Reklama

Reklama

Trener Ćwierz o porażce Szpilki: Jeszcze jeden taki nokaut może sprawić, że zostanie nawet inwalidą

- Porozmawiam z Arturem w cztery oczy, jak ojciec z synem, ale właściwie wszystko zależy od niego. Ja mogę mu tylko powiedzieć, że jeszcze jeden taki nokaut może sprawić, że człowiek zostanie nawet inwalidą. Teraz jeszcze jest w porządku, bo to młody chłopak, wysportowany i wytrenowany, ale z czasem to wszystko może dać znać o sobie. Głowa to nie jest żelastwo, o nią trzeba dbać szczególnie - mówi w rozmowie z Interią pierwszy trener w karierze Artura Szpilki, Władysław Ćwierz, poruszony tym, co stało się w walce jego pupila z Dereckiem Chisorą w minioną sobotę na gali w Londynie.

Artur Gac, Interia: Jak przeżył pan porażkę Artura z Chisorą?

Władysław Ćwierz, pierwszy trener Artura Szpilki: - Zrobiło mi się niesamowicie przykro, aż chciało się płakać... Zaraz, jak przyleciał do Polski, zadzwonił do mnie, że czuje się dobrze. Wkrótce spotkamy się i porozmawiamy.

Co mu pan powiedział?

- Że tacy zawodnicy, jak Chisora, to gladiatorzy. Faceci bezlitośni w ringu.

Stało się to, o czym rozmawialiśmy przed walką. Przestrzegał pan Artura...

- No tak, mówiłem mu, że to nie będą przelewki. Wystarczyło, że popatrzyłem na gościa i już wiedziałem, że będzie ciężko. W dodatku ring był z tych mniejszych, że nawet nie było gdzie odejść. Jak Artur odskoczył, to praktycznie od razu był przy linach. Właściwie nie miał nogami za dużego pola manewru. Niby trzeba było schodzić na boki, ale do tego też nie miał za wiele przestrzeni.

Reklama

Co pokazała ta walka?

- Artur jednak nie ma tak twardej szczęki, jak inni pięściarze. Później oglądałem z tej gali walkę wieczoru, gdzie ten Kolumbijczyk (Oscar Rivas - przyp. red.) przecież wytrzymał tyle "bomb". Dillian Whyte to samo, jeszcze był liczony po mocnym ciosie podbródkowym, a mimo to wstał i do końca kontrolował pojedynek. Ja nie wiem, jak ci zawodnicy są w stanie wytrzymywać takie ciosy. To tylko pokazuje, że w wadze ciężkiej na wysokim poziomie nie ma żartów. Pan, panie Arturze, oglądał walkę Szpilki?

Naturalnie.

- Nawet nie zaczął najgorzej i liczyłem, że coś z tego będzie. Taktyka była, Artur dopiero w ostatnich rundach miał być bardziej ofensywny, a tak miał przede wszystkim trzymać się środka ringu, nie dając się zepchnąć do lin. W teorii to wszystko wydaje się proste, ale rzeczywistość zweryfikowała te plany. Aż w końcu przyszedł decydujący moment walki... Artur powiedział mi, że jeszcze takiej "bomby" nie dostał, jaką zainkasował od Chisory.

Ten cios zupełnie "odłączył" Artura, ale cała akcja Brytyjczyka na linach zaczęła się od bardzo mocnego lewego na dół.

- Byłem pod wrażeniem, że ten zawodnik miał aż tak szybkie ręce i ładował tak dynamiczne uderzenia. A po prawym sierpowym, nad lekko opuszczoną lewą rękawicą, sędzia już wtedy mógł wkroczyć i pewne by się zorientował, że walkę trzeba przerwać. Wówczas oszczędziłby trochę zdrowia Arturowi, bo był on już tak trafiony, że nawet nie trzeba było poprawiać.

Inna sprawa, że sędziowie w takich sytuacjach zawsze mają niewdzięczną rolę, bo jeśli przerwą za wcześnie, to podnoszą się głosy, że nie dali szansy zawodnikowi na dojście do siebie. A decyzję trzeba podjąć w ułamku sekundy.

- Ma pan pełną rację. Niedawno mieliśmy podobną kontrowersję w Rzeszowie, gdy będący już na kolanie Izu Ugonoh został trafiony przez Łukasza Różańskiego. Sędzia Robert Gortat, który nieźle się spisuje, nawet nie zdążył zareagować, by nie dopuścić do tego, co się stało.

Powiedział pan, że pierwsza runda w wykonaniu Artura napawała pewnym optymizmem, ale jednak widać było, że Artur wcale nie ma dużej przewagi, jeśli chodzi o pracę nóg i mobilność.

- Tak jest, na nogach pracował bardzo mało. Na początku trochę zaczął, ale dość szybko przestał. Ratował go tylko środek ringu, ale nie był w stanie się w tym sektorze utrzymać.

Poza tym Artur bardzo szybko się przekonał, gdy dążył do klinczów czując zagrożenie, że Chisora jest od niego wielokrotnie silniejszy fizycznie. W zwarciach po prostu go przestawiał.

- Zdecydowanie, po stronie rywala była potworna siła. Artur też jest silny, ale w porównaniu do Chisory to była przepaść. W dodatku Chisora wcale nie był wolny, dobrze skracał dystans, no i te ręce - one naprawdę były szybkie, co skutkowało błyskawicznym wyprowadzaniem ciosów. Może, gdyby walka potrwała co najmniej do połowy dystansu, to by się trochę wystrzelał i zmęczył, ale to już tylko gdybanie.

Moim zdaniem Szpilka był najbardziej szybki, gdy ważył nieco ponad 100 kg, co pokazywały walki z Deontayem Wilderem, czy wcześniej z Tomaszem Adamkiem. Zastanawiam się, dlaczego teraz trzyma się wagi, która ewidentnie mu nie służy.

- No właśnie, dobre pytanie. Chociaż przed tą walką i tak dobrze wyglądał, miał zaznaczone mięśnie, bo dla porównania w pojedynku z Mariuszem Wachem źle się prezentował. Co tu dużo mówić, wtedy był przypasiony. Myślę, że dla niego najlepiej byłoby zrobić wagę do kategorii junior ciężkiej, która jest skrojona pod jego warunki. Tyle że to wiązałoby się ze zrzuceniem parunastu kilogramów...

Waga cruiser to jakieś rozwiązanie, ale myślę sobie, że po tym, co stało się w Londynie, chyba w ogóle trzeba zejść na ziemię i zadać sobie fundamentalne pytanie: czy w ogóle kontynuować karierę?

- Tak, to czas na poważne pytania. Czy Artur już miałby odwagę to zrobić? My dopiero na spokojnie sobie porozmawiamy, w cztery oczy. Chętnie przekonam się, co on o tym wszystkim tak naprawdę myśli i jakie ma zamiary. Na pewno pogadamy sobie od serca. Nokauty w wadze ciężkiej, a Artur miał dwa bardzo ciężkie, to nie przelewki. Do tego przyjął także trochę z Adamem Kownackim, wcześniej z Bryantem Jenningsem, czy w pojedynkach z Mikiem Mollo. Artur niestety nie ma szczęki na wagę ciężką.

A poza tym wydaje się, że ta, którą miał, już też jest naruszona.

- No właśnie, a Artur jeszcze chce się bić. W ringu się zapomina i walczy tak, jak był nauczony w ulicznych walkach.

Problem w tym, że Artur w teorii chyba doskonale zdaje sobie sprawę, że powinien boksować taktycznie, bo nie ma warunków do ringowej młócki, ale jak wchodzi...

- ...to budzi się w nim jakiś instynkt, który jest silniejszy od niego. Bo przecież, co by nie mówić, on potrafi boksować. Technicznie zawsze był zaawansowany, tylko że teraz mało z tego korzysta. Pamiętam, że w juniorach właściwie nie miał w Polsce przeciwników, wygrywał wszystko przed czasem. W seniorach w zasadzie też, a jednak zawodowy boks stawia dużo wyższe wymagania.

Na ringu krajowym dominował, ale na arenie międzynarodowym nie osiągnął spektakularnego sukcesu.

- No nie. Nawet na turnieju im. Feliksa Stamma przegrał z jednym Algierczykiem. Miał pretensje do sędziego, ale był liczony i arbiter odesłał go do narożnika, a walkę przerwał. Artur nigdy nie miał najtwardszej szczęki, a ta, którą miał, też nie została mu dana na zawsze. Uważam, że niepotrzebnie chciał tej walki z Chisorą, no ale ani myślał wziąć kogoś słabszego. Przecież mógł zaboksować z kimś w Polsce, nabrać pewności po ciężkich przeprawach, ale to go nie interesowało.

Mam wrażenie, że Artur stał się zakładnikiem własnych ambicji. Jemu nigdy nie można było odmówić tego, że szukał konfrontacji z najlepszymi, ale wszystkie te próby kończyły się dla niego bardzo boleśnie.

- Zgadzam się z panem. Choć powiem szczerze, że jak widziałem go na tarczy przed tą walką, to naprawdę prezentował się bardzo obiecująco. Miał szybkość, zdecydowanie, niezłe akcje - wyglądało to super. Jednak, gdy wszedł do ringu, to już nie było tego luzu.

To prawda, tarczowanie wyglądało efektownie, tylko można było mieć wątpliwości, czy akcje były skrojone na takiego tura, jak Chisora.

- Według mnie najlepiej było nastawić się na kontrę i jeden-dwa ciosy. Śp. Zbyszek Pietrzykowski zawsze mówił, żeby mieć w repertuarze dwie-trzy akcje opanowane do perfekcji. A dopiero jeśli to okaże się niewystarczające, dobrze mieć coś w zanadrzu, by móc sięgnąć po ostatecznego asa.

Przed pojedynkiem wiedzieliśmy, że Artur będzie miał jakiekolwiek szanse nad zwycięstwo tylko pod warunkiem, że w stu procentach będzie trzymał się taktyki.

- Tak, tylko wtedy, potrzebna była żelazna dyscyplina taktyczna. Pewne akcje i zachowania powinien powtarzać na treningach do zarżnięcia, żeby weszły mu w krew.

A w ringu widział pan realizowanie taktyki?

- Cóż... Jak Chisora zaatakował, to w pierwszej rundzie Artur starał się sklinczować, ale z tego trzymania niewiele dobrego wynikało. Mocno się przy tym męczył, żeby poskromić takiego konia, który jeszcze się szarpał. W takich sytuacjach siły bardzo szybko uciekają. Stary cwaniak nie dawał się wciągnąć na jakąś kontrę, a Artur z jego strony cały czas czuł zagrożenie. Rutyną i doświadczeniem załatwił Artka.

O trenerze Artura, Rosjaninie Romanie Anuczinie, ma pan jakieś zdanie?

- To był za krótki okres wspólnych treningów, żeby zmiany były bardzo widoczne. Technikę jeszcze można doszkolić, ale popełnianych błędów i psychiki już nie tak łatwo "naprawić". Dlatego na pierwszą walkę mógł wziąć sobie łatwiejszego przeciwnika, by w ringu zobaczyć, jak wszystko przebiega, jak słucha komend trenera i jak im się współpracuje. Z zawodnikiem można złapać bliski kontakt na sali, ale dopiero ring pokazuje, czy komunikacja funkcjonuje bez zarzutu.

Jaką radę da pan Arturowi podczas waszej szczerej rozmowy?

- Właściwie wszystko zależy od niego. Ja mogę mu tylko powiedzieć, że jeszcze jeden taki nokaut może sprawić, że człowiek zostanie nawet inwalidą. Teraz jeszcze jest w porządku, bo to młody chłopak, wysportowany i wytrenowany, ale z czasem to wszystko może dać znać o sobie. Głowa to nie jest żelastwo, o nią trzeba dbać szczególnie.

Jest w panu obawa, że coś niedobrego wisi w powietrzu?

- No tak, to nie są żarty. Jeszcze jednego przeciwnika tego pokroju sobie dobierze i... Jestem ciekawy usłyszeć, jakie on ma zamiary, gdy spojrzy mi w oczy. Izu Ugonoh po porażce w Rzeszowie zapowiedział, że musi się zastanowić nad swoją przyszłością.

I z oświadczenia, które opublikował, wynika, że już skończył z boksem.

- Tak? No widzi pan, czyli w nim coś zgasło.

Zastanówmy się nad jedną rzeczą: skoro mówimy, że Artur już nie powinien brać walk z mocnymi rywalami, bo staje się to dla niego bardzo niebezpieczne, a jednocześnie mając na względzie jego ambicje i aspiracje, jako że walki z przeciętniakami nigdy go nie interesowały, to co tu począć? Jaką podjąć decyzję? Jaką pójść drogą?

- Może to w końcu dotarło do niego, że trzeba mierzyć zamiary na siły. Myślę, że gdyby nawet skończył, to da sobie radę w życiu. Ma mądrą dziewczynę, ma trochę doświadczenia z biznesem i zarobił na boksie, więc nie musi za wszelką cenę trzymać się tego sportu. Przecież człowiek przez całe życie nie zarobi tyle, co on za kilka walk. Porozmawiam z nim jak ojciec z synem, przecież znam tego chłopaka od czasu, jak miał 14 lat. Pamiętam taką sytuację z mistrzostw Polski juniorów, które odbywały się w Kielcach, gdzie Artur toczył walkę finałową. Jeden z trenerów coś do niego powiedział, na co on odparł, wskazując na mnie, że jestem jego tatą. Nagle zapanowała konsternacja i nikt nie wiedział, co powiedzieć (śmiech).

Tym bardziej domyślam się, że dzisiaj musi boleć pana serce.

- Owszem, jesteśmy mocno zżyci. Znajomi nieraz mi pokazują jakieś wypowiedzi Artura, że to dzięki mnie nie zszedł na dno. To dla mnie bardzo miłe.

Wdzięczność w stosunku do pana chyba zawsze okazywał.

- Zawsze, na każdym kroku. Ja też go bardzo lubię.

Artura nie da się nie lubić.

- Wielu mówi "chuligan", ale ja go znam z zupełnie innej strony. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy z czasów szkolnych, to pierwszy wstawiał się za bezbronnymi chłopcami, do których stawiali się silniejsi.

Ja to nawet swego czasu zacząłem się zastanawiać, czy ta jego młodzieńca łobuzerka nie była trochę taką maską i próbą pokazania, jakim to nie jest bonzo, a tak naprawdę w środku to wrażliwy chłopak, z dobrym sercem.

- Zawsze był wrażliwy i tak, jak pan powiedział, nie dawał się nie lubić. Pamiętam pewien obóz w Łomnicy, jego rodzicom wówczas dobrze się powodziło i Artur wtedy miał adidasy oraz różne, markowe koszulki. Pewnego razu zawodnicy z Oświęcimia, którzy później zostali wyrzuceni ze zgrupowania przez swojego trenera, próbowali podwędzić mu te koszulki. Artur akurat wszedł, gdy pakowali te jego rzeczy. Jednemu i drugiemu od razu dał po "dzióbie", a ich trener nawet chciał wezwać policję. Obaj już byli na bakier z prawem i mocno się wystraszyli, ale Artur zaprotestował, żeby nie robić z tego takiej afery. Wystarczyło, że sam wymierzył sprawiedliwość. Często tak do tego podchodził: nie sąd i policja, tylko męskie załatwienie sprawy.

Dla mnie dobitnym sygnałem, jak wartościowym musi być człowiekiem, jest to, w jaki sposób traktuje swoje pieski. Przecież tam aż kipi miłością.

- On za te psy to dałby się pokroić. Ma pan rację, że to doskonały przykład, że nie jest to łobuz ani chuligan z krwi i kości. Artur nie miał lekkiego dzieciństwa. Ojca w ogóle nie pamięta. Gdy pojawił się ojczym, była jeszcze czwórka dzieci, a on znajdował się trochę na boku i za bardzo nie miał rodzinnego ciepła. Dobrze, że trafił do boksu, bo w przeciwnym razie nie wiadomo, jak jego życie by się potoczyło. Ten sport go uratował, bo tak może bez końca by szukał zwady na ulicach, aż w końcu trafiłby do domu dziecka. Przecież przez rok czasu był w Pawlikowicach, koło Wieliczki, u zakonników, gdzie księża zresztą bardzo go polubili. Nawet pozwolili mu powiesić sobie worek do boksowania w klasztorze.

W jakich okolicznościach tam trafił?

- Gdy jego rodzice siedzieli w więzieniu. Wtedy został sam. Miał tylko przydzieloną z urzędu opiekunkę, ale u zakonników był bardzo dobrze traktowany. Zawsze był przywożony i zabierany na trening, co też służyło uniknięciu spotkania z kibicami jednej z krakowskich drużyn. Dotąd nikomu tego nie mówiłem, ale jest jeszcze wiele rzeczy, które zostaną tylko u mnie. Niektóre sprawy też już pozapominałem, bo czas robi swoje, ale bez wątpienia Artek nie miał lekko. O jabłkach już kiedyś panu mówiłem?

Nie pamiętam.

- Zawsze przynosiłem na trening pół worka jabłek z mojego ogrodu. Do tej pory chłopaki wspominają, jak się zajadali. Artur też umiał się rewanżować. Lubił zbierać grzyby i podczas obozów w Łomnicy, gdy wracał z biegania po lasach, zawsze przynosił grzybki. Szedł prosto na kuchnię i prosił, by je usmażyć dla trenera.

Aż głos się panu raduje.

- Zawsze lubiłem tego chłopaka, choć bywał też łobuzem. Z Tarnowa był taki zawodnik, który miał już w dorobku nagrodę od Darka Michalczewskiego. Ważyli podobnie, niecałe 70 kilogramów. I na jednym z obozów okręgu małopolskiego ten chłopak, mając już na koncie kilka walk, podszedł do Szpilki z pytaniem, ile ma walk. Gdy Artur odpowiedział mu, że jeszcze żadnej, od razu go uderzył mówiąc: no to masz pierwszą! Później "Szpila" dorwał tego chłopaka i sprał go na kwaśne jabłko, ale całą tę scysję trzymali w tajemnicy. O wszystkim dowiedziałem się dopiero po pół roku.

Wspomnień cała masa.

- Artek zawsze był chłopakiem konkretnym, a ze mną grał w otwarte karty. A jak jechałem z nim na zawody, to miałem pewnego asa w talii, bo nie było siły, żeby z kimś przegrał w juniorach.

Czy na przekroju tych wszystkich lat kiedykolwiek pana zawiódł?

- Ja z nim nigdy nie miałem problemów, nigdy mi się nie przeciwstawił. Za to służył pomocą. Podczas obozu w Lubeni, gdy trzeba było odgarnąć śnieg, to pierwszy łapał się za szuflę. Później od dyrektora ośrodka dostawał czekoladki i różne ciastka. Gdy na kuchni coś trzeba było przenieść, od razu się zgłaszał. Do pomocy był pierwszy. To niby takie zwykłe odruchy człowieczeństwa, ale teraz rzadkie u młodych. Sam to przerabiam, muszę uczyć młodych chłopców, bo bywało tak, że zostawiali wszystko i ja musiałem po treningu ściągać worki i chować do magazynku. Oczywiście nie mówię, że Artur był święty, bo bardzo lubił się bić, ale z tego, co wiem, nie zaczepiał. Może to brało się z jego poczucia, że nie ma sprawiedliwości, tylko on sam ją wymierzy. Uważał, że jak on to zrobi, to już jest sprawiedliwie (śmiech). Wielokrotnie mu tłumaczyłem, żeby nie robił takich rzeczy, bo wyrządzi komuś krzywdę i wtedy nikt nie będzie się pytał, czy to było honorowe, ale będzie liczyło się to, co sam zrobił.

Wydaje się, że Artur ma bardzo skomplikowaną osobowość.

- Tak, bardzo mocno, ale warto podkreślić, że on przynajmniej nie kłamie i nigdy mi się nie zdarzyło, by w obecności Artura coś mi zginęło. Wesołek, dusza towarzystwa i prostolinijny chłopak. Gdy pierwszy raz byłem z nim na mistrzostwach Polski kadetów w Zamościu, to całe towarzystwo, wszyscy chłopcy ze Śląska, przychodzili do niego do pokoju, a on ich bajerował, bo sam prowadził już bardziej dorosłe życie.

"Szpila" ma wielką charyzmę. Tu nie ma przypadku w tym, że cieszy się tak wielką popularnością. Jedni go lubią, inni nienawidzą, ale trudno przejść obok niego zupełnie obojętnie.

- Zawsze był osobą, która mocno skupiała na sobie uwagę. I to mu zostało.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama