Tomasz Adamek: Gdyby rywal trafił mnie czysto, byłbym na deskach

- Gdyby zwycięstwo było wymęczone, to by znaczyło, że trzeba kończyć karierę. Natomiast wyglądałem dobrze, więc mogę pokusić się o kolejną walkę - mówi w rozmowie z Interią Tomasz Adamek, po odniesieniu 51. zawodowego zwycięstwa, tym razem nad Solomonem Haumono.

Interia: Jak swoim okiem widział pan walkę z Solomonem Haumono?

Reklama

Tomasz Adamek: - Spokojnie, nie było zagrożenia. Dziesięć rund boksowałm pod kontrolą, zadawałem dużo ciosów, ale rywal okazał się naprawdę twardym zawodnikiem. Wiedziałem, że będzie wytrzymały, więc punktowałem go, lecz od zadawanych lewych prostych aż czuję lewą rękę. Haumono miał bardzo szczelną gardę, ciężko było go trafić czysto, ale wykonałem dobrą pracę. Myślę, że podobało się kibicom i to jest najważniejsze. Nie było klinczów, walka była czysta, a takie pojedynki się sprzedają, z wymianami ciosów.

Z drugiej strony czuł pan ciosy rywala?

- Czułem w pierwszych dwóch rundach te uderzenia, które dosięgły mnie przez rękawice. Gdyby trafił mnie czysto na głowę, to trzeba by było znaleźć się na podłodze. To twardy, mocno bijący pięściarz, ale ja byłem szybki, a szybkiego Adamka ciężko złapać. Miałem przegląd sytuacji i byłem świeży, dlatego wygrałem bez żadnych problemów.

Rywal tej klasy, co Haumono, czyli nie szybki, ale silny, był dla pana optymalny?

- To była bardzo krótka rozmowa. Mateusz Borek powiedział, że jest zawodnik, który chce ze mną walczyć. Popatrzyłem, że walczył z mistrzem świata Josephem Parkerem, więc odparłem: "dawaj, jedziemy". Takie walki są potrzebne, kibice chcą zobaczyć twardy boks i taki mieli zaserwowany.

Miał pan siły jeszcze na dwie rundy?

- Mogłem walczyć nawet pięć rund, bo byłem przygotowany bardzo mocno. Trener Gus Curren razem z Jakubem Chyckim dali mi mocno w kość, dlatego miałem kondycję.

- Okazuje się, że w tajemnicy trzymaliście sprawę złamanych dwóch żeber.

- No, a co miałem robić? Nie chciałem Mateuszowi robić przykrości, ale przeprowadziliśmy badanie i wyszła ta kontuzja.

- To sparingpartner Adam Kownacki tak pana urządził?

- Nie wiem, to niekoniecznie musiało być od ciosów. Generalnie nie chciałem zepsuć Mateuszowi gali. Oczywiście, że czuję ten uraz, ale skoro ze złamanym nosem zdobyłem mistrzostwo świata, to z urazem żeber nie wygrałbym walki? Zrobiłem znak krzyża, alleluja i do przodu!

- Czy walka o mistrzostwo świata, o której jeszcze pan myśli, po tym pojedynku jest bliżej?

- Czas pokaże, zobaczymy. Chcę dostać jakąś dobrą walkę i jeśli uda mi się wygrać, to wszystko jest możliwe.

To znaczy, że walczy pan za kilka miesięcy?

- Walczymy. Mateusz na pewno coś będzie proponował, ale oczywiście muszę porozmawiać z żoną, bo przecież od dziewięciu tygodni nie było mnie w domu. Za chwilę, gdybym ponownie miał wyjechać, u siebie będę gościem.

- A zatem odniósł pan wygraną w takim stylu, który sprawia, że przedłuża pan sobie karierę?

- No tak, bo gdyby zwycięstwo było wymęczone, to by znaczyło, że trzeba kończyć karierę. Natomiast wyglądałem dobrze, więc mogę się pokusić o kolejną walkę. Ciosy rywala widzę i ich nie przyjmuję, więc wszystko jest dobrze.

Rozmawiał i notował w Gdańsku Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje