Artur Gac, Interia: Jako że pierwszy raz rozmawiamy, chciałbym wyrazić wielkie wsparcie całego środowiska bokserskiego, które liczy, że ta tragiczna historia z Czarkiem zakończy się happy-endem. Jaki jest obecny stan zdrowia pani syna?
Aneta Znamiec: - Sytuacja postępuje, jak to w cyklu treningowym w boksie. Konsekwentnie, ciężka praca, z każdym dniem o centymetr jesteśmy dalej. Nie ma co oczekiwać na razie żadnych fajerwerków, że syn wstanie i zacznie zadawać ciosy, choć uważam, że kiedyś może się to wydarzyć. Jest po bardzo poważnym urazie, gdzie lekarze zapowiadali, że być może nigdy nie wstanie z łóżka. A tymczasem już jest zauważalna spora poprawa, a przypominam, że trwa dopiero siódmy tydzień po wypadku. Z punktu widzenia rehabilitantów są to duże postępy, a dla nas jest to tylko uniesienie palca lub zgięcie go bardziej o pół centymetra niż tydzień wcześniej.
Rehabilitacja postępuje?
- Tak. Nie ma tak zwanych wstecznych prądów, czyli nie gubi pewnych funkcji, tylko one się rozwijają i idą do przodu. Dziennie odbywa, z przerwami, 4-5 godzin zajęć rehabilitacyjnych, a to wszystko ma miejsce w specjalistycznym ośrodku w Olsztynie. Co ważne, po drodze nie było żadnych niespodzianek medycznych, czyli w organizmie nie wytworzyły się żadne stany zapalne. Tego wszystkiego, jak do tej pory, udało nam się uniknąć. Wierzę, że tak już pozostanie. Wydaje mi się, że Czarek jest świadomy, bo rozpoznaje ludzi i widzimy, jakie emocje z tymi ludźmi wiąże. Nawet w ostatnich dniach przyjechało do niego dwóch kolegów, z którymi przed wypadkiem był pokłócony. Dał im do zrozumienia, że mimo wszystko między nimi nie jest okay, więc pewne rzeczy jeszcze mają wytłumaczyć. Teoretycznie i praktycznie rozpoznaje siebie, swoje imię i nazwisko, a mam tu na myśli ćwiczenia na cyber oku. Czyli wie, jak się nazywa, co trenował, kim jest, w jakim jest miejscu i co się wydarzyło. Na stan dzisiejszy to już jest bardzo dobrze.
To wszystko brzmi bardzo optymistycznie.
- O tym, czy Czarek w pełni do nas powrócił będziemy wiedzieć w momencie, gdy zaczniemy z nim rozmawiać. A na razie z powodu pewnego rodzaju zabiegów, takich jak tracheotomia, po której wciąż ma rurkę w szyi, nie jesteśmy w stanie z nim rozmawiać. Specjaliści powiedzieli, że dopiero po przeprowadzeniu z nim rozmowy będziemy wszystko wiedzieli. I my w to bardzo wierzymy, bo są wszelkiego rodzaju przesłanki, że on z nami będzie rozmawiał, bo próbuje to robić. Oczywiście przejdzie jeszcze pełne badanie neurologiczne, ale do tego potrzebna jest sprawność fonetyczna.
Czarek pozostaje w pozycji leżącej, czy jest już pionizowany?
- Jest pionizowany. Sporo czasu spędza na wózku, co wiadomo, z czego wynika, by krew inaczej mu krążyła. Wszystkie ćwiczenia, każdego dnia, odbywają się w pozycji pionowej lub siedzącej, a przez resztę czasu odpoczywa leżąc. Powiem panu, że jest w stanie nawet sam się przekręcić, przynajmniej na jedną stronę. Jednak pilnujemy, by nie wykazywał przesadnej inicjatywy, bo gdy ktoś nie dopatrzy, aby nie doszło do żadnego wypadku.
Pojawił się także niedowład?
- Tak, natomiast już wróciło mu minimalne czucie w prawej stronie, którego nie miał. Pytał pan o postępy i to jest bardzo znacząca sprawa. Przez pierwsze trzy tygodnie w ogóle "nie miał" prawej strony, przez co teraz ma ją gorszą od lewej, która jest naprawdę mocna, a wręcz rewelacyjna. Cieszymy się bardzo, bo o jakimkolwiek niedowładzie kończyn, co było brane pod uwagę, w tym momencie już też chyba nie możemy mówić. Dla nas to wszystko jest bardzo optymistyczne, choć oczywiście pragnęlibyśmy, żeby już zaczął żyć z nami normalnie. Gdy zaczęliśmy się orientować i widzimy przypadki, które nas otaczają i zaczęliśmy się nimi interesować, to takie postępy Czarka w przeszło siedem tygodni to naprawdę dobry wynik. I mocno pozytywnie rokujący na przyszłość.
Usyk zaszokował świat. Saleta patrzy i nie wierzy. "Czegoś takiego jeszcze nie widziałem"
A co mówią lekarze?
- Powtarzają, że każdego dnia może być tak, jak w treningu. Czyli rozwój może się zatrzymać, a potem o kolejny krok będziemy walczyć na przykład przez pół roku. Musimy być tego świadomi i chciałabym, żeby to też wybrzmiało. Przebywam razem z nim cztery lub pięć dni w tygodniu, na tyle ile mogę w połączeniu z pracą. Czuję, że matczyna bliskość, także odgrywa w takim procesie ogromne znaczenie. Myślę, że w takich sytuacjach najważniejsze jest wsparcie. Ja wspierałam Czarka od samego początku, jak tylko wybierał ten sport i byłam jego najwierniejszym kibicem, a w pewnym momencie także dietetykiem, bo specjalizuję się w ziołolecznictwie.
Ludzie oferują swoją pomoc?
- Oczywiście, dziękuję że pan o to pyta. Na razie jej nie potrzebujemy, ale chciałabym, aby byli świadomi, że być może kiedyś o coś poprosimy. Może to być coś prozaicznego, nawet osobiste stawienie się. Cały czas wierzę w to, że wszelkie zapewnienia i deklaracje, które do nas spływają, będą miały pokrycie w rzeczywistości.
Najważniejszy uraz, jakiego nabawił się Czarek, dotyczy mózgu, czy pojawiły się również inne urazy, na przykład kręgosłupa?
- Na tą okoliczność jeszcze będzie badany, a takie badania przewidujemy w ciągu najbliższego miesiąca. Jednak do tej pory to, co zostało skontrolowane i widzimy w trakcie rehabilitacji, świadczy że żadnego dodatkowego uszkodzenia nie było. To pozwala nam przypuszczać, że uszkodzenie lewej części mózgu w części szczytowej, którą miał zszywaną, nastąpiło wskutek uderzenia jakiegoś materiału. Jedynym uszkodzeniem, o którym mówią lekarze, był pęknięty mostek, co bezpośrednio wskazuje na to, że Czarek był w pasach, bo ludzie różne rzeczy zaczęli nam zarzucać. Gdyby nie był w pasach, a on spał, więc nie był świadomy, prawdopodobnie… Jak powiedziałam, stuprocentowe badania wszystko wykażą, ale dotąd nie stwierdzono żadnego uszkodzenia stawów, kręgosłupa, ani rdzenia kręgowego. Inaczej pewnie nie można by było go w taki sposób rehabilitować, sadzać, skręcać ciało, pionizować, czy skręcać głowę. Głowę jest w stanie sam przez kilka sekund samoczynnie utrzymywać, czego na początku nie było. I to podobno także ewenement po zaledwie tylu tygodniach od tak mocnego urazu.
Rozmawiacie państwo z wieloma bliskimi osób, których los tak doświadczył?
- Owszem. I szczególnie dużo jest rowerzystów, czy to górskich czy osób, potrąconych przez samochód. Wśród nich bywają tacy, którzy muszą mieć rekonstrukcję czaszki czy szczęki. Tu nic takiego nie miało miejsca, Czarek wygląda bardzo dobrze. Utrzymujemy go w stałej wadze ciała, co także jest bardzo ważne. Natomiast odżywiany jest pozaustrojowo, ale specjaliści już powiedzieli, że od przyszłego tygodnia będą go rozkarmiać. To podobno cały proces, by po wyjęciu takiej rurki nie doszło do zachłystowego zapalenia płuc, gdyby źle przełykał pokarm.
Największe zagrożenie i niebezpieczeństwo, które występowało w pierwszym okresie po wypadku, już nie istnieje?
- Ewidentnie naprawiamy, a już nie ratujemy. To już nie tylko nasza ocena, ale przede wszystkim lekarzy. Mamy także pomysły rehabilitacyjne na przyszłość, jest taki plan zakrojony przez specjalistów. Rodziny i sami pacjenci po tego typu wypadkach to jedna wielka społeczność, która się wspiera. Są specjalne grupy, dostajemy telefony od mam i ojców, od których dowiadujemy się bardzo dużo w bardzo krótkim czasie, bo dzielą się swoimi doświadczeniami i życzą nam bardzo dobrze. To jedna, wielka rodzina. Mamy znajomych z Pomorza, z Kujaw, z różnych regionów Polski.
Jak w tym wszystkim zachowuje się Polski Związek Bokserski, który od początku zapowiadał pełne wsparcie?
- Żal mamy jedynie do losu, w sportowym pojęciu to był cios poniżej pasa. Czarek na coś takiego nie zasłużył. A jeśli chodzi o całą resztę, wszyscy zachowują się tak, jak należy. Wspierają nas, a my czasami wręcz tonujemy ich zapędy i emocje, bo uważamy, że to jest maraton, a niestety nie szybki bieg. Dlatego prosimy, by ich pomoc, środki i energia czekały na moment, gdy będzie to właściwe. Staramy się wszystko skoordynować, by nie było to na hura. Już bardzo nam pomogli, przede wszystkim skontaktowali nas w pierwszym etapie ze specjalistami i urzędnikami, bo jak pan się domyśla, jest tu jeszcze ta cała machina. We wszystkim tym się sprawdzili i za każdym razem, gdy tylko o cokolwiek się zwracamy, zachowują się tak, jak należy. Pełne dla nich uznanie i bardzo dziękujemy. Być może za jakiś czas sami zwrócimy się o pomoc.
- Stuprocentowe badania wszystko wykażą, ale dotąd nie stwierdzono żadnego uszkodzenia stawów, kręgosłupa, ani rdzenia kręgowego. Inaczej pewnie nie można by było go w taki sposób rehabilitować, sadzać, skręcać ciało, pionizować, czy skręcać głowę. Głowę jest w stanie sam przez kilka sekund samoczynnie utrzymywać, czego na początku nie było. I to podobno także ewenement po zaledwie tylu tygodniach od tak mocnego urazu
Gryzę się, czy w ogóle zadać to pytanie, ale poniekąd ośmieliła mnie wypowiedź z początku rozmowy. Dopuszcza pani cień perspektywy powrotu syna do tego sportu, czy jest to historia definitywnie zakończona, wszak mówimy o powrocie po urazie mózgu?
- Bardzo trudne pytanie… Jest duża nadzieja, nie wiem na jaki poziom, ale wynika ona z jednej rzeczy. U Czarka widać ogromną, sportową złość. Ogromną! On jest wściekły. Jak ma dobre dni, miażdży te przyrządy do rehabilitacji. Gdy ściska je ręką, to jakby chciał złamać. Jest spokojny, ale jak wchodzi na te obroty walki o swoje zdrowie, to widzę u niego oko tygrysa i sportową agresję, z której słynął w ringu.
W maju, gdy Czarek sięgał po złoty medal na prestiżowym, międzynarodowym turnieju im. Feliksa Stamma w Warszawie, pisałem następująco: "Szukam właściwego określenia i chyba tylko przychodzi mi to, które wypada wziąć w cudzysłów, iż walczył jak "jednoręki bandyta", ze sprawną lewą ręką, a prawą kontuzjowaną. Więcej niż siły wkładał w nią serca oraz charakteru i pozwoliło mu to zgarnąć złoto".
- Jeśli kibice widzieli go takiego na turnieju Stamma, to my, jako rodzice, codziennie widzimy to w jego oczach, jak mierzy się z tą chorobą. I jak, niczym do ringu, wychodzi do swoich ćwiczeń. Gdy podaję mu trapez do podciągania i jeszcze się z nim siłujemy, to wtedy właśnie widzimy to w jego oczach. Wie pan, czego się bałam?
Słucham.
- Że w momencie, gdy zorientuje się, co się stało, po prostu się załamie, że przynajmniej na jakiś czas tak wiele utracił. Niejeden postawiłby na sobie krzyżyk, a u niego jest ta sportowa złość, siła i chęć. A także trzymanie się zasad, co leżąc na łóżku pokazał dwójce wspomnianych kolegów, że pewne sprawy jeszcze muszą wyjaśnić. Wielokrotnie już udowadniał, że jest w stanie dokonywać rzeczy niemożliwych, jak właśnie wywalczenie złotego medalu jedną ręką na turnieju w Warszawie. To wszystko być może sprawi, że do sportu jeszcze wróci, bo chęci w nim siedzą, a do tego będzie starał się dostosować ciało. Oczy tygrysa, z którymi po urazie miał problem, już mu wróciły, uspokoił swój wzrok. Jeśli ktoś będzie po podobnym wypadku, to warto by było, żeby za jakiś czas odwiedził Czarka, by zobaczyć, w jaki sposób można sobie radzić z taką tragedią.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl















