Reklama

Reklama

Trenerka mistrzów Polski w boksie: Kocham to

- Dobrze jest poczuć, że właściwie wykorzystałam dzień, że dobrze go spędziłam na sali bokserskiej, a nie na przykład w pizzerii - mówi 28-letnia Martyna Schunke, która w Carbo Gliwice trenuje zarówno bokserów jak bokserki. Jej wychowankowie regularnie zdobywają indywidualne mistrzostwa Polski w różnych kategoriach wiekowych.

Mimo młodego - jak na szkoleniowca - wieku Martyna Schunke ma już w trenerskim fachu niemałe doświadczenie. 

Paweł Czado:  Rozmawiamy w sali treningowej Carbo Gliwice. Nigdy dotąd nie widziałem bokserskiej trenerki szkolącej dorosłych mężczyzn. Wiadomo, że trenuje też pani kobiety i chłopców, ale na mnie robi wrażenie jak mężczyźni panią słuchają. Skąd pani właściwie wzięła się w pięściarstwie?

Martyna Schunke:
- Jestem z Podlasia, z Suwałk. Od dziecka pociągały mnie sporty uważane za męskie. Lubiłam piłkę nożną. Trafiłam na salę treningową mając 17 lat. Zaczynałam od karate, ale nie spodobało mi się. Poszłam na zajęcia z boksu. Po kilku zajęciach trener rozmawiał z moimi rodzicami, powiedział, że mogę przychodzić, ale nie może obiecać, że coś ze mnie będzie. Kariery mi nie wróżył. Kiedy się urodziłam miałam wadę nóżki, byłam dosyć słaba fizycznie, właściwie to było ze mnie małe chucherko. 

Reklama

Wiedziała pani o zdaniu trenera?

- Mnie tego nie powiedział. Tylko moim rodzicom, a oni zachowali to dla siebie. Powiedzieli mi dopiero gdy zaczęły się jakieś sukcesy. Po roku treningów nastąpił przełom. Trener dopuścił mnie do pierwszych sparingów i wszystko się zmieniło. Podczas walk sparingpartnerki przewyższały mnie wszystkim, ale... to ja wygrywałam.

Dlaczego? Zaczęła je pani lać?

- Tak było. Były lepsze i siłowo i technicznie, a jednak ze mną nie wytrzymywały. 

To co decydowało o tym, że pani wygrywała?

- Nie odpuszczałam. Może decydował zadziorny charakter? Kiedy coś mi nie wychodziło, robiłam to tyle razy aż mi się to uda. Myślę, że to ustawiało mnie nad tymi dziewczynami. Po pierwszym sparingu trener stwierdził, że mnie nie poznaje. Potem sparowałam już tylko z chłopakami, bo dziewczyny nie chciały. Z chłopakami też powoli zaczęłam sobie radzić. 

Boks to radzenie sobie ze stresem

Przyszły pierwsze mistrzostwa województwa. W pierwszej walce spotkałam się z zawodniczką, która miała w bilansie stoczonych już pięć czy sześć walk, ja z czystą kartą. Znokautowałam ją w pierwszej rundzie. Trenerzy rozmawiali między sobą: "bierz ją na mistrzostwa Polski, są za trzy miesiące. To co, że zaczyna, nadaje się!". Trenowałam ostro przez trzy miesiące i pojechałam na te mistrzostwa. To był rok 2009. Chodziłam w wadze 57 kg. Na miejscu okazało się, że w mojej wadze będą walczyć trzy byłe mistrzynie Polski, w tym jedna brązowa medalistka mistrzostw Europy. Akurat do tej wagi wskoczyły wcześniejsze mistrzynie z kategorii 51 kg i 54 kg.

No i jak pani sobie poradziła?

- W pierwszej walce wygrałam na punkty z dziewczyną, która miała na koncie pięć-sześć pojedynków, ale pamiętam ją jako wyjątkowo ciężką, być może dlatego, że musiałam sobie poradzić ze stresem, z rangą mistrzostw. Przyjechałam jako "świeżynka", nie znałam tych dziewczyn. One między sobą się znały, jeździły na kadrę Polski. Nawet na rozgrzewce trener Paweł Pasiak zabierał mnie w takie miejsca żebym w ogóle nie widziała tych dziewczyn. Myślę, że widział kiedy zobaczę choćby tylko sposób w jaki się poruszają - może mnie przyblokować. To była bardzo dobra decyzja, bo wchodziłam do ringu z czystą głową. No i wygrałam z jedną mistrzynią Polski, w półfinale z drugą mistrzynią Polski a w finale spotkałam się z trzecią. Rywalka w półfinale wygrała przez nokaut, całe szczęście, że tego nie widziałam, gdybym to zobaczyła też mogłoby być różnie (śmiech). Ogółem siedem razy wygrałam mistrzostwo Polski, zdobyłam też brązowy medal mistrzostw Europy.

Telefon wrogiem boksera

Dlatego doceniam fakt, że wtedy wychodziłam na walki z czystą głową. Teraz często niestety nie jestem w stanie wyegzekwować tego u swoich zawodników.

Nie rozumiem.

- Znam wartość moich zawodników, wiem co potrafią. Problem w tym, że oni w telefonach często czytają sobie przed walką z kim boksują, ile rywal ma walk albo z kim wygrał i w efekcie... się blokują. W tym momencie trudno już niektórych przekonać, że przecież to ring wszystko weryfikuje. Ile razy prosiłam,, błagałam... A po walce słyszałam: "trenerko, bo ja jednak sprawdzałem, czytałem, ja nie spałem". Powtarzam: wszystko dzieje się w ringu, nawet mistrz może mieć słabszy dzień i można go pokonać. 

To prawda. A jaka jest różnica między męskim i kobiecym boksem? Pani to doskonale wie, pracuje pani z kobietami i mężczyznami. 

- Męski boks jest bardziej skupiony na sile, damski - na waleczności. U mężczyzn często jest tak, że "łatwo przyszło, łatwo poszło". Kobiety jednak często są bardziej zawzięte. Częściej do sukcesów dochodzą ciężką, regularną pracą. 

Kiedy pojawiła się pani na Śląsku?

- Zdecydował o tym oczywiście boks, przeniosłam się tu jako zawodniczka, miałam 20 lat, podpisałam z Carbo Gliwice umowę i... zostałam.  W barwach tego klubu odniosłam prawie wszystkie sukcesy, dwa mistrzostwa Polski juniorek zdobyłam jako zawodniczka OSiR Suwałki. 

Miała pani sukcesy, jest pani ciągle w wieku świetnym dla sportowca a jednak zakończyła pani karierę. Dlaczego?

- Nie boksuję już o trzech lat, zostałam trenerem. Powody są proste: w dzisiejszych czasach ciężko o sponsorów. Nie było szans na to by boks był moim jedynym zajęciem, z czegoś trzeba żyć. Człowiek dochodzi do pewnego wieku i musi zdecydować co dalej. Ile lat można mieć osiągnięcia a nie mieć z tego korzyści? Trzeba wtedy zdecydować co dalej. Pracuję jako specjalista ds. logistycznych, zajmuję się strategią magazynową. Praca za biurkiem. Miałam od boksu rok przerwy. Ale człowiek nadal kocha boks więc cieszy się, że znowu może dzielić tę miłość z innymi - już jako trener. Cieszę się, że popołudniami i wieczorami mogę się poruszać. 

Trenuje pani młodzież. Obserwowałem panią podczas zawodów, widziałem jak pani trenuje z podopiecznymi na ringu i poza nim. Dostrzegam u pani silny autorytet. Chłopaki zwyczajnie pani słuchają; pani dowodzi! Co to sprawiło?

- Myślę, że ważne jest złapać więź ze swoimi zawodnikami. Wydaje mi się, że więź z trenerem jest dla zawodnika bardzo istotna. Rzeczywiście warto żeby trener był autorytetem dla swoich zawodników. 

Bokser musi mieć dobre oceny w szkole

Mam kontakt z rodzicami zawodników i dzięki temu wiem, że oni nie zawsze sobie z dziećmi radzą. Już na samym wstępie kiedy się poznajemy proszę: jakiś problem w szkole - telefon. Problem z bójkami - telefon. Problem z pyskowaniem - telefon. Dlatego rodzice czasami proszą mnie o pomoc czy to w sprawach szkolnych czy innych.

Czyli jest pani nie tylko trenerem, ale i wychowawcą! Wymaga pani od swoich podopiecznych dobrych ocen?

- Oczywiście, że tak! U mnie nie ma przychodzenia na zajęcia jeśli ktoś jest zagrożony. Boks to nie tylko sport to też wychowanie. To przecież ciężki kawałek chleba, trzeba nauczyć się pokory, dyscypliny, punktualności. 

Co lubi pani w boksie?

- Jako zawodniczka lubiłam ciężką, codzienną, rzemieślniczą pracę. Lubiłam poczuć, że właściwie wykorzystałam dzień, że dobrze go spędziłam na sali bokserskiej a nie na przykład w pizzerii. Jako trenerka cieszę się sukcesami moich zawodników. Wydaje mi się, że ich osiągnięcia sprawiają mi większą satysfakcję niż moje własne sukcesy przed laty. 

Ilu ma pani zawodników pod sobą?

- W grupie początkującej 25-30 zawodników, w grupie zaawansowanej 20-25. Treningi są codziennie. Poniedziałek, środa, piątek - treningi grupowe. Początkujący - o 16.30, zaawansowani - o 18. We wtorki i czwartki - treningi indywidualne. Staram się poświęcić 30 minut każdemu zawodnikowi, wyłapywać błędy, poprawiać je, rozmawiać, przygotowywać do walk. Praca zdarza się też w sobotę i niedzielę, organizujemy sparingi (uśmiech). 

Kocha pani ten boks cholernie.

- Oczywiście a oprócz tego jest praca. Ale to jest życie! Sprawia mi to mnóstwo radości, choć ja też czasem miewam kryzysy, czasem jestem zmęczona, zdarzają się bóle nadgarstków podczas tarczowania [praca na tarczach powoduje dobre zgranie się trenera z zawodnikiem, przyp. aut.]. Zdarzają się gorsze dni, ale potem przychodzą na przykład mistrzostwa Polski i człowiek jest szczęśliwy kiedy widzi progres kiedy zawodnicy po walkach dziękują i są wzruszeni po walce. Dla mnie to coś niesamowitego. Daję mi to niesamowitego kopa do życia.

A zdarzało się mieć pani wychowanka, który dzięki boksowi wyszedł na prostą a nie stoczył?

- Owszem. Do tej pory staram się w jego przypadku pociągać za te sznurki żeby jednak gdzieś nie zboczył, bo parę zakrętów w życiu miał. Kiedy coś usłyszę, coś się dowiem, od razu na właściwe tory sprowadzam (uśmiech).

Mówi pani jak stary trener boksu a ma pani dopiero 28 lat!

- Już! (uśmiech). Jestem już doświadczona, czas leci (uśmiech).

Marzenia?

- Sukcesy wychowanków. W zeszłym roku moi zdobyli zdobyli dziewięć medali mistrzostw Polski, w tym - cztery. W zeszłym roku największym osiągnięciem był złoty medal mistrzostw Europy, który wywalczyła Alexas Kubicki i brązowy medal Europy Kingi Rewińskiej. A chłopcy? Mistrza Polski już mam, zdobył go Oskar Hibner (uśmiech). W sierpniu były mistrzostwa Polski kadetów, tam wygrał Jakub Stępniak, który teraz jest na zgrupowaniu kadry Polski. To moja nadzieja na starty w juniorach, wierzę, że uda mu się zakwalifikować na mistrzostwa Europy lub świata.  

Staram się nie mierzyć nie wiadomo jak daleko. Wiadomo, że największe marzenie to medal olimpijski... 

Ale ostatnim Polakiem, który go zdobył był Wojciech Bartnik w Barcelonie, w 1992 roku czyli dawno temu. 

- Zdaję sobie z tego sprawę. Ale wiadomo, że o tym marzę. Trzeba stopniami, powolutku... Trzeba mieć cele, choć jak stawiam na te bardziej na tę chwilę realne (uśmiech). Wiadomo, że szybko mistrzem olimpijskim się nie zostaje. Na to potrzeba czasu, musi się trafić perełka. Widzę paru chłopaków u siebie, którzy mają predyspozycje. No i w boksie trzeba mieć też trochę szczęścia...

Dzieci garną się do boksu? Nie ma z tym problemów?

- Przychodzi ich więcej niż choćby trzy lata temu. Ale dostrzegam poważniejsze problemy. Dużo dzieci w wieku 10-13 lat, które teraz przychodzą do mnie boksować mają problemy fizyczne. Trzeba nauczyć ich przewrotów, brzuszków, pompek. Nie wiem jak wyglądają lekcje WF-u w szkole, ale kiedy pytam ich kiedy mieli zaliczenia na bieg na 800 metrów to robią oczy okrągłe jak pięć złotych, bo nie wiedzą w ogóle co to jest! 

Na koniec mam pytanie może głupie. Siedzimy przy sali treningowej i co jakiś czas słychać syrenę. O co chodzi?

- Runda (uśmiech). Trzy minuty rundy, minuta przerwy, trzy minuty rundy, minuta przerwy i tak w kółko. Nie muszę myśleć o czasie. Jest sygnał, jest zmiana, kolejny zawodnik. 

Rozmawiał: Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje