Reklama

Reklama

Tomasz Babiloński: Andrzej Wawrzyk powinien wziąć walkę z Deontayem Wilderem

- Pięściarze, którzy odmawiają pojedynku o mistrzostwo świata, w ogóle nie powinni uprawiać tej dyscypliny - przekonuje w rozmowie z Interią Tomasz Babiloński, szef grupy Babilon Promotion, współpromotor boksera wagi ciężkiej z Krakowa Andrzeja Wawrzyka.

Interia: Jest pan współpromotorem Andrzeja Wawrzyka. Krakowianin ma szansę w niedługim czasie zmierzyć się z mistrzem świata Deontayem Wilderem, który w styczniu ciężko znokautował jego przyjaciela Artura Szpilkę. Jest pan zwolennikiem starcia Wawrzyka z Amerykaninem?

Reklama

Tomasz Babiloński: - Nie ma co za dużo się zastanawiać. Andrzej doszedł do pewnego momentu, walczył z Aleksandrem Powietkinem, więc czemu miałby nie walczyć z Wilderem? Wiadomo, że Wilder to wysoka półka, ale walki o mistrzostwo świata się nie odmawia. Ci, którzy odmawiają takiego pojedynku, w ogóle nie powinni uprawiać tej dyscypliny. Koniec, kropka. To tak samo, jakby sportowiec spękał przed walką o złoty medal olimpijski.

Zawodowiec po to trenuje, żeby mierzyć w najwyższe cele.

- Właśnie. Proszę zobaczyć, co by się stało, gdyby Wilder nagle przegrał z Wawrzykiem. Czy wyobraża pan sobie, jaka to byłaby sensacja? Cuda się zdarzają, dlatego Andrzej, moim zdaniem, powinien wziąć tę walkę, bo po to tyle lat uprawia boks, żeby podjąć próbę bycia mistrzem świata. Gdyby tego dokonał, byłby pierwszym zawodnikiem w historii wagi ciężkiej w Polsce, na tronie w "królewskiej" kategorii. Cóż, są tacy zawodnicy, którzy pewnie by odrzucili taką szansę.

Ma pan na myśli Polaków?

- A nie? Mało u nas takich napompowanych "baloników"? Nagle, gdy przychodzi poważna oferta, to odmawiają. Damian Jonak to mój kolega, nie chciałbym go urażać, ale facet przecież miał zakontraktowane walki, czy Paweł Kołodziej, który raz walczył z Denisem Lebiediewem, a później zaczął bać się własnego cienia. Są tacy zawodnicy, którzy chcą mieć nieskalany rekord, a nie kwapią się do wyzwań.

W przypadku Wawrzyka wierzy pan w piękny scenariusz, ale realnie oceniając, to owszem duża szansa, ale przede wszystkim potworne ryzyko. Nie da się ukryć, że możliwy jest scenariusz, iż Andrzej zostanie tak samo przycelowany, jak Artur Szpilka.

- Wszystko może się zdarzyć. To jest boks, do tego waga ciężka, więc scenariusze mogą być różne. Wiadomo, że Andrzej nie będzie faworytem, ale nie ma co obrażać się na rzeczywistość. Jeszcze raz powtórzę: walki o mistrzostwo świata, w każdej kategorii wagowej, żaden pięściarz nie powinien odmawiać. To wyróżnienie i wielka szansa, aby zdobyć tytuł, nawet będąc stawianym na straconej pozycji. Gdybym sam był zawodnikiem, trenującym "x" lat na zawodowstwie, to nigdy w życiu nie odmówiłbym takiego pojedynku. Wszedłbym do ringu schorowany, bez nogi i ręki, byle chwycić moment, który już nigdy może się nie zdarzyć.

Czy dostrzega pan jakikolwiek atut w boksie Wawrzyka, który mógłby wykorzystać w pojedynku z Wilderem?

- Andrzej na pewno musi pracować lewym prostym, zniżyć brodę i uważać na prawy prosty Wildera, który jest "śmiertelnym" strzałem, co widzieliśmy na Szpilce. Wiara czyni cuda, jeśli do tej walki dojdzie, to będę ostatnim, który zwątpi.

Na pewno Wawrzyk nie może przegrać walki, jeszcze przed jej rozpoczęciem, jak to było w pojedynku z Powietkinem. Od pierwszej sekundy Polak wyglądał na niepewnego, co Rosjanin skwapliwie wykorzystał.

- Racja, ale to było ponad trzy lata temu. Teraz Andrzej jest już dojrzałym zawodnikiem, boksuje dużo lepiej niż wcześniej, choć zgadzam się, że ostatnia walka z Albertem Sosnowskim mu nie wyszła. Jeśli Andrzej nie przegra w szatni, to wcale nie będzie skazany na niepowodzenie. To zawodnik, który potrafi boksować, tylko jego jedynym mankamentem jest szczęka. Inna sprawa, że w wadze ciężkiej, często ci, którzy myślą, że mają twardą szczękę, nagle jej nie mają. Tu nie ma nadludzko odpornych na ciosy, precyzyjna "bomba" na każdym robi wrażenie.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje