Julia Szeremeta na igrzyska olimpijskie do Paryża z pewnością leciała z wielkimi ambicjami, ale pewnie w najśmielszych snach nie spodziewała się, że jej przygoda na tej imprezie okaże się tak wspaniała. Polka swoimi występami w ringu zszokowała cały świat, awansując do samego finału. W walce o tytuł mistrzyni olimpijskiej po drugiej stronie stała Lin Yu-ting.
Sulęcki pożegnał się z marzeniami o medalu. Rywal był bezlitosny w ringu
Tajwanka od początku wzbudzała kontrowersje, które związane były z podejrzeniami co do jej płci. Ostatecznie nic się jednak w jej sprawie nie wydarzyło. Gdy jednak przed mistrzostwami świata wprowadzono obowiązkowe testy płci. Tajwanka mimo początkowych chęci startu, zrezygnowała z walki o medale na ledwie dwa dni przed startem rywalizacji. Sprawa wywołała olbrzymie poruszenie.
Dylak kipi ze złości. Wymowne słowa
Głos zabrał Tomasz Dylak, trener Szeremety. - Ja starałem się na igrzyskach i po nich nie być sądem. Raczej staram się być dobrą osobą i nie wydawać wyroków, jeśli sam nie wiem. Nie ukrywajmy, ale coś tu śmierdzi, jeśli ponad rok od igrzysk ktoś nie toczy ani jednej walki. Są mistrzostwa świata, zawodniczka mówi, że chce startować, ale nagle dwa dni przed rezygnuje ze startu, chociaż inni reprezentanci tego kraju przyjeżdżają - rozpoczął szkoleniowiec w rozmowie z TVP Sport.
- Tłumaczą się tym, że wysłali papiery do World Boxing z wynikami, ale nie dostali odpowiedzi. Jakie wysyłanie badań? Tu się je przywozi i w dzień weryfikacji pokazuje je służbom czy jest się zdolnym do walki. Tak zrobiły nasze dziewczyny, które przyjechały z badaniami i zostały zatwierdzone dzień czy dwa dni przed startem. Nie rozumiem, z jakiego powodu jedna osoba wysyłała dokumenty i czekała z odpowiedzią. Nie rozumiem tego, bo ta sprawa jest bardzo dziwna - dodał.
Wrze na MŚ w boksie. Reprezentacja wykluczona, w tle testy płci
Według Dylaka samo wprowadzenie testów płci jest bardzo ważnym krokiem dla uczciwości rywalizacji, ale jego zdaniem procedura powinna być nieco inna. - Duży krok. Rodziła się obawa, że te testy robi się u siebie w kraju, a potem jak ktoś zatwierdzi, to już jest spokój. Jedna próba. Jakby ktoś chciał podrobić jakiś papier, to nie miałby problemu. Wolałbym, aby weryfikowane było to na miejscu. Tak, aby robiły to służby na miejscu, a nie żeby robione było w kraju - stwierdził.
Dylak nie ukrywa także, że osobiście po ostatnich wydarzeniach czuje się tak, jakby ktoś zwyczajnie zabrał im złoty medal igrzysk olimpijskich. - Sam fakt, że dwie kontrowersyjne zawodniczki tu nie przyjechały, jest bardzo dziwne. Tak jak wcześniej nie byłem zdenerwowany, tak mnie to bulwersuje, bo tak jakby zabrali nam złoty medal olimpijski na to wygląda - zakończył.












