Zaczęło się w "laboratorium". Tajemnica sukcesu Szeremety bez tabu. "Kontrowersyjne"
- Boks potrzebował kogoś całkowicie świeżego, bazującego na innych sposobach trenowania. Kogoś, kto burzy ściany. My bardzo mocno bazowaliśmy na tym, co zostawił śp. Feliks "Papa" Stamm. Później każdy próbował w jakiś sposób to naśladować, ale pewnie nieudolnie i coraz gorzej. A świat szedł do przodu, metody treningowe były całkiem inne i nowe, a my dalej tkwiliśmy w tym, co było 50 lat wcześniej. Była potrzeba nowej osoby, która zrewolucjonizowałaby nasz boks olimpijski - mówi w rozmowie z Interią Tomasz Dylak, twórca obecnej potęgi kobiecego boksu.

Artur Gac, Interia: Jesteś w trasie. Zawodowo?
Tomasz Dylak, trener reprezentacji Polski w boksie: - Wybrałem się do Gdańska na mistrzostwa Polski seniorek i seniorów. To taka łatwiejsza część pracy w roli selekcjonera, bo oglądam sobie wszystkie walki. I czasem a nuż wyłapię jakąś nową dziewczynę, choć wiadomo, że w boksie seniorskim raczej rzadko się zdarza, by ktoś nowy nagle się objawił. Do końca, czyli do 12 grudnia, będę śledził zmagania w ringu, a już następnego dnia wyruszam z rodziną na wakacje, by trochę wypocząć.
Nie da się rozpocząć rozmowy inaczej, jak od "odbicia" się od ostatnich młodzieżowych mistrzostw Europy w Budapeszcie. Cztery złote medale twoich zawodniczek, cztery finałowe walki wygrane 5:0, hymn Mazurka Dąbrowskiego grany jak nakręcony, a ogółem siedem medali polskich kobiet. Ktoś powie: to brzmi zbyt pięknie, żeby mogło być realne. A jednak!
- Tak, ale jest to okraszone ciężką pracą, która biegnie od sześciu lat. Tyle czasu trwa współpraca z tymi dziewczynami, które objąłem w 2019 roku, gdy zostałem trenerem kadry juniorek, a następnie płynnie przeszliśmy wspólnie do reprezentacji seniorek. Z tymi dziewczynami znam się najdłużej, z roku na rok minimalnie stawały się lepsze, notując drobne progresy. Ja miałem czas na to, by je bardzo dobrze poznać, a one mnie. I w tym momencie, gdy kończą wiek młodzieżowca, zrobiły największy sukces, jaki mogły. Bardzo się z tego cieszę. Teraz pewien etap się kończy, bo moja kadra juniorska już nie jest reprezentacją młodzieżową.
Liczysz medale od początku pracy z seniorską kadrą kobiet, a może jeszcze od rozdziału z juniorkami?
- Teraz nie, już się pogubiłem. Na początku jeszcze trochę pamiętałem, ale w tej chwili nie potrafiłbym wszystkich zdobyczy oszacować. Tych medali z każdej imprezy jest dosyć dużo, więc odjąłem sobie prowadzenia takich statystyk.
Oto cytat z twojej rozmowy z TVP Sport ze stycznia 2022 roku podczas obozu w Cetniewie, czyli tuż po przejęciu kadry seniorek. Wypowiedziałeś takie słowa: "jakby nie było w tych dziewczynach potencjału na odegranie ważnej roli w turnieju olimpijskim w Paryżu, to nie spędziłbym tutaj ani jednego dnia, bo nic innego niż medal olimpijski mnie nie interesuje. Gdybym wiedział, że będę jeździł tylko po ME i MŚ i jedynie tam zdobywał medale, to nie byłbym tu ani jednego dnia". Przepraszam za słowo, ale ty nie jesteś "normalny".
- (śmiech) I to chyba najbardziej w sobie cenię, czyli bycie szalonym. Zawsze czułem, że mam w sobie nutkę szaleństwa i codziennie proszę, żeby to nigdy się nie skończyło, abym wiecznie pozostał taki, wierzący trochę w cuda i rzeczy niemożliwe. To mnie zawsze pociągało i sprawia, że pewnie przekraczam te granice, których inni baliby się przekroczyć.
Poczekaj, niech to dobrze wybrzmi. Jest lwie grono sportowców, a także trenerów, którzy zdobywając nawet medal mistrzostw Europy, a co dopiero mistrzostw świata, już czuje rodzaj wewnętrznego spełnienia. A ty na starcie powiedziałeś, że to byłoby mniej więcej tak, jakbyś z kilku metrów miał trafić na pustą bramkę.
- Bo to był taki moment, w którym długo zastanawiałem się, czy iść w boks olimpijski, czy jednak bardziej w zawodowy, gdzie była perspektywa stworzenia grupy zawodowej u mnie w klubie. Wtedy miałbym bardzo dużo zawodowców i poszedłbym bardziej w ten medialny rodzaj boksu. Jednocześnie bardzo kusiło mnie robienie wyników historycznych, a czymś takim było na przykład wywalczenie medalu olimpijskiego po długiej przerwie. Więc gdybym czuł, że chcę wziąć tę kadrę tylko po to, by jeździć z nią po mistrzostwach Europy lub świata, ale igrzysk olimpijskich by nie było lub szans na medal, to w tamtym momencie pewnie wybrałbym boks zawodowy. Perspektywa największej imprezy na świecie, czegoś najbardziej prestiżowego dla sportowca i dla trenera, pociągała mnie najbardziej. Dlatego tak mocno zaakcentowałem te igrzyska olimpijskie.
Jest jeszcze jeden wywiad z tobą, który dwa lata temu nie odbił się aż takim echem, ale teraz - przy okazji sukcesu na Węgrzech - wrócił za sprawą konta w mediach społecznościowych Polskiego Związku Bokserskiego. Wówczas powiedziałeś, że jeszcze w 2012 roku byłeś… Dokończysz?
- Byłem nikim w boksie olimpijskim. Nie znałem nikogo, nikt nie znał mnie i zaczynałem całkowicie od zera. Chyba niżej nie da się zacząć.
To chyba najbardziej w sobie cenię, czyli bycie szalonym. Zawsze czułem, że mam w sobie nutkę szaleństwa i codziennie proszę, żeby to nigdy się nie skończyło, abym wiecznie pozostał taki, wierzący trochę w cuda i rzeczy niemożliwe. To mnie zawsze pociągało i sprawia, że pewnie przekraczam te granice, których inni baliby się przekroczyć.
Siedem lat po tym, jak byłeś nikim w boksie olimpijskim, objąłeś kadrę juniorek. Przez ten czas, od 2013 roku, prowadziłeś, tworząc od podstaw klub Sporty Walki Gostyń. Wchodząc do reprezentacji, postawiłeś jasną diagnozę bolączki, mówiąc tak: "chcę wprowadzić świeży powiew do kadry Polski, a jednym z założeń jest postawienie na trening motoryczny, ponieważ z tym nasz boks olimpijski niestety ma duży problem". Totalny samouk tak trafnie rozpoznał chorego pacjenta?
- Chyba tak. Wydaje mi się, że boks potrzebował kogoś całkowicie świeżego, bazującego na innych sposobach trenowania. Kogoś takiego, kto burzy ściany. My jednak bardzo mocno bazowaliśmy na tym, co zostawił śp. Feliks "Papa" Stamm. Później każdy próbował w jakiś sposób to naśladować, ale pewnie nieudolnie i coraz gorzej. A świat szedł do przodu, metody treningowe były całkiem inne i nowe, a my dalej tkwiliśmy w tym, co było 50 lat wcześniej. Dlatego uważam, że była potrzeba nowej osoby, która całkiem zrewolucjonizowałaby ten nasz boks olimpijski.
Kto nauczył cię tej całej metodyki treningowej? Tego, jak rozkładać akcenty, jak budować formę docelową i pod konkretne starty?
- Sam uczyłem się wszystkiego, bo nigdy nie miałem trenera, ani mentora, który mówiłby mi to wszystko. A też nie skończyłem studiów sportowych, więc kiedyś nie miałem o tym zielonego pojęcia. Do wszystkiego doszedłem metodą prób i błędów. Wydaje mi się również, że mam bardzo analityczny umysł. Bardzo szybko wyciągam wnioski, przeważnie po niepowodzeniach robię największe postępy. Mój klub był dla mnie trochę takim królikiem doświadczalnym i laboratorium, ale w nim też szybko zacząłem odnosić sukcesy, prędko wyciągając wnioski. Zawsze miałem dużo pomysłów, wiele rzeczy próbowałem i wydaje mi się, że dopiero od 2-3 lat bazuję na tym, co już było wypróbowane i się sprawdziło. Jednak tak czy siak, każde przygotowania trochę się różnią i zawsze coś dokładam.
Dziś widzimy efekt w postaci wielu medalistek, w tym wicemistrzyni olimpijskiej, słowem wysyp genialnych zawodniczek. A czy jest też druga strona medalu i metoda prób i błędów pożarła ileś ofiar, czyli miałeś też inne, mocno utalentowane zawodniczki, ale ucząc się na nich, zaprzepaściłeś ich potencjał i dzisiaj ich nazwisk w ogóle nie znamy?
- Nie, tak bym tego nie nazwał. Możliwe, że takie błędy popełniałem jeszcze w klubie, gdzie przychodził do mnie zawodnik dobry i dalej pozostawał dobrym, a nie robiłem z niego kogoś świetnego. Bo teraz każdego wprowadzam na jeden lub dwa poziomy wyżej. Gdy obejmowałem kadrę juniorek, to wydaje mi się, że na tamten moment już byłem dobrym trenerem. I nie pamiętam takich talentów, bym teraz żałował, że nie zostały wydobyte. Raczej wyciskaliśmy wszystko z dziewczyn i te, które miały potencjał już w juniorkach, teraz są bardzo dobrymi seniorkami.
A był taki moment, który osobiście sobie poczytujesz jako test prawdy swojego warsztatu? Może nawet jeszcze na etapie prób i błędów, gdy sam szukałeś potwierdzenia dla metody i niesamowicie trafiłeś?
- Nie mam jednego takiego momentu. Może dlatego, że nigdy też nie spaliłem przygotowań. Ja zawsze trafiam z formą dziewczyn i mają ją albo dobrą, albo świetną. Być może jednak wskazałbym, że przygotowania Julki Szeremety do igrzysk były szczególne, bo trochę więcej wziąłem na swoje barki. W tym sensie, że już wcześniej czując instynktownie, czego potrzebuje ona i polski boks olimpijski, poszedłem w tym kierunku. W Paryżu Julka trafiła naprawdę ze stuprocentową formą i to pozwoliło na srebrny medal.
Na igrzyskach w Paryżu powiedziałeś mi o momencie przełomu w waszych relacjach. Krótko mówiąc, po mistrzostwach Europy U-22 w Chorwacji Julia usłyszała, że to jej ostatnia szansa i jeśli się nie weźmie naprawdę do pracy, to już nie będziesz jej powoływał, bo mierzysz tylko w wielkie rzeczy. Czy dzisiaj w kadrze masz zawodniczkę, u której widzisz niewykorzystywany wielki talent i potencjał, może wręcz go marnotrawi i aż coś ci się dzieje, a nie jesteś w stanie w pełni do niej dotrzeć?
- Może nie tak, że nie jestem w stanie do niej dotrzeć, ale trochę kimś takim określiłbym Basię Marcinkowską, która jeszcze nie pracuje na sto procent swoich możliwości. I widzę, że tam jest duża rezerwa. Ale wierzę w to, że na dwa lata lub półtora roku przed najbliższymi igrzyskami docisnę ją w taki sam sposób, jak Julię Szeremetę.
Na ile cię znam, to dla ciebie kawał wyzwania, które cię napędza. Bo to dodatkowy element, który daje następne pole do wypracowania.
- Tak, ja lubię takie wyzwania. A wiem, że takiemu wyzwaniu w momencie, gdy będzie największa impreza, podołam, samemu czując większą motywację do tego, by kogoś mocno pilnować. I nakręcać tę osobę, aby bardzo ciężko pracowała przez dłuuuugi czas.
A swoją drogą, bo nigdy cię o to nie pytałem, jak wyglądała twoja rozmowa z szefostwem związku w momencie, gdy miałeś przejąć kadrę seniorek? Czułeś, że wynikami z juniorkami ustawiłeś się na pole position, a może najcenniejsza karta w ręku była taka, że zdolny, ale jeszcze bez nazwiska, czyli tańsza opcja?
- Już przeszło dwa lata wcześniej mówiłem swoim współpracownikom, że obejmiemy kadrę seniorek. Oczyma wyobraźni widziałem to już wtedy, mając wizję tego, że będziemy pracować z pierwszą reprezentacją. Wydaje mi się, że momentem przełomowym był historyczny sukces z juniorkami na mistrzostwach świata, gdzie zdobyliśmy siedem medali. Tam na podium stały te dziewczyny, które teraz stanowią trzon kadry seniorek. Wówczas wiedziałem, że wcześniej czy później pójdziemy w górę. Nie wiedziałem do końca kiedy, ale po igrzyskach w Tokio był konkurs. Wystartowałem w nim, przygotowując się razem z Jakubem Sawickim, który był trenerem od przygotowania motorycznego w kadrze juniorek. Przygotowaliśmy się bardzo rzetelnie i już po naszym wystąpieniu wiedziałem, że my tego nie możemy przegrać. Wszystko przygotowaliśmy perfekcyjnie. Cały plan dotyczący tego, co chcemy zrobić, jaką zamierzamy wykonać rewolucję i jakie mamy plany na wiele lat. Powiem wprost, wychodząc z tej prezentacji, już wiedziałem, że my to wygramy.
Czasami umykają nam nazwiska wszystkich fachowców, którzy pracują na sukces. Jak wygląda cały sztab twoich najbliższych współpracowników?
- Mój zespół się zmieniał. Na początku zaczynałem z Adamem Spiechą, z którym tworzyliśmy duet w kadrze juniorek. Później doszedł wspomniany Jakub Sawicki, trener od przygotowania motorycznego, który miał duży wpływ na kadrę. To on pilnował tych wszystkich ćwiczeń motorycznych, wzmacniania dziewczyn i mieliśmy ze sobą bardzo bliski kontakt. Następnie, gdy doszliśmy do kadry seniorek, odchodzącego Adama Spiechę zastąpił Kamil Goiński, z którym znałem się bardzo wiele lat, ponieważ będąc jeszcze trenerem kadry Wielkopolski, był moim asystentem. Kamil pracuje ze mną do teraz. W seniorkach doszedł też fizjoterapeuta Erwin Uss, do tego współpracował z nami Michał Kosowicz, czyli mój wychowanek i trener z klubu Sporty Walki Gostyń. Im było bliżej igrzysk w Paryżu, tym mocniej pomagał kadrze. A także Kamil Gorząd, który jest trenerem kadry młodzieżowej, juniorskiej i kadetek, a ja pełnię rolę koordynatora tych wszystkich grup. Naturalnie nasza współpraca była bliska, do tego jego zawodniczki klubowe, czyli Aneta Rygielska i Basia Marcinkowska były w kadrze, więc gdzie mógł, jechał z nami i razem tworzyliśmy duży zespół. Natomiast teraz nie ma z nami już Jakuba Sawickiego, z kolei doszli fizjoterapeuta Patryk Brazdys, jak również Seweryn Szczepankowski. To pokazuje, że skład cały czas delikatnie się zmieniał, ktoś przykładowo miał motywację na trzy-cztery lata. A ja, mam nadzieję, cały czas będę płynął na tym statku (uśmiech).
Gdzie widzisz jeszcze najwięcej rezerwuaru i możliwości do uwolnienia potencjału? Mamy Ołeksandra Usyka, arcymistrza wagi ciężkiej, który dość niedawno postawił na współpracę z dr Jakubem Chyckim i niesamowicie ją sobie chwali. Polski naukowiec odgrywa kapitalną rolę przy organizmie 38-latka, który z jednej strony potrzebuje dodatkowych bodźców, a z drugiej ma zapewnioną wręcz laboratoryjną opiekę. W okresie przygotowawczym, codzienne badania krwi, uzupełnianie wszystkich witamin i minerałów "pod korek", słowem utrzymywany jest w idealnym stanie, niczym maszyna. Ty dążysz i pragniesz takiego samego komfortu, a wtedy byłbyś w niebie?
- Pewnie tutaj ciebie i wszystkich zaskoczę. U mnie jest odwrotnie. To znaczy, na początku próbowałem mnóstwo rzeczy, miałem wokół mnóstwo specjalistów, robiliśmy zgrupowania wysokogórskie, mieliśmy psychologa sportowego, dietetyka sportowego, trenera od motoryki. Motoryka do tego stopnia nas fascynowała, że nieraz akcenty treningowe rozkładały się w połowie na boks, a w połowie właśnie na motorykę. Tego wszystkiego mieliśmy od groma, ale im bliżej było igrzysk, tym trochę od tego odchodziłem. A sukces na igrzyskach utwierdził mnie, że jednak mój nos i instynkt jest najlepszy. W tym roku na tym bazujemy, to znaczy nie mamy specjalistów, ja jestem jak gdyby szefem, który o wszystkim decyduje. I lepsze wyniki niż wcześniej utwierdzają mnie w tym, że to jest dobre rozwiązanie. W swoim życiu pewnie jeszcze wielu rzeczy będę próbował, pewno wrócę do niektórych opcji, jak zgrupowanie wysokogórskie, czy też wypróbuję wielu różnych trenerów. Jednak ostatnie dwa lata pokazały mi, że największe sukcesy osiągaliśmy w momencie, gdy skupiliśmy się na boksie i tym, co przez wiele ostatnich lat regularnie mi się sprawdzało.
Rzeczywiście, zaskoczyłeś mnie.
- Jest to trochę kontrowersyjne, bo właśnie dużo ludzi pyta mnie, jakich mamy specjalistów, pamiętając te wcześniejsze lata. I zawsze ciężko mi z tego wybrnąć. Podobnie jest na poziomie ministerstwa, gdzie zawsze pytają, dlaczego już nie mamy psychologa sportowego lub trenera od motoryki. Trudno mi o tym rozmawiać, bo gdy jeszcze sam siedziałem z boku, to mój plan zawsze zakładał - nawet gdy przedstawiałem go jako pomysł na kadrę olimpijską - by znaleźli się przy mnie wszyscy specjaliści, jacy tylko mogą być z różnych profesji. Uważałem, że czym więcej tych specjalistów i mądrych głów, które będą mówiły mi co robić, tym lepiej. A czym dalej w las i im byłem bliżej igrzysk, instynkt podpowiadał mi, że mam robić to, co sam czuję. Uważam, że moją największą zdolnością jest instynktowne decydowanie oraz tzw. czucie zawodnika. Jednak powtarzam: nie mówię definitywnie, że specjaliści jeszcze nie wrócą.
Zaskoczyłeś mnie dlatego, bo pomijając bardziej skomplikowane kwestie, zawsze jedna rzecz przemawiała do mojej wyobraźni. Mianowicie mając komfort pełnego monitorowania organizmu, włącznie z pobieraniem dzień w dzień krwi do badań, mamy możliwość utrzymywania organizmu w idealnym stanie.
- Ja też tak zawsze myślałem, a później w taktyce to tak w pełni nie wygląda. I te informacje zwrotne, które otrzymywałem, do końca nie przydawały mi się w boksie. Boks chyba w stu procentach nie pasuje do tych wszystkich badań. Kiedyś robili badanie Adamowi Kownackiemu i mówili, że w ogóle nie nadaje się do boksu i żadnych sukcesów, a zaraz miał walczyć o mistrzostwo świata wagi ciężkiej. I ja tak właśnie uważam, że nasz sport jest bardzo niemierzalny. Podsumowując, to wszystko nie za bardzo mi się przydawało, a koszty były bardzo duże. A teraz to, co robimy, się sprawdza.
Wsłuchuję się w to, co mówisz i próbuję na bieżące rewidować swoje myślenie, skoro za twoją metodologią przemawiają wyniki. A może jest też tak, że jeśli nieustannie utrzymujemy organizm "zatankowany" na sto procent, to nie jesteśmy w stanie rozpoznać momentu prawdziwego i przychodzącego naturalnie przemęczenia, czy przetrenowania organizmu?
- Trudno mi dokładnie odpowiedzieć. Bardziej bym odparł, że nasze dziewczyny są bardzo profesjonalne. Przez sześć lat współpracy dążyłem do tego, by one były samoświadome. Jako chyba jedyny trener w Polsce, ja nigdy w życiu nie sprawdzałem im wagi. W boksie jest to aż niemożliwe, zawsze wszyscy trenerzy śmiali się ze mnie, jak można nie kontrolować wagi zawodniczek. Nawet dzwonili trenerzy klubowi i mówili, że ja muszę to robić i sprawdzać, bo one same nie będą tego pilnować. A ja zawsze, od juniorek, traktowałem je jako osoby dorosłe, które same mają się pilnować. Bardzo im tłumaczyłem, co mają jeść, jak mają trenować, jak mają się regenerować, jakie brać suplementy i wyjaśniałem, dlaczego akurat te. Chciałem, by były mądre i bardzo samoświadome, ale nigdy nie chciałem być takim a'la nauczycielem w szkole czy policjantem. Wybierałem pozycję przyjaciela, który ma wiedzę i chce ją przekazać, ale później zostawić dziewczyny z tą wiedzą. Coś jak ojciec, który wychowuje dzieci, ale nie chodzi za nimi, mówiąc: "nie rób tego i tamtego". Tylko taki, który pozwala na popełnianie błędów, a stojąc z boku, jedynie delikatnie je kontroluje. I wydaje mi się, że zbudowałem taką kadrę, której nie muszę za mocno sprawdzać, bo one same są bardzo ambitne. Moim celem w ostatnich dwóch latach było w momentach mocniej stresowych, gdy za bardzo chcą, rozluźniać atmosferę i mówić, że wynik sportowy nie jest najważniejszy w życiu. A jeśli coś gorzej pójdzie, to nic takiego się nie stanie. Podsumowując, w ostatnich latach bardziej idę w drugą stronę.
W momencie, gdy dziewczyna wybiera boks, w jej życiu musiało się coś dziać. Przeważnie boks wybierają osoby z traumami, z jakimiś problemami wewnętrznymi lub rodzinnymi. I ten sport często pomaga w przepracowaniu traum. Te historie są bardzo ciekawe, ale zrozumiesz mnie doskonale, że nie chciałbym intymnie wchodzić w życie zawodniczki i indywidualnie o tym opowiadać. Generalnie boks przyciąga ludzi, którzy mieli lub mają problemy.
Dobrze, to na konkretnym przykładzie, bo te zawsze najbardziej przemawiają do wyobraźni. Schodzą dziewczyny na śniadanie i dokładnie wiedzą, co mają sobie nałożyć na talerz? Czy rzecz tylko w tym, by nie nakładały na przykład czegoś tłustego, a pole manewru mają spore?
- One dokładnie wiedzą, co mają jeść na śniadanie, od razu po ważeniu, w momencie robienia wagi oraz kiedy i ile jeść. Ich wiedza jest naprawdę duża. Ta grupa zawodniczek, jeśli skończą kariery, będą dobrymi trenerkami boksu, a mogą być też dietetyczkami, czy trenerkami od przygotowania motorycznego. To jest taka grupa, którą wpuszczę na siłownię i ona sama zrobi trening siłowy. One same zrobią trening biegowy, będą wiedzieć, co jeść i jakie suplementy brać. W tym momencie moja praca już jest przyjemna. To nie jest to, co było na początku, gdy cały czas musiałem mówić, tłumaczyć i jakby nawijać makaron na uszy. Teraz wykonuję już bardzo mało pracy okołotreningowej, a i tak wiem, że one są profesjonalistkami. Oczywiście, co jakiś czas, są dziewczyny, które mają z tym problem i wtedy próbuję z nimi więcej rozmawiać. Nieraz daję trochę spokoju, by same sparzyły się na danej sytuacji, ale widać progres całej kadry. W tym sensie, że jest coraz bardziej świadoma tego, jak powinien żyć sportowiec.
W przypadku Julii mamy już chyba rodzaj szerzej zakrojonej dojrzałości. Ona nie myśli już tylko swoimi kategoriami i jedynie własnym dobrem, tylko patrzy też zespołowo. Zbudowaliście coś wyjątkowego i unikalnego, co potwierdza jej odmowna decyzja ws. "Tańca z Gwiazdami". I to, jak ciebie traktuje, przyznając w żartach, że pewnie musiałbyś biec do kardiologa, gdybyś się dowiedział, że w tym momencie wybrała rozrywkę. To jest spojrzenie sportsmenki, która czuje, że jest liderką tej grupy?
- No tak. I ta jej rola jest najgorsza, bo ma 22 lata, a ja wymagam od niej bardzo dużo, że ma być liderką. Czyli powinna dawać przykład, jakie decyzje podejmuje, jak trenuje, jak żyje okołotreningowo, jak prowadzi się na roztrenowaniu i tak dalej. To dla niej bardzo ciężka rola, bo ona jest dość młoda na bycie taką liderką. Jula też jeszcze popełnia błędy, tylko one są, nazwijmy je, małe i niewidoczne. Wie, jakie podjąć te najważniejsze decyzje. Czasem oczywiście dochodzi do tego, że mówię jej, co mi się nie podoba i co uważam, że powinna zmienić, jednak jest to rozmowa z pozycji bardziej starszego przyjaciela, który z boku widzi, co mogłaby robić lepiej i co zmienić. Po tym zostawiam ją ze swoimi sugestiami, by same je sobie przemyślała. I tak to wygląda w ostatnich miesiącach.
Podkreślasz, że obciążenia związane ze stresem są na niej coraz większe, ale mówisz, że generalnie najczęściej wchodzisz do akcji w kadrze w momentach stresogennych. A jak to wszystko wpływa na ciebie? Czujesz, że stres cię drenuje, robisz lepszą minę przy dziewczynach, ale wewnętrznie kosztuje cię to strasznie dużo i niszczy od środka?
- Kiedyś stresowaliśmy się dużo bardziej. Po igrzyskach zrobiłem duży progres, jeśli chodzi o emocje i dziewczyny też to widzą. Wydaje mi się, że główny progres, jaki zrobiła kadra, dokonał się dzięki temu, że ja jako trener jestem mniej emocjonalny i mniej zależy mi na wyniku sportowym, a bardziej na progresie. Podchodzę spokojniej do walk i dziewczyny naturalnie to czuję. Kiedyś udawałem, ale to była założona maska, a teraz przychodzi mi to naturalnie. Widząc moją naturalną zmianę, sądzę, że czują większy spokój i boksują na większym spokoju. Mój, ludzki progres, a co za tym idzie także trenerski, sprawił, że także zawodniczki poczuły różnicę. Ja mało albo ostatnio wręcz w ogóle nie udaję, po prostu przychodzi mi to bardziej naturalnie. Lepiej radzę sobie z sytuacjami stresowymi i z presją w najważniejszych momentach, co przekłada się na wynik sportowy. Przy czym u nas nie da się być niezestresowanym i żyć bez presji. W momencie, gdy człowiek chce być na szczycie, musi się przyzwyczaić, że to już będzie zawsze.
Julię opinia publiczna zdążyła nieźle poznać. Natomiast która z pozostałych dziewczyn ma najbardziej niesamowitą, nieoczywistą historię?
- Każda z nich ma na swój sposób niezwykłą. Poznałem je już wiele lat temu, znam ich historie rodzinne. W momencie, gdy dziewczyna wybiera boks, w jej życiu musiało się coś dziać. Przeważnie boks wybierają osoby z traumami, z jakimiś problemami wewnętrznymi lub rodzinnymi. I ten sport często pomaga w przepracowaniu traum. Te historie są bardzo ciekawe, ale zrozumiesz mnie doskonale, że nie chciałbym intymnie wchodzić w życie zawodniczki i indywidualnie o tym opowiadać. Generalnie boks przyciąga ludzi, którzy mieli lub mają problemy.
Przypomnij mi, bo chętnie odświeżę sobie pamięć w kontekście kolejnych igrzysk. W Los Angeles celujesz w trzy medale?
- Na pewno chciałbym zrobić lepszy wynik niż był w Paryżu. I to jest plan minimum. A trzy medale to byłoby coś na pewno niezwykłego, bo pokazałoby siłę polskiego boksu olimpijskiego. To byłby dowód, że są aż trzy dziewczyny, które robią progres i są w światowej czołówce.
Patrząc na siedem kategorii wagowych, które będą w Los Angeles i myśląc zwłaszcza o górnym pułapie, który kończy się na wadze do 75 kg, masz już ogromny ból głowy? Trzeba będzie ileś dziewczyn poświęcić.
- Z jednej strony tak, jednak trenera to bardziej cieszy niż martwi, bo jeśli jest rywalizacja, wzrasta poziom sportowy. Pod tym względem nie zadziwię żadnego z kibiców. Jednak niewątpliwie w ostatnim momencie będą przede mną bardzo ciężkie decyzje, bo trzeba będzie - jak mówisz - pewne dziewczyny "odpalić" i wybrać tą jedną. Wiele będzie mnie kosztować ta decyzja, bo wiem, co czują odrzucone dziewczyny oraz kim w takim momencie ja dla nich jestem. Rywalizacja będzie wielka, przecież mamy mistrzynię świata Agatę Kaczmarską, wracającą dwukrotną olimpijkę Elę Wójcik, jest młodzieżowa mistrzyni Europy Emilia Koterska. Same te trzy dziewczyny gwarantują bardzo dużą rywalizację. Do tego pewnie dojdzie Oliwia Toborek, tak że szykuje się ciekawa rywalizacja.
I teraz, na dużym zmęczeniu, mam dla ciebie konkretne pytanie. Gdybyś przejął kadrę mężczyzn, to zrobiłbyś z nią to samo?
- Tak. Czuję, że osiągnąłbym powoli ten sam sukces, który osiągnąłem z kobietami. Traf chciał, że w moim klubie największe sukcesy osiągały kobiety i naturalnie poszedłem do kadry kobiet, ale przez wiele, wiele lat współpracowałem z mężczyznami, co jest trochę łatwiejsze (uśmiech). Jestem pewien, że wcześniej czy później osiągnąłbym te same sukcesy z kadrą męską.
Czego brakuje naszym mężczyznom?
- Na pewno potrzeba czasu. Grzegorz Proksa jest bardzo dobrym trenerem, charyzmatycznym, który ma w sobie dużo energii. Może jeszcze mu brakować trochę doświadczenia, czyli czasu na popełnianie błędów, których mi się zdarzało bardzo dużo w klubie. Na pewno też jest analitycznym umysłem, który szybko wyciąga wnioski. Więc w tym momencie powiedziałbym, że jemu potrzeba czasu.
Tak jak wchodziłeś do kadry kobiet i powiedziałeś, co było strzałem w dziesiątkę, że jednym z założeń jest postawienie na trening motoryczny, tak w przypadku mężczyzn powiedziałbyś to samo?
- Tu mam inne wnioski, a kadrę mężczyzn widzę bardzo mocno od środka, bo często jeździmy razem na zawody. Widzę z boku ich cykl przygotowawczy i to, jak pracują. Więc wnioski mam inne, ale nie chciałbym głośno o tym mówić. Na pewno parę rzeczy bym zmienił, konkretnie wiem jakie, ale nie chciałbym na głos tego mówić. Każdy trener ma inną koncepcję pracy.
Trwa wiele plebiscytów, w licznych istnieje kategoria "Trener Roku". Mówiąc nieskromnie, jesteś nastawiony, że gdy przyjdą rozstrzygnięcia, Tomasz Dylak będzie nagradzany w polskim sporcie?
- Wcześniej czy później będę, ale nie wiem, czy to będzie już ten rok. Również parę lat wcześniej miałem wizję, że odbieram tę nagrodę dla "Trenera Roku". Sama nominacja jest dla mnie dużym wyróżnieniem, bo jednak jestem człowiekiem, który nie uprawiał tej dyscypliny i zaczynałem od zupełnego zera. Właściwie było to coś niemożliwego, aż nierealnego. Wydaje mi się, że jest szansa już w tym roku, ale nie jestem pewien.
Rozmawiał Artur Gac
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl















