayelem, jaka staje się twoja optyka? Ewoluuje czy masz stały pogląd na to, co wydarzyło się w ringu, zwłaszcza na okoliczności zakończenia?
Damian Knyba, pięściarz wagi ciężkiej: - Wydaje mi się, że mam stały pogląd. Jeśli chodzi o przerwanie, na pewno było przedwczesne, zwłaszcza gdy mówimy o walce mistrzowskiej. Tym bardziej, że przed pojedynkiem sędzia powiedział nam w szatni, że na pewno nie przerwie walki za szybko, bo to jest właśnie walka mistrzowska i ludzie chcą obejrzeć porządny pojedynek. Dlatego zdecydowanie podtrzymuję swój punkt widzenia, choć oczywiście widzę także dużo błędów, które popełniłem. Przede wszystkim na pewno jestem zły na siebie, bo w ogóle dałem powód sędziemu, że mógł mnie zastopować, choć uważam, że to było zdecydowanie pochopne. Mógł spokojnie poczekać, szczególnie że ten sam sędzia prowadził walkę ze Smakicim, w której Kabayel był trzy razy bardziej "podłączony" i znacznie wyraźniej obijał go rywal, a jednak sędzia cały czas czekał i tam nie widział problemu. Oczywiście nie wiemy, co stałoby się później, tego nie wie nikt, mimo że niektórzy prognozowali, że w czwartej rundzie na pewno by mnie znokautował. Jednocześnie nie będę też mówił, że na pewno bym wygrał.
- Mieliśmy swój plan, ja na pewno popełniłem też wiele głupich błędów. Od czwartej rundy chciałem je poprawić, chcąc trochę zmienić taktykę, lecz niestety nie udało się tak, jak chciałem. Na pewno pretensje mam przede wszystkim do siebie, dlatego oczywiście nie mówię, że przegrałem tylko przez sędziego. Jednak, będę powtarzał, że przerwanie było przedwczesne.
To prawda, że tego, co mogłoby się stać, już się nie dowiemy. W historii boksu są natomiast przykłady bohaterskich powrotów, ale także dramatycznych finałów, gdy pada o jeden lub dwa ciosy za dużo.
- Dokładnie, niemniej ja jestem wojownikiem i chciałem walczyć do końca. Po to przygotowywałem się ciężko i wyruszyłem z misją do Niemiec. Wiadomo, nie wszystko było idealnie i, jak już wspomniałem, popełniłem dużo błędów, ale uważam, że w ogóle bez sensu odbierać mi jakąkolwiek szansę po kilku lepszych i mocniejszych ciosach. Zwłaszcza, że byłem sto procent świadomy, wiedziałem co się dzieje i spokojnie mogłem kontynuować ten pojedynek. Myślę, że to była zdecydowanie pochopna interwencja.
Na wstępie powiedziałeś o rzeczy bardzo ważnej. Istotnie sędzia, gdy tradycyjnie przypomina o regułach na walkę wieczoru, jasno powiedział, że nie będzie w ringu przedwcześnie reagował?
- Tak, tak. On od razu to bardzo podkreślał. Już w ringu, po pierwszej rundzie, podszedł i powiedział, że Kabayel ma rozcięcie po ciosie. Po czym nagle wszystko się zmieniło. Nie licząc pierwszej rundy, w której nie miał powodów, od drugiej zaczął o wszystko się czepiać. Robił dziwne, duże oczy i ciągle miał do czegoś zastrzeżenia, nawet gdy chciałem Kabayela delikatnie sklinczować, co przecież jest normalne w boksie zawodowym. Stale mówił "co ty robisz" i krzyczał, więc siedziało mi to w podświadomości i jest odpowiedzią na pytanie wielu osób, które dociekały, dlaczego nie klinczowałem. Właśnie dlatego, że sędzia kompletnie mi na to nie pozwalał. Być może mogłem to ignorować i tak też po walce powiedział mi trener Piotr Wilczewski, ale na pewno każdy jest mądrzejszy po szkodzie. Wiem, że popełniłem błąd i będę miał nauczkę na przyszłość. Mam pretensje do siebie, że nie wykorzystałem takiej okazji.
Jaki błąd lub błędy po swojej stronie masz przede wszystkim na myśli? Chodzi o moment ostatniej fazy pojedynku, gdy zabrakło realizowania bokserskiej reguły "protect yourself at all times"?
- Przede wszystkim największym błędem było to, że w trzeciej rundzie, gdy ustaliliśmy, żeby Kabayela jeszcze trochę wypompować, a jednocześnie nieco oszczędzić kondycji, czyli zacząć ustawiać się w odpowiednim kącie w bocznej pozycji i odchodzić od jego prawej ręki, ja popełniłem błąd, bo tego kompletnie nie zrealizowałem. Poczułem się zbyt bezpiecznie, bo ciosy Kabayela za bardzo nie robiły mi krzywdy i niestety nie zastosowałem się do ustaleń. Przez to nietrzymanie dystansu Kabayel bardzo łatwo mógł mnie trafiać, parę razy trafił mnie mocno, co oczywiście dało pretekst sędziemu do przerwania. Nie mówię, że te ciosy nic nie ważyły, bo wiadomo, że w wadze ciężkiej po przyjęcia uderzenia od tak silnego zawodnika, trochę w głowie mi się zakręciło, ale byłem sto procent świadomy i wiedziałem, co robić dalej. Zawodnicy bardzo długo przygotowują się do takiej walki, kosztuje to wiele wyrzeczeń, jako wojownicy chcemy walczyć do końca, więc dlatego nie chcą nam dać okazji do tego?
To jest odwieczny dylemat, który niestety nakłada się też na to, iż mamy mnóstwo przypadków tzw. gospodarskiego sędziowania. Czy, mówiąc inaczej, sędzia doskonale wie, kto jest w ringu tzw. stroną A, czyli mniej lub bardziej intencjonalnie takiemu zawodnikowi, choćby tylko w interpretacyjnych sytuacjach, sprzyja. A jednocześnie mamy drugi aspekt, bo to sędzia jest najbliżej pięściarzy i ufa się, że pierwszy dostrzeże coś, co może uchronić zawodnika przed bolesnymi skutkami kolejnych ciosów.
- Zgadzam się, choć przy tym nie powinno być sytuacji, gdy sędzia jest tak bardzo stronniczy. Powinno się podchodzić do pracy na sto procent obiektywnie, a w innym wypadku jest to brak profesjonalizmu. Mnie się to bardzo nie spodobało i uważam, że ten sędzia zachował się niefajnie.
Ze Stanów Zjednoczonych napływają głosy sław, które mocno stają po twojej stronie, a są nimi Al Bernstein oraz Dan Rafael. Ten drugi podpisał się na portalu X w stu procentach pod słowami komentatora, który nie zostawił suchej nitki na - jego zdaniem - "koszmarnym przerwaniu walki". Pisze, że wcześniej trafiłeś Kabayela, nie będąc przy linach ani bezbronnym i sędzia nie miał powodu jej przerwać. Jednocześnie dodaje: "Kabayel zaczynał się rozkręcać i prawdopodobnie przejąłby kontrolę nad walką, ale Knyba zasługiwał na szansę dalszej rywalizacji i zmianę tego możliwego scenariusza".
- Szczerze uważam, że to jest zwykłe wróżenie z fusów. Przede wszystkim poprzez taki obraz, że ludzie patrzą na Kabayela jako super zawodnika, który w ostatnich trzech walkach pokonywał naprawdę dobrych zawodników. Na tej podstawie klasyfikuje się go, jako nie wiadomo jak dobrego zawodnika, a mnie uważa za kogoś, kto do tej pory jeszcze nikogo nie pokonał, więc jestem nikim. I poprzez taki obraz jestem w stanie zrozumieć, że mnóstwo osób założyło, iż skoro Kabayel zaczął się rozkręcać, więc ja jestem już stracony. Dla mnie to jednak czyste spekulowanie, poparte tym, jak do tej pory pisane były nasze kariery.
Mówisz, że byłeś w stu procentach świadomy, choć w głowie pojawił się lekki szum. Gdyby sędzia puścił tę walkę, a ona zakończyłaby się dla ciebie źle, absolutnie nie miałbyś do niego pretensji i nie wskazywałbyś, że miał moment, by wejść do gry?
- Z ręką na sercu, byłem sto procent świadomy. Właśnie tego chciałem, aby walka trwała dalej. Uważam, że nie miał prawa w tym momencie reagować. Idąc taką logiką i niektórych ludzi, którzy wydają jednoznaczny wyrok, że to na pewno skończyłoby się dla mnie źle, to równie dobrze - patrząc na nasze "papiery" - można było w ogóle nie dopuścić do tej walki lub zablokować ją tuż przed gongiem na pierwszą rundę. Jeśli pójdziemy tą drogą, to zaraz faktycznie będziemy kończyli walki przed ich rozpoczęciem.
A mieliście później okazję, po walce lub całkiem po gali, aby odbyć rozmowę z sędzią Lysonem?
- Z tego, co wiem, później rozmawiali z nim Łukasz (Kownacki, menedżer Knyby - przyp.) i Eryk (informacje potwierdził Interii uczestniczący w rozmowie Eryk Rachwał, do spotkania doszło w hotelu, stanowisko doradcy opublikujemy wkrótce - przyp. AG). I sędziemu było bardzo głupio. Uważał, że faktycznie troszeczkę się pospieszył. A w ogóle zdziwił się, że mój obóz chce z nim rozmawiać, bo myślał, że go wręcz znienawidziliśmy.
Z twojego punktu widzenia to cenna reakcja Anglika? W całym niedosycie doceniasz takie postawienie sprawy?
- Nie wiem do końca, jakie intencje miał sędzia. Może tylko ze względu na zasady kultury chciał się względem nich dobrze zachować. Szczerze powiem, nie mam pojęcia, czy to było szczere.
Podobało mi się twoje nastawienie przed tą walką, choć uważałem, że wcale nie jest tak, iż w każdym scenariuszu będziesz wygranym. Bo gdyby zdarzyło się, że Kabayel rozłożyłby cię ekspresowo, taka porażka jednak nic by nie dała. Koniec końców, mimo mentalnie bolesnej przegranej, zdałeś jeden z najważniejszych egzaminów: na odporność psychiczną. I w gruncie rzeczy na dystansie trzech rund nie zdążyliśmy dostrzec, by gigantyczny przeskok w klasie rywali przełożył się na ogromną dysproporcję umiejętności.
- No tak, przy czym ja zdecydowanie wiedziałem o tym już wcześniej, że jestem mocny psychicznie i takie rzeczy na pewno mnie nie ruszają. Cały czas mówiłem, że to będzie mnie tylko dodatkowo motywować, że walczę przed jego publicznością, na jego terenie i wszystko będzie na jego zasadach. W oczach wszystkich byłem zdecydowanym underdogiem, co dodawało mi animuszu bez dodatkowej presji, bowiem nie miałem nic do stracenia. Wiedziałem też, że na pewno zaprezentuję się dobrze, bo też wiem, jakie mam umiejętności. Tego jeszcze nie pokazałem światu, ale wiem, jak wypadałem na sparingach. Szkoda, że tym razem nie zademonstrowałem więcej.
Przed pojedynkiem na dużym poziomie ogólności, ze zrozumiałych powodów, zdradziłeś mi jedynie, że w okresie przygotowawczym nie wszystko szło zgodnie z planem. Po fakcie chcę dopytać o szczegóły. Miałeś na myśli, że musisz poddać się operacji ścięgna palca prawej ręki?
- Jeśli chodzi o kontuzję, to po walce z Joeyem Dawejką uszkodziłem sobie ścięgno drugiego palca prawej ręki. To faktycznie sprawiało mi duży ból na treningach i było bardzo irytujące, ale to na pewno nie przeszkodziło mi w zbudowaniu dobrej formy. Natomiast chodziło o inną rzecz, a mianowicie bezsenność, której nabawiłem się poprzez zażywanie melatoniny. Z czasem zaczęła na mnie wpływać bardzo negatywnie, co miało miejsce miesiąc przed walką. Na przykład pięć nocy pod rząd nie mogłem przespać. Wkurzałem się, tu lada moment walka życia, a nie wiedziałem, co robić, bo za chwilę przez to może mi spaść forma. Poszedłem z tym do lekarza. Na początku przepisał mi hydroksyzynę, którą brałem tylko przez trzy dni, bo zaczęła na mnie fatalnie działać. Czułem się praktycznie jeszcze gorzej, więc raz jeszcze poszedłem do lekarza, tym razem przepisał mi trittico. Po nim zacząłem się czuć dodatkowo jeszcze fatalnie wydolnościowo. W ogóle tętno spoczynkowe, praktycznie już do samej walki, miałem bardzo wysokie. Normalnie, gdy jestem dobrze wytrenowany, mam poniżej 40, a tu miałem w granicach 70-80, więc strasznie się bałem. Po cichu myślałem, że do czasu walki wszystko zdąży wrócić do normy. W sumie dopiero podczas tzw. fight week (na kilka dni przed galą - przyp.) zacząłem lepiej spać, bo już przesypiałem pół nocy. Od czasu, gdy szybko przestałem zażywać trittico, nie brałem już kompletnie nic. To wszystko na szczęście nie upośledziło mojej ruchliwości, ale wydolnościowo na pewno się odbiło. Na miesiąc przed walką byłem w stanie robić 12 rund na wysokim tempie, wszystko było idealnie. I myślałem, że zbuduję jeszcze lepszą formę, ale niestety ważnej składowej zabrakło w pojedynku.
Z jakiego powodu sięgnąłeś po melatoninę? Nie mogłeś spać, bo udzielał ci się stres związany z walką?
- Kompletnie nie z tego powodu. Po prostu przyleciałem ze Stanów po walce z Dawejką, nie mogłem spać i zacząłem sobie brać ten lek. Po paru dniach zobaczyłem, że czuję się po niej super. Później zacząłem o niej czytać. Cieszy się bardzo pozytywną opinią, co jest poparte badaniami, a niektórzy ludzie zażywali ją nawet przez kilka lat i nigdy nie mieli żadnych problemów, więc założyłem, że u mnie pewnie będzie tak samo. W ogóle po pierwszych dniach myślałem, że znalazłem złoty środek, ale się przeliczyłem. Po półtora miesiąca brania, nagle z dnia na dzień zaczęły się u mnie problemy z bezsennością. Nigdy czegoś takiego nie miałem. Dosłownie noc w noc nie mogłem spać, całą noc tylko leżałem. Starałem się nie myśleć o niczym, próbowałem różnych sposobów, ale nic nie pomagało. Dlatego wtedy poszedłem do lekarza. Nie wiedziałem, że te leki są w stanie mi tak zaszkodzić.
- Opowiadając o tym, nie szukam wymówek, bo pretensje za to wszystko mogę mieć w stu procentach tylko do siebie. Uważam, że to moja wina, iż tę walkę przegrałem. Jeśli jednak zapytałeś, to poczułem się zobowiązany, aby o tym opowiedzieć.
To ważne zwierzenie, bo niewątpliwie pokazuje szerszy kontekst. Jedna noc nieprzespana jest do zniesienia, druga też, choć już czuje się gorzej, ale po trzeciej człowiek w dzień funkcjonuje jak zombie.
- Niestety tak. Sen to w zasadzie najważniejszy element regeneracji, jest ważny dla sportowca praktycznie na równi z treningiem.
- Chodziło o inną rzecz, a mianowicie bezsenność, której nabawiłem się poprzez zażywanie melatoniny. Z czasem zaczęła na mnie wpływać bardzo negatywnie, co miało miejsce miesiąc przed walką. Na przykład pięć nocy pod rząd nie mogłem przespać. (...)Po pierwszych dniach myślałem, że znalazłem złoty środek, ale się przeliczyłem. Po półtora miesiąca brania, nagle z dnia na dzień zaczęły się u mnie problemy.
A co z operacją? Dopiero ją przejdziesz?
- Wczoraj (we wtorek - przyp.) byłem u lekarza. Zabieg początkowo był planowany na 29 stycznia, bo chciałem go jak najszybciej, ale niestety raczej nie da rady w tym terminie. Najprawdopodobniej odbędzie się 28 lutego.
To spowoduje, że na ring wrócisz w drugiej połowie roku, czy może nawet w trzecim kwartale?
- Na szczęście taki zabieg nie wiąże się z długą rekonwalescencją. Generalnie przez sześć tygodni nie będę mógł uderzać tą ręką, a po tym czasie i krótkiej rehabilitacji wszystko powinno wrócić do pełnej sprawności. To będzie bardzo podobny zabieg do tego, który już miałem po walce z Michaelem Polite-Coffiem, wtedy bardzo szybko wróciłem. Myślę, że maksymalnie dwa miesiące po zabiegu wszystko już będzie idealnie, a ogółem potrzebuję pewnie z trzy miesiące, by przystąpić do pełni treningów.
Walką z Kabayelem wysłałeś sygnał światu, że polski olbrzym to nie tylko pięściarz o imponujących warunkach fizycznych.
- Też tak uważam. Sądzę, że generalnie wyszła mi na plus. Wiadomo, że nie zrealizował się optymalny scenariusz, bo byłem nastawiony na wygraną i miałem wszystko przygotowane idealnie, w najmniejszym szczególe. Jednak nie wszystko w życiu udaje się wypełnić według planu. Wyciągnę wnioski i zamierzam iść do przodu.
Będąc po walce z Kabayelem, która ustawia cię w trochę innym położeniu, bierzesz pod uwagę, by wrócić do odgrzanego w mediach społecznościowych pomysłu walki z Kacprem Meyną? A może chcesz pójść już zupełnie inną drogą?
- Jestem jak najbardziej otwarty, jeśli chodzi o walkę z Kacprem. Tylko trzeba przede wszystkim dogadać się z grupą Queensberry, czy w ogóle na to pozwolą, bo teraz mam kontrakt z tym promotorem. A po drugie trzeba dogadać się z promotorem Krystianem Każyszką odnośnie wszystkich szczegółów. Wiem, że wynikło pewne nieporozumienie, bo troszkę błędną informację wstawił Maciej Miszkiń, gdyż źle zrozumiał Łukasza Kownackiego, że wzięlibyśmy tę walkę za darmo. Krystian Każyszka odebrał to tak, jakbyśmy go lekceważyli i poczuł się z tym źle. A wcale tak nie było, my nikogo nie lekceważymy. Ja oczywiście jestem otwarty na taką walkę, mam szacunek zarówno do Krystiana, jak i do Kacpra Meyny. Jeżeli dogadamy się, to jak najbardziej może dojść do takiej walki.
Rozmawiał Artur Gac, Interia












