Reklama

Reklama

Tymex Boxing Night. Udany powrót Mateusza Rzadkosza po dwóch latach przerwy

Mateusz Rzadkosz jednogłośnie na punkty pokonał Michala Rybę i w obiecującym stylu wrócił na ring po długiej przerwie podczas gali Tymex Boxing Night.

- Ten powrót będzie dla mnie bardzo ciężki i bardzo emocjonalny - mówił w materiale promocyjnym Rzadkosz i trudno było nie dać wiary w słowa pięściarza z Gliczarowa Górnego.

Wszystko przed tą walką było spójne. Łącznie z emocjonalną piosenką na wejście, z prośbą do Najwyższego o wybaczenie.

- Wracam po dwuletniej przerwie. Zrozumiałem, że nie potrafię żyć bez tego sportu - zapewniał Rzadkosz, który kilka lat temu miał wielkie ambicje, by przenieść karierę do Stanów Zjednoczonych i zrobić karierę na miarę Tomasza Adamka.

Wychowanek klubu Cios Adamek Gilowice zmienił kategorię wagową z superśredniej na półciężką, wrócił do trenera Tomasza Winiarskiego (pracowali razem w Wiśle Kraków) i od początku widać było, że także zmienił sposób boksowania.

Reklama

Mateusz Rzadkosz wstrząsnął rywala ciosami podbródkowymi

Rzadkosz zaczął ofensywnie, dobrze i często operując lewym prostym. Walczący z pozycji mańkuta rywal starał się odpowiadać ciosami z lewej ręki na korpus, ale Polak reagował z refleksem, a na finiszu otwierającego starcia bardzo ładnie zaznaczył końcówkę.

W kolejnej rundzie nasz pięściarz nadział się na podbródkowy Ryby, ale takim samym ciosem od razu próbował odpowiedzieć. Czech, licząc na siłę w swoich pięściach, zapolował też na prawy sierpowy, którym trafił zawodnika z Małopolski. Później to nasz pięściarz świetnie skontrował prawą ręką, jednak cały czas musiał być czujny, po czym efektownie zaakcentował końcówkę drugiego starcia.

Rzadkosz dobrze dystansował Rybę lewą ręką, stał szeroko na nogach z nieco obniżoną pozycją. Rywal jednak nie czuł respektu do siły ciosy Polaka i cały czas szukał okazji do kontry. Na półmetku trzeciej rundy pojawiło się dość głębokie rozcięcie na głowie Ryby, a po chwili krew trysnęła z lewego łuku brwiowego Rzadkosza. Po chwili zaczęły się fajerwerki i Polak w ciągu paru sekund dwukrotnie wstrząsnął rywala prawym podbródkowym. W końcu, po prawym prostym zadanym w tempo, Ryba upadł na ring i byliśmy świadkami pierwszego nokdaunu. Czech oponował, ale decyzja sędziego była prawidłowa. Gdy wstał, od razu wybrzmiał gong.

W przerwie obu narożnikom względnie udało się zatamować krwawienia i zawodnicy mieli komfort dalszego boksowania. Tyle tylko, że Polak zaczął tracić rytm, bowiem Ryba nieco zmienił styl walki.

Trener Tomasz Winiarski apelował do swojego podopiecznego, by pracował lewym prostym, co przez większość walki przynosiło skutek. Gdy jednak zmęczenie dawało znać o sobie, Polak popełniał coraz więcej błędów, m.in. prostował się w półdystansie, co groziło dużym niebezpieczeństwem. W ostatnich sekundach przedostatniej rundy Rzadkosz znów chciał zaznaczyć swoją przewagę, miał rywala w narożniku, ale nie był tak celny jak wcześniej.

W ostatniej odsłonie długo nic się nie działo, aż w ostatniej minucie Rzadkosz się rozluźnił i zadał kapitalny prawy podbródkowy. A po chwili zabawił się z rywalem, przepuścił jego ofensywny zapęd i Czech wypadł za linę, a niewiele brakło i w ogóle spadłby z ringu. O wyniku decydowali sędziowie i nie było żadnych rozbieżności: na kartach trójki arbitrów zasłużenie wygrał były triumfator prestiżowego turnieju o "Złotą Rękawicę Wisły".

Art

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje