Reklama

Reklama

Za kulisami walki Adamek - Ulrich

- Teraz mogę spokojnie o tym mówić, ale trzy dni przed walką nie było w naszym zespole za wesoło, bo Tomek miał bardzo dużą nadwagę - powiedział trener i menedżer polskiego mistrza świata WBC, Andrzej Gmitruk.

- Przez trzy dni praktycznie nic nie jadł, chodziło tylko o to, by jakoś dotrwać do ważenia i zejść poniżej tych obowiązkowych 175 funtów (79,45 kg). Na dodatek turecki kucharz, u którego zamówiłem specjalny posiłek, bo po takim okresie diety mnie można jeść byle czego, pomylił adresy. Miałem więc nerwów co niemiara, bo Tomek zaraz po piątkowym ważeniu miał zacząć normalnie jeść, a tu nie ma za bardzo co do gęby włożyć....

Ulrich to po niemiecku "mięczak"?

Reklama

Niemiecka prasa sporo miejsca poświęciła zapowiedzi walki Adamek - Ulrich, a najciekawszy artykuł ukazał się w dniu walki we wpływowym "Die Welt". Dziennik próbował odpowiedzieć czy Ulrich zasłużył na przylepione mu przez większość niemieckich dziennikarzy miano "mięczaka", po tym, jak w ciągu dwóch lat odwołał pięć walk z powodu najróżniejszych kontuzji. Ulrich, były lekkoatleta, przyznawał tylko, że ciągle nie potrafi poradzić sobie tylko z jednym ze swoich problemów - przestojami w trakcie walki. Nie pomogła nawet zmiana trenera, z Fritza Szdunka, byłego opiekuna Dariusza Michalczewskiego i Torstena Schmitza na Michaela Timma, bo brązowy medalista igrzysk olimpijskich z Atlanty w dalszym ciągu walczy jak lew albo sprawia na ringu wrażenie statysty. A co do swojej legendarnej niechęci do prasy, czy publicznych wystąpień, Ulrich ma tylko jedno do powiedzenia: - Płacone mam tylko za boksowanie. Za nic innego.

Jeśli jesteśmy przy pieniądzach, to najtańszy bilet na walkę kosztował ok. 21 dolarów, a za najdroższe miejsca przy ringu Mehrzweckhalle trzeba było wyłożyć z kieszeni 285 dolarów.

King przebił Króla

Poza Duesseldorfem nazwisko Bert Wollersheim jest może nieznane, ale w mieście, którym Tomasz Adamek obronił tytuł mistrza świata WBC, Bert jest niekwestionowanym królem... burdeli. Był też przy okazji nieformalnym gospodarzem wizyty Dona Kinga. Odebrał go swoimi dwoma białymi limuzynami, z których każda miała - obok wielkiego nazwiska słynnego promotora - także informacje o słynnej Czerwonej Mili - trzech położonych obok siebie burdelach (reklamowanych sloganem "dziewczęta i panie wszystkich narodowości chcą z tobą uprawiać seks"), należących do Wollersheima.

Kingowi udało się zadziwić "Króla" już przy pierwszym spotkaniu. Kiedy Bert odbierał Dona Kinga z lotniska i zawoził do Lindner Congress Hotel, nie spodziewał się, że spędzający w Dusseldorfie niespełna 72 godziny promotor przywiezie ze sobą osiem olbrzymich walizek, które ledwie się we wnętrzu pojazdu zmieściły. "Króla burdeli" nie zabrakło oczywiście na ważeniu i samej walce, gdzie podjechał swoim odkrytym białym "rolls royce'em", z - jakżeby inaczej - złotą koroną, zdobiącą wnętrze samochodu.

Przemysław Garczarczyk, Duesseldorf

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje