Reklama

Reklama

Tyson - Tubbs. 30 lat minęło od pamiętnej walki w Japonii

To już trzydzieści lat! Dokładnie trzy dekady temu na ringu w Tokio Dome siejący postrach w wadze ciężkiej Mike Tyson (33-0, 29 KO) wyszedł do szóstej obrony tytułu mistrza świata. Na jego biodrach wisiały pasy WBA/WBC/IBF. W rolę pretendenta wcielił się dawny champion World Boxing Association, Tony Tubbs (24-1, 15 KO).

To była druga w historii walka o mistrzostwo wszechwag w Japonii. W 1973 roku inny niszczyciel - George Foreman, szybko odprawił Jose Romana. "Żelazny Mike" kilka tygodni wcześniej ożenił się z aktorką Robin Givens (7 lutego). Kilka dni później nowożeńcy udali się do Japonii. Mąż trenował do walki, żona zwiedzała i towarzyszyła mistrzowi.

Galę promowali Don King wraz z Akihiko Hondą z grupy Teiken Promotions. To właśnie Honda naciskał, by rywalem amerykańskiego championa był Tubbs. - Moim zdaniem tylko Tubbs jest w stanie wciągnąć Tysona na głębsze wody i późniejsze rundy - przekonywał. Przed pojedynkiem federacja IBF zagroziła, że nie usankcjonuje tej walki jako mistrzowskiej, a jeśli Mike wyjdzie do ringu, wówczas o wakujący pas zaboksują najwyżej notowani w rankingu Trevor Berbick i Carl Williams. Ostatecznie pojedynek uznano za mistrzowski, a pas został przy "Żelaznym".

Reklama

W obozie mistrza oraz bokserskim biznesie wszyscy byli tak pewni wygranej Mike'a, że ten wychodząc do walki z Tubbsem już miał podpisany kontrakt na wyczekiwaną konfrontację z Michaelem Spinksem trzy miesiące później (27 czerwca). Zresztą King sięgał jeszcze dalej w przyszłość. Po Spinksie miał być Frank Bruno w Anglii, a później Mediolan, Rio de Janeiro i Paryż. Tyson zyskał na całym świecie taką sławę, że w innych krajach byli gotów płacić dużo więcej niż w Ameryce. Ostatecznie do tego międzynarodowego tour nie doszło.

Wszyscy wiedzieli o Tubbsie dwie rzeczy. Po pierwsze - ma ogromny talent i będąc w formie może zagrozić każdemu. Po drugie - jest leniuchem i ma kłopoty z wagą. Na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że przyjedzie do Japonii kompletnie nieprzygotowany, w odwodzie pozostawał Jose Ribalta. Kubańczyk miał już zresztą do czynienia z Tysonem. W połowie sierpnia 1986 roku przegrał z nim na półtorej minuty przed końcem dziesiątej rundy. Odbudował się jednak czterema zwycięstwami, w tym już w pierwszej rundzie z Leonem Spinksem. Ribalta czekał więc z nadzieją, że Tubbs złapie kontuzję bądź przyjedzie gruby jak nigdy dotąd.

Japończycy i King płacili dobrze. Mike zarobił za ten występ aż 10 milionów dolarów. Pretendent miał w kontakcie kwotę 500 tysięcy dolarów, ale miała ona wzrosnąć o kolejne 50 tysięcy, jeśli podczas ceremonii ważenia nie przekroczy 235 funtów, czyli 106,5 kilograma. Niestety dla siebie ważył półtora kilograma za dużo - dokładnie 108 kilogramów. Obrońca tytułów wniósł na skalę dokładnie dziesięć kilogramów mniej - 98 kg. Hala mogła pomieścić 55 tysięcy. Ostatecznie sprzedano 51 tysięcy biletów. Przynajmniej w oficjalnym oświadczeniu, bo niektóre sektory na górze świeciły pustkami. Najtańsze wejściówki kosztowały w przeliczeniu 23 dolary, te najdroższe, tuż przy ringu, 787 dolarów.

Co ciekawe po raz pierwszy na walce Mike'a zabrakło Jima Jacobsa, jego menadżera i przyjaciela. Chorował na białaczkę i musiał pozostać w kraju. Niestety dwa dni po starciu Tyson vs Tubbs zmarł w nowojorskim szpitalu w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat. To był drugi taki cios dla mistrza, bo przecież w 1985 roku zmarł ten, który zbudował jego wielką karierę na sali - sławny trener Cus D'Amato.

W pierwszej rundzie challenger radził sobie naprawdę dobrze, kontrolując ataki championa lewym prostym z defensywy. Każdy z sędziów ocenił ten trzyminutowy odcinek inaczej - 10:9, 9:10 i 10:10. Ale Tubbs nie dotrwał nawet do końca drugiego starcia. Na pomeczowej konferencji dziennikarze znów kręcili trochę nosem, co rozzłościło "Żelaznego".

- A co będzie, jeśli wszystkich będę nokautował szybko i łatwo? Czy to źle? Przecież to będzie tylko świadczyło o mojej klasie. W tym sporcie chodzi o to, by wygrać i nie zostać zranionym. I właśnie to dziś zrobiłem. Zresztą walka z Michaelem Spinksem będzie wyglądała trochę inaczej - przekonywał. Nie wyglądała. Mike zmiótł Spinksa, uważanego wciąż przez niektórych za prawdziwą "jedynkę", jeszcze szybciej niż Tubbsa. Niepokonany Spinks wytrzymał z Tysonem zaledwie 91 sekund! Ale o tym przy innej okazji...

- Wiedziałem, że nie dadzą mi wygrać z nim na punkty, dlatego boksowałem trochę inaczej, licząc na nokaut. Oni już wcześniej negocjowali walkę na czerwiec ze Spinksem oraz na wrzesień z Bruno. Nawet jeśli wygrałbym każdą rundę, to i tak bym przegrał na kartach. Niestety trafił mnie przypadkowym ciosem w drugiej rundzie i to on wróci do domu z pasami. Ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa w boksie - zapewniał Tubbs.

- Rywal był dziś łatwy do trafienia. Zaskakująco wysoko trzymał ręce, więc w pierwszej i na początku drugiej rundy skoncentrowałem się na ciosach na korpus, by mu trochę tą gardę obniżyć. Zrobiłem co do mnie należało. Facet nie był najlepiej przygotowany fizycznie, więc musiałem go skończyć w ten sposób. Gdyby to przeciągnęło się do siódmej rundy, wszyscy by mnie skrytykowali. Z drugiej strony on ma naprawdę szybkie ręce. Niestety dla niego, nie ma mocy w jego ciosach - dodał Tyson. Zapytany o zamieszanie z pasem IBF i co by było, gdyby rzeczywiście go stracił, bez większych emocji odparł - Nic by się nie stało. Szybko bym go odzyskał!

- To niebywałe. Pięć tygodni ciężkich sparingów, a tu pięć minut i po sprawie - kręcił głową Fred Whitaker (4-1, 2 KO), jeden z dwóch sparingpartnerów mistrza. Drugim był mało jeszcze wtedy znany Oliver McCall (11-2, 7 KO).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje