Reklama

Reklama

Wojciech Bartnik: Za wyszkolonego amatora nie otrzymałem nawet pary rękawic

- Polscy promotorzy boksu zawodowego mają dosyć duży "wkład" w obecną kondycję boksu amatorskiego, ponieważ zabierają zawodników. A uważam, że mogliby elegancko wspomagać pięściarzy i boks olimpijski - mówi w rozmowie z Interią 49-letni Wojciech Bartnik, ostatni polski medalista igrzysk olimpijskich w boksie. Po brązowy "krążek" sięgnął w 1992 roku w Barcelonie.

Artur Gac, Interia: Minęło ćwierć wieku, a pan niezmiennie jest ostatnim polskim medalistą igrzysk olimpijskich w boksie. Czuje pan satysfakcję, czy chce się panu płakać?

Wojciech Bartnik, medalista IO w boksie: - Chyba bardziej to drugie... Nieraz nawet słyszałem z ust różnych ludzi, że nad reprezentacją ciąży jakieś fatum i przekleństwo, a to wszystko moja wina... Tego typu głupoty, niby powiedziane bardziej żartem, były jakimś wyrzutem. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: co by tu zrobić, żeby to, mówiąc kolokwialnie, odczarować?

Reklama

I na jaki wpadł pan pomysł?

- Postanowiłem wręczyć replikę medalu olimpijskiego panom prezesom z obecnego zarządu Polskiego Związku Bokserskiego, podczas meczu Polska - Armenia. Wcześniej zostałem zaproszony, przyjechałem, wszedłem do ringu i na chwilę przejąłem mikrofon. Wtedy zrobiłem niespodziankę, mówiąc, że chciałbym w jakiś sposób zmotywować, zdopingować i zamazać niemoc, przekazaniem repliki medalu. Wierząc w to, że następne igrzyska już będą medalowe.

Kiedy pan to zrobił?

- Dosłownie kilka miesięcy temu.

Na czyje ręce wręczył pan ten "krążek"?

- Przekazałem go panu Grzegorzowi Nowaczkowi, wiceprezesowi PZB ds. finansów i marketingu. Oczywiście prawie popłynęły łzy, gdy powiedziałem, że to tylko tyle i w taki sposób chciałbym pomóc. Z kolei wcześniej przyjechałem pożegnać reprezentację, gdy wyruszała na mistrzostwa Europy.

Jaka była reakcja, gdy wręczał pan tę replikę medalu?

- Pan Grzegorz prawie płakał... Widać było na jego twarzy ogromne wzruszenie. Powiedziałem, żeby to był dobry prognostyk przed kolejnymi, wielkimi zawodami, przede wszystkim igrzyskami. Ale także innymi imprezami, bo przecież brakuje medalu mistrzostw świata. Przy nich ME wypadają nie najgorzej, bowiem na dwóch kolejnych czempionatach Starego Kontynentu chłopcy zdobyli w sumie trzy medale. Tak że światełko w tunelu gdzieś tam się pali, ale...

...trudno je dostrzec.

- Według mnie je widzimy. Ja jestem bardzo optymistycznie nastawiony, patrząc na cztery mecze międzynarodowe, które zakończyły się naszymi zwycięstwami. Trochę obawiam się jednej rzeczy... Od dawna zauważyłem, że polska reprezentacja w meczach międzypaństwowych radzi sobie całkiem dobrze, a później jedzie na MŚ lub IO i już nie ma medali. A zawodnicy, którzy z Polakami przegrywali w tych meczach, później sięgają po medale.

Jak to wytłumaczyć?

- Mam wizję tego, dlaczego tak jest.

Proszę powiedzieć, pana głos powinien być słyszalny.

- Wydaje mi się, że na dużych zawodach naszym pięściarzom brakuje koncentracji i pewności siebie. Chociaż ta nowa grupa liderów jest całkiem fajna, na czele z Mateuszem Polskim i Damianem Kiwiorem. Oni są perspektywą polskiego boksu. Nie daj Boże, żeby uciekli na zawodowstwo, bo warto być cierpliwym i jeszcze dążyć do tego, by zdobywać doświadczenie, co zaowocuje kwalifikacją olimpijską. Wówczas mogą być zdecydowanie mocniejsi, tyle tylko, że walk trzeba mieć około 25 w roku. Jeżeli stoczysz mniej pojedynków, to nie czujesz się, jak ryba w wodzie. Ja toczyłem ponad 30 walk w roku. Jak na wagę półciężką, to było dużo, ale jakoś nie dałem sobie zrobić krzywdy. Niemniej liczne konfrontacje są bardzo potrzebne i budują pewność siebie, bo na zawodach niższej rangi można poznać styl zawodnika, z którym później los może nas zestawić na wielkiej imprezie. Ja tak miałem.

Jakiś przykład?

- Pamiętam, że na turnieju w Albenie wygrywałem z Algierczykiem Mohamedem Benguesmią, walkę przerwano przez moją kontuzję, ale i tak wygrałem na punkty. Minęły dwa lata, są igrzyska w Barcelonie, a ja trafiam na tego samego zawodnika, mistrza Afryki, już w drugim pojedynku. Mając w głowie pierwszą walkę i przewagę psychologiczną, boksowało mi się z nim dużo lepiej. W stolicy Katalonii go zdeklasowałem, wygrywając bardzo wysoko (14-3).

W ostatnim czasie zbliżył się pan do kadry narodowej i Polskiego Związku Bokserskiego?

- Ja po prostu chcę im pomóc. Dlatego pewnego dnia zadzwoniłem do wiceprezesa Nowaczka i mówię do niego: Grzegorz, wiesz dlaczego w polskim boksie nie ma sukcesów? No dlaczego? - zapytał, na co mu odpowiedziałem: dlatego, że nie ma oparcia duchowego. Nie bardzo rozumiał, więc wytłumaczyłem mu tak: już od dawna nie macie kapelana. Kiedyś mieliśmy wspaniałego księdza Mirosława Mikulskiego, który żył z nami, przyjeżdżał na zgrupowania, bywał na spotkaniach. Po prostu nawracał pięściarzy, dając duchową i wewnętrzną siłę, która jest niesamowicie ważna. Gdy sportowiec jest na zawodach, to nie ma przy nim rodziny, a jest tylko trener, z którym ktoś może być skonfliktowany. A wówczas z kim porozmawiać i komu zaufać? Przepraszam, ale tak czasami jest.

Wie pan, co teraz niektórzy sobie pomyślą? Coś w stylu "Bartnik stał się nawiedzony".

- Mnie to nie interesuje. Mówię to, co czuję, bo sam w życiu odnalazłem swoją drogę, choć zawsze byłem blisko Pana Boga, który wielokrotnie mi pomagał. Być może mogłem zdobyć więcej, gdybym jeszcze trochę inaczej myślał.

Wróćmy do księdza i reakcji pana Nowaczka.

- Po tygodniu zadzwonił do mnie z pytaniem, czy miałbym do polecenia księdza, który byłby duchową podporą dla drużyny? Odpowiedziałem mu, że oczywiście, mam kogoś takiego. A tak naprawdę jeszcze z nikim nie rozmawiałem. Zaryzykowałem, bo mam wspaniałych przyjaciół-księży, którzy dbają o ludzi, chcą ich nawracać i nieść pomoc, nakierowując na właściwą drogę.

Finalnie do takiego spotkania doszło?

- Proszę sobie wyobrazić, że tak. Spotkanie umówiliśmy z dnia na dzień, z konieczności, bo nazajutrz kadra wyjeżdżała na mistrzostwa Europy. Potrzebowałem chwili, zadzwoniłem do wspaniałego księdza Andrzeja Janickiego z parafii w Dłużycach koło Lubina, który bardzo kocha boks, a nawet sam boksuje. Z tym księdzem wcześniej parokrotnie byłem na spotkaniach, między innymi w zakładzie karnym oraz domu wychowawczym. Otrzymawszy w ekspresowym tempie zgodę od proboszcza, razem pojechaliśmy do Warszawy.

Jak wyglądało to spotkanie?

- Była wspólna kolacja, przedstawiłem księdza trenerom i zawodnikom. Później wszyscy otrzymali błogosławieństwo, a pięściarze zapewnienie, że będzie się za nich modlił. A gdy kadra już była na mistrzostwach, odprawił w ich intencji mszę. Niektórzy mogą pukać się w głowę lub mówić, że to nielogiczne, ale proszę mi wierzyć, że dla niektórych to wielka podpora.

Widział pan dojrzałą reakcję w zachowaniu pięściarzy?

- Tak jest. Myślę, że przede wszystkim Kiwior jest bardzo religijnym człowiekiem, dlatego ta wizyta w pewien sposób go "dotknęła". Myślę, że to na pewno pomocne, bo można oprzeć się i skierować swoje pragnienia o pomoc do Pana Boga.

Wróćmy do kondycji rodzimego boksu. Niektórzy twierdzą, że dyscyplina jest na samym dnie, a inni idą jeszcze krok dalej i mówią, że polski boks amatorski, zwany olimpijskim, już puka od spodu w dno.

- Mnie się wydaje, że gdyby spojrzeć w historię boksu i rozłożyć ją na czynniki pierwsze, to były momenty gorszego boksowania. Przez ileś lat w ogóle nie mieliśmy zdobyczy na mistrzostwach Europy, nie mówiąc o MŚ. Wprawdzie chłopcy byli na igrzyskach, ale czegoś brakowało. Tak jak powiedziałem, piętnaście pojedynków to za mało, by wznieść się na wysoki poziom. Zawodnik nie musi wszystkiego wygrywać, ale musi być w rytmie boksowania, by czuć się w ringu, jak ryba w wodzie. Pamiętamy, że Igor Jakubowski przegrał walkę w Rio de Janeiro słabą pierwszą rundą z zawodnikiem, który teraz robi karierę zawodową. Z kolei Tomek Jabłoński, moim zdaniem, niesłusznie został ogłoszony przegranym. Dyskusyjna była druga runda, która moim zdaniem powinna pójść na stronę Polaka.

Rzeczywistość jest taka, że dzisiaj obaj są na rozdrożu karier.

- Szkoda, bo według mnie ta dwójka nadal mogłaby być liderami kadry. Nie wiem dokładnie, jaka jest ich kondycja zdrowotna, ale nadal bym w nich inwestował, bo mają doświadczenie, "zęba" i charakter.

Jednak nie oszukujmy się. Jedną z największych, jeśli nie największą bolączką boksu amatorskiego, jest nienajlepsza kondycja finansowa. W tym obszarze nie ma praktycznie żadnego argumentu, by pięściarze dłużej chcieli pozostać na ringu olimpijskim. Jak pan to widzi?

- To bardzo złożony temat. Żeby dobrze walczyć, trzeba dobrze trenować. A żeby dobrze trenować, trzema mieć "wolną" głowę, spokój ducha i komfort finansowy.

No właśnie, komfort finansowy...

- To jest to, żeby taki chłopak nie musiał wstawać o 6 rano i chodzić do innej roboty, albo wracać po nocnej pracy na "bramce", odsypiać pół dnia i iść na wieczorny trening, który będzie mało efektywny. A w sportach walki niestety tak wygląda rzeczywistość, że chłopaki stoją na "bramach" w lokalach. To nieraz różnie się kończy, bo przecież trzeba interweniować. Z tego później biorą się problemy z prawem, a także zdrowotne, bo nie da się oszukać organizmu. A żeby zrobić wynik na wysokim poziomie, trzeba trenować od poniedziałku do soboty. Świętym dniem odpoczynku powinna być tylko niedziela. Poza tym wtorek i czwartek są takimi dniami, w którym trzeba robić dwa treningi, a wskazanych jest nawet dziesięć jednostek tygodniowo.

Problem braku funduszy, a więc niedofinansowania dyscypliny wszyscy w miarę zbieżnie diagnozują i co do tego nie ma dużych różnic. Najważniejsze pytanie brzmi, jak ten problem rozwiązać? Czy pan ma jakiś pomysł?

- Myślę, że wiele można zrobić w obszarze marketingu, który odpowiada za pozyskiwanie sponsorów i szukanie dofinansowania. Pewne pieniądze daje ministerstwo, ale z tego, co wiem, to są niewielkie sumy. A dlaczego? Bo nie ma wyników. Natomiast trzeba samemu znaleźć pieniądze, by mieć konkretne zaplecze, właśnie służące osiągnieciu wyników. Zauważyłem, że panowie Nowaczyk i prezes Piotrowski "coś" robią w tym kierunku. Przecież, żeby zorganizować cztery mecze międzypaństwowe, trzeba trochę zabiegów i wysiłku finansowego. A przed kadrą mężczyzn piąte spotkanie w ramach światowych konfrontacji boksu olimpijskiego (mecz Polska - Węgry w piątek w Świeciu. Transmisja w TVP Sport od godz. 19 - przyp. AG).

Ale gdzie tu do trzydziestu walk, wszystkich na poziomie, o których pan mówi?

- No tak, to jest problem... Naprędce licząc, wychodzi mi piętnaście, a to przynajmniej o dziesięć za mało. Do tego powinny odbywać się zgrupowania z naszymi przyjaciółmi z pobliskich krajów, typu Ukraina i Białoruś. Tam jest tanio, a oba kraju dysponują bardzo dużym "materiałem ludzkim". Może do tego Czechy oraz Słowacja. Po prostu należałoby jak najwięcej jeździć na sparingi. Chcąc być kim więcej niż tylko przeciętnym pięściarzem, trzeba oddać się dla tej dyscypliny, katować się i cały czas być na walizkach.

Tyle że problem jest złożony. Jeśli mówimy, że potrzebni są rzutcy menedżerowie, zdolni znaleźć majętnych sponsorów, to rodzi się kolejne pytanie: jak ich skusić do pracy w związku, gdzie warunki byłyby dla nich zupełnie niekonkurencyjne?

- Zaproponowałbym taki układ: z tytułu pozyskania sponsora otrzymasz 20 procent z kwoty, na jakąś opiewa umowa. I myślę, że tacy ludzie by się znaleźli, bo przecież chodziłoby o bardzo atrakcyjne wynagrodzenie. A tak w ogóle, na etapie selekcji zawodników, wybrałbym pięciu zawodników i w nich inwestował największe środki. W rezerwie byłaby druga piątka, finansowana częściowo, otrzymując pieniądze na odżywki, odzież i koszty przejazdów.

Zatem mówi pan o wąskim gronie zawodników, ale może faktycznie lepiej mierzyć zamiary na siły...

- Tak jest, nie mając fortuny, właśnie w ten sposób podszedłbym do sekcji. Ale powtarzam, ofertą muszą być godne pieniądze, a nie tysiąc złotych, bo to żadna alternatywa. Wtedy podpisujemy umowę i oczekujemy pełnego poświęcenia, z obu stron. Nie dorabiamy na boku, tylko szanujemy swoje zdrowie.

W okresie, gdy pan był pięściarzem, obowiązywały realia fikcyjnych etatów dla sportowców w zakładach pracy. W ten sposób miał pan stałą pensję.

- Tak, może faktycznie była to naciągana rzeczywistość, ale byłem naprawdę zadowolony. Wtedy sportowiec miał spokojną głowę, mógł trenować i dawać z siebie jeszcze więcej. Choć czasami, robiąc sobie rachunek sumienia, uważam, że mogłem jeszcze więcej osiągnąć, mając takie możliwości, jakich ci chłopcy obecnie nie mają.

To cenne, co pan powiedział. Faktycznie oddajmy sprawiedliwość, przynajmniej w boksie, że warunki finansowe i socjalne w pana czasach były nieporównywalnie lepsze.

- Proszę pana, my mieliśmy znakomicie! To też, według mnie, było zasługą naszych trenerów i prezesów, którzy zmieniali się w trakcie mojej jedenastoletniej obecności w reprezentacji Polski.

Warunki niezmiennie były bardzo dobre?

- Gdy przyszedłem do kadry w 1990 roku, to nie miałem żadnych pieniędzy, nie dostawałem nic. Byłem jednak szczęśliwy, że mogłem założyć dres "adidas". Pamiętam, jak dzisiaj: stary model z IO w Seulu, czerwony kolor, orzełek na piersi... Byłem taki dumny, że to się w głowie nie mieści. Chodziłem w tym dresie wszędzie, a nawet pożyczałem go kolegom, bo mnie prosili. Wtedy człowiek robił za "darmochę". Przyjeżdżałem do Cetniewa, pełniąc rolę sparingpartnera dla Andrzeja Gołoty i Henryka Petricha, gdy obaj szykowali się do Igrzysk Dobrej Woli w Seattle, w Stanach Zjednoczonych.

W którym momencie u pana pojawiły się pieniądze?

- Jakoś po roku ciężkiej pracy, jeszcze przed igrzyskami, gdy wszedłem do kadry olimpijskiej. A przypomnę, że dopiero tydzień przed IO w Barcelonie dowiedziałem się, że jadę na najważniejszą imprezę czterolecia. Miałem wtedy strasznie zrujnowaną psychikę, bo ciągle czekałem, kiedy w końcu ktoś zwolni mi miejsce. Trwało to miesiące, a ja ciągle jeździłem na kadrę, uczestnicząc w zgrupowaniach. Na szczęście wytrwałem i było warto.

No właśnie, opowiedzmy o sensacyjnych okolicznościach pana powołania do kadry olimpijskiej, o czym zapewne nie wie wielu młodych kibiców.

- To była sytuacja, nadająca się na napisanie książki. Opowiedzmy od początku: jestem na kwalifikacjach we Francji, tam wygrałem jedną walkę, a drugą przegrałem z gwiazdą gospodarzy. Później, w repasażach, wygrałem ze Szwedem Leifem Keiskim. Następnie bardzo szybko, w drugiej rundzie, pokonałem Czecha i... za chwilę dowiaduję się, że mimo wszystko nie zagwarantowałem sobie miejsca na igrzyska, bo Hiszpanie zabrali dla swojego zawodnika jedno miejsce. Od tego momentu byłem pierwszym rezerwowym.

Czas pokazał, że kogo pan zastąpił?

- Właśnie tego Hiszpana.

Niebywała historia.

- Prawda? Wszystko dlatego, że mój kolega, Cezary Banasiak z Czarnych Słupsk, razem z drugim "garniturem" reprezentacji Polski, pojechał na sparingi do Hiszpanii. Tam, podczas jednej z walk, Czarek bardzo poważnie uszkodził rywalowi nos, co zaowocowało miejscem na igrzyska dla mnie. A żeby było śmiesznej, muszę jeszcze opowiedzieć pewną anegdotę, z 1991 roku.

Proszę bardzo.

- Banasiak z kretesem przegrywał ze mną sparingi, ale to on otrzymał nominację na mistrzostwa Europy w Goeteborgu. Rozumie pan? Właśnie ten Cezary, gdy to ja zasługiwałem, "zabrał" mi wyjazd na taką imprezę, oczywiście nie ze swojej winy. Po roku Czarek jakby mi się zrewanżował, kontuzjując Hiszpana, dzięki czemu to ja mogłem jechać na pamiętne igrzyska, z których przywiozłem medal. Życie potrafi być przewrotne i niespodziewane.

W jaki sposób przekazano panu decyzję o nominacji do kadry olimpijskiej?

- Dzień wcześniej byłem na bilardzie, gdzie zasiedzieliśmy się do godz. 5 rano. Za oknami już robiło się widno...

To pana wyjście obrosło legendami. Istotnie było mocno zakrapiane alkoholem?

- Delikatnie. Po prostu poszedłem z kumplami trochę "popiwkować" odreagować, starając się zapomnieć o całym dramacie, choć oczywiście cały czas byłem w formie.

I co wydarzyło się później?

- Odsypiałem, gdy około południa obudziła mnie mama mówiąc, że przyszła policja. Szybko zwlokłem się z łóżka, a wtedy policjant z oleśnickiej komendy oznajmił mi, że mam zgłosić się do swojego klubu Gwardia Wrocław, ponieważ mój ówczesny trener Leszek Strasburger oraz Zygmunt Gosiewski wzywają mnie w pilnej sprawie. Pojechałem i wtedy usłyszałem radosną nowinę, że jadę na igrzyska. Znowu złapałem wiatr w żagle i wpadłem w wir ciężkiej pracy.

Wyobrażam sobie, że w momencie, gdy do drzwi puka policja, a za człowiekiem długa noc w mieście, autentycznie można czuć zaniepokojenie.

- W rodzaju: co ja zrobiłem, prawda? (śmiech). Byłem spokojny, mając pełną świadomość, że w nocy nic złego nikomu nie zrobiłem. Zazwyczaj jestem spokojny, dlatego nie czułem obaw.

Obecnie czym pan się zajmuje?

- Jestem radnym w Oleśnicy przez trzecią kadencję, pracując dla lokalnej społeczności. Jestem społecznikiem i działam charytatywnie, co daje mi wielką radość.

A z czego pan się utrzymuje?

- Mam emeryturę olimpijską, żona dobrze zarabia i żyjemy całkiem fajnie. Mam trójeczkę dzieci, w tym dwójkę dorosłych, a najmłodsza córka ma 13 lat.

Ma pan aspiracje, by ubiegać się o fotel prezesa związku?

- Obecnie związkowi szefuje pan Piotrowski, według mnie człowiek oddany sprawie. Szczerze mówiąc nie myślałem o tym. Kiedyś padały takie zapytania od moich znajomych i przyjaciół.

Jednak nie wyklucza pan takiego scenariusza?

- Niczego nie wolno wykluczać. W każdym razie obecnym działaczom, którzy stoją w obliczu niełatwego zadania, życzę jak najlepiej. Nie jest łatwo prowadzić związek, ani gromadzić środki finansowe.

Pan przez chwilę zasiadał w zarządzie PZB, prawda?

- Tak, za kadencji pana Zbigniewa Górskiego.

Odszedł pan, czy panu podziękowano?

- Zdecydowanie odszedłem. Najpierw uczynił to pan Nowaczyk, a krótko po nim ja. Stwierdziłem, że nie ma szans realizowania swojego planu, wobec czego podziękowałem.

Czy dużo winy za obecną kondycję boksu amatorskiego ponoszą polscy promotorzy boksu zawodowego?

- Tak, mają w to dosyć duży "wkład", ponieważ zabierają zawodników. A uważam, że mogliby elegancko wspomagać pięściarzy-amatorów i boks olimpijski. Mogliby znaleźć sobie perełki, którym zaczęliby pomagać poprzez finansowanie, a tacy zawodnicy, poprzez osiągane wyniki w amatorstwie, byliby naturalnie szykowani na zawodowstwo. Przy takim układzie promotorzy mogliby zabezpieczyć się wstępnymi kontraktami z pięściarzami.

Postulowałby pan, aby - wzorem innych dyscyplin sportu - w boksie też obowiązywał ekwiwalent za wyszkolenie?

- Oczywiście! Przecież ja, będąc trenerem, a przez jakiś czas także prezesem Orła Oleśnica, wychowałem też paru mistrzów Polski. Dziś jeden z nich walczy w najlepszej w kraju grupie zawodowej.

O kim mowa?

- O Marku Matyi. Niestety za Marka nasz klub nie otrzymał choćby jednej pary rękawic. A przecież do takiego gestu powinien poczuwać się każdy promotor, aby wesprzeć kluby, z których ma dopływ zawodników. Wtedy nie ma żadnego konfliktu, wszyscy się lubią i szanują, a przy tym nawzajem pomagają.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje