Artur Gac, Interia: Zanim nadejdzie tegoroczna impreza docelowa, przed pięściarkami i pięściarzami mistrzostwa Europy juniorów. Z pozycji głównego trenera też patrzysz w kierunku tego czempionatu?
Tomasz Dylak: - Na kadry juniorów, kadetów i tych wszystkich grup młodzieżowych bardziej patrzę pod względem rozwoju. Jednak tam wynik nie jest dla mnie aż tak ważny. W tym roku będę chciał pojechać, jako trener-koordynator, prawdopodobnie na mistrzostwa świata w Budvie. One będą w późniejszym okresie na jesień i tam będę chciał z bliska zobaczyć juniorki i juniorów. Pod kątem, kto wytrzyma właśnie presję, kto psychicznie sobie radzi z tym obciążeniem oraz kto będzie najbardziej pasował pod grupę seniorską.
- U dziewczyn to wszystko już mam, można powiedzieć, bardzo obcykane. Znam każdą dziewczynę od młodziczek aż po seniorki. U mężczyzn lepszych kadetów i juniorów znam, ale też wiem z życia, że czasem u kogoś, kto na papierze wcale nie jest teraz bardzo mocnym zawodnikiem, mogę coś dostrzec. Chciałbym coraz częściej odwiedzać juniorów i kadetów na zgrupowaniach w Polsce, chociaż na dwa-trzy dni, żeby dostrzec te przyszłe talenty i wiedzieć, kogo szybciej objąć opieką.
Przejdźmy od razu do pracy z elitą, czyli z seniorskimi kadrami kobiet i mężczyzn. To już etap mocno zaawansowany, celem przygotowań do mistrzostw Europy (15-26 września). Kadrę kobiet masz naturalnie lepiej rozpoznaną, z kolei już kilka dobrych miesięcy trenujesz panów. Czego przede wszystkim zdążyłeś się dowiedzieć lub co odkryłeś?
- Widzę coraz większy potencjał u mężczyzn. I dostrzegam, że tam można jeszcze więcej wykorzystać. Na początku wydawało mi się, że tylko z nielicznych można stworzyć medalistów wielkich imprez. A coraz bardziej zauważam, że jednak tych mężczyzn jest trochę więcej. I też widzę przyszłościowo potencjał w następnych juniorach, którzy by w najbliższym czasie trafili do kadry seniorskiej. Uważam, że mamy talenty i jeśli system szkolenia się zmieni, czyli będę miał nad nim pieczę, to powoli z roku na rok ten boks męski będzie coraz lepszy.
- Nie wiem, czy to będzie tak od razu zauważalne, bo u kobiet to też nie był taki przeskok, że z roku na rok, ale sukcesy co roku były minimalnie większe. Aż doszliśmy do takiego pułapu, gdzie ta kadra kobiet w świecie jest odbierana jako bardzo dobra drużyna. Mam nadzieję tymi małymi krokami zrobić to samo z kadrą męską i coraz łatwiej mi się pracuje z mężczyznami. Oni mnie już rozpoznali i wiedzą, że z jednej strony jest luźna atmosfera i śmiesznie, ale też jest bardzo profesjonalnie na treningach, bardzo dużo wymagam i lubię profesjonalizm. Może nie jestem trenerem-policjantem, który sprawdza, tylko daję dość dużo zaufania, ale nie można go u mnie stracić. Oni się tego uczą. Wydaje mi się, że już się nauczyli. Nasz kontakt jest na pewno dużo lepszy niż był na początku, bardziej siebie czujemy.
Jest ktoś taki, kto już zapłacił wysoką cenę za to, że mocno nadwyrężył twoje zaufanie? I albo definitywnie je stracił, albo teraz będzie potrzebny długi proces, żeby je odbudował?
- Może aż tak nie, ale jest jeden zawodnik, który ma problemy z kategorią wagową i przez to nie pojechał do Chin. To nie tak, że nie zrobiłby tej kategorii wagowej, tylko po prostu nie widziałem profesjonalizmu. A ja nie jestem trenerem, który codziennie sprawdza wagę, nigdy nie sprawdzam wagi. Ja po prostu rozmawiam jak dorosły mężczyzna z dorosłym mężczyzną i czegoś wymagam. Tam dałem zaufanie i to zaufanie zostało trochę utracone. Ten zawodnik jeszcze dostał szansę na mistrzostwa Europy i zobaczymy, czy ją wykorzysta, ale nie chciałbym tu mówić nazwiskiem.
Chwilę wcześniej powiedziałeś o pozytywnym zaskoczeniu, iż w toku pracy dostrzegacz więcej niż na początku potencjalnych, mocnych graczy.
- Tak. Na początku wydawało mi się, że jest może dwóch-trzech zawodników, którzy w najbliższym czasie mogą osiągać sukcesy międzynarodowe, a widzę ich trochę więcej. I wiem, że jestem w stanie zbudować tak mocną kadrę, jak u kobiet. Tam na początku też mieliśmy dwie-trzy dziewczyny, które się wybijały, a teraz tak naprawdę w każdej lub prawie każdej kategorii mamy zawodniczkę blisko czołówki światowej. Wierzę, że to samo zrobimy u mężczyzn. Czyli początkowo będzie to jeden-dwóch zawodników, a po dwóch lub trzech latach w każdej kategorii wagowej nasz chłopak będzie bił się z czołówką.
Czy pozmieniało się w ostatnich tygodniach lub miesiącach to, kogo w tej chwili postrzegasz za lidera z krwi i kości, jeśli chodzi o obie seniorskie kadry? Kto trzyma nieprzeciętny poziom sportowy, a jednocześnie dokłada inne predyspozycje mentalne i wszystko, czego oczekujesz jako trener główny?
- Jeśli chodzi o kadrę męską, to bezapelacyjnym liderem z krwi i kości, urodzonym do bycia liderem, jest Damian Durkacz. To chłopak niezwykle ciężko pracujący, niezwykle pozytywna postać, charyzmatyczna, wszyscy go uwielbiają. Po prostu jak on walczy, to cała kadra idzie w sposób naturalny go dopingować. On wszystkich dopinguje, jest za całą kadrą i to widać, że po prostu jest urodzonym liderem. A też nie lubi jakoś medialnie błysnąć, nie lubi wychodzić przed szereg. Jednak ma coś w sobie takiego, że po prostu nie da się go nie lubić. Jest bardzo charakterny, wszędzie, na każdym treningu jest liderem i on dopinguje całą drużynę. Tutaj chyba nie ma mowy, żeby ktoś kiedyś skradł bycie liderem w męskiej kadrze. Nawet jeśli byłby większy talent, to po prostu te cechy, które ma Damian sprawiają, że jest naturalnym liderem. Bardzo pozytywnym liderem, bo łączy tę kadrę, nawet jeśli są osoby, które nie do końca charakterowo ze sobą się łączą.
Ogólnie uważam, że Julka naprawdę ma jeszcze dużo rzeczy, które mogłaby poprawić i stać się lepszą zawodniczką. U Julki widzę jeszcze duże możliwości poprawy różnych elementów, tylko ona z powrotem musiałaby pokochać tę dyscyplinę. Na razie jesteśmy na początku tej drogi, że ona z powrotem i powoli zaczyna to wszystko lubić.
- A jeśli chodzi o kadrę kobiet, ta liderka jeszcze się nie wytworzyła. Julka jest dosyć młodą zawodniczką, jednak są w kadrze dziewczyny od niej starsze. Z jednej strony wszyscy wiedzą, jaki ma talent i jeśli jej na czymś zależy, to potrafi bardzo ciężko pracować. Jednak to chyba jeszcze nie jest ten okres, żeby ona była taką właśnie liderką, jak Damian Durkacz. Przy czym Damian w wieku 23 lat też nie był liderem kadry, to przyszło trochę później. Na ten moment w kadrze kobiet nie mamy zdecydowanego kapitana, który by pociągnął cały zespół.
Po tych słowach o Damianie aż chciałoby się całym sercem dodać, by to wszystko wypełnił ostatni klocek całej układanki, czyli tak mu potrzebny wielki, międzynarodowy sukces.
- Damiana środowisko bokserskie kocha. Ja naprawdę nie poznałem kogoś w świecie boksu, kto by powiedział, że go nie lubi. Każdy go uwielbia, z każdym porozmawia, z każdym się przywita i wiecznie jest uśmiechnięty. Nie widziałem nigdy na treningu, żeby pokazywał zmęczenie i był z czegoś niezadowolony. Najcięższy trening w życiu, a on i tak jest uśmiechnięty. Nawet jak wspomina byłych trenerów, gdzie wiemy, że nieraz były jakieś błędy, to i tak zawsze mówi dobre rzeczy. Nigdy nie mówi tych złych, co tylko pokazuje, jakim jest człowiekiem.
Wspomniałeś o Julii Szeremecie. Podczas naszego poprzedniego wywiadu zwracałeś uwagę, że za wami poważna rozmowa. Przypominałeś Julii, czego oczekujesz, jakie musi mieć podejście i jak bardzo musi być zerojedynkowa w nastawieniu do boksu. Dałeś do zrozumienia, że musi odbudować w sobie pragnienie, pełną motywację i mobilizację, bo zauważasz w tych aspektach zmiany. Czy Julia już jest na kursie, jakiego oczekiwałeś, a może sytuacja nadal cię niepokoi, bo nie odbudowała jeszcze pełnego głodu na miarę swojego potencjału?
- Na pewno jest dużo lepiej i widać, że treningi zaczynają sprawiać jej radość. Bo jest to bardzo ciężkie, żebym ja z jednej strony dużo od niej wymagał, a z drugiej strony wiem, że najlepiej boksuje i najlepiej trenuje, gdy się tym cieszy i bawi. Z jednej strony jest presja środowiska, nawet presja z mojej strony, bo dużo od niej wymagam, a z drugiej strony musi zacząć się z powrotem cieszyć boksem. A przez to, że wszyscy od niej czegoś wymagają i ona sama pewnie też od siebie wymaga, to trochę przestała radować się tym sportem. Ona po prostu bardziej myślała o wygrywaniu niż o dawaniu dobrych walk. A w momencie, gdy robiła największe sukcesy, nie myślała o wyniku. Gdy chciała dać dobre show w ringu, wtedy wychodziły jej najlepsze walki. Teraz trzeba z powrotem się tego nauczyć.
- Tak walczył Damian Durkacz w Brazylii. On w ogóle nie myślał o wygrywaniu. Myślał tylko i wyłącznie o tym, żeby dać dobre show i żeby się dobrze bawić. A w ogóle nie zastanawiał się nad tym, jaki jest wynik po rundach. Z Julią trzeba wrócić do tego, by znowu zaczęła się bawić tym całym procesem, treningami, a na końcu walkami. I to wcale nie jest łatwe, bo nawet Iga Świątek w ostatnim okresie też ma przecież z tym problem.
Właśnie to chciałem wtrącić, że dokładnie ten sam przykład przyszedł do głowy, na zasadzie analogii.
- Tak, to jest ten sam przykład. W świecie sportu czasem człowiek zapomina, że przecież to jest sport, który kochamy i który my sami wybraliśmy. Niestety w pewnym momencie człowiek traktuje to jako pracę, czyli rodzaj przymusu, że to trzeba zrobić. U Julii w ostatnim okresie, w ostatnim roku, to była właśnie taka praca, że ona musiała to robić. Chciałbym jakimś sposobem, z powrotem przywrócić radość tego boksowania. A to wcale nie jest takie łatwe. Jednak mamy jeszcze trochę czasu, więc mam nadzieję, że uda się z powrotem zacząć się cieszyć. Ostatnie treningi pokazują, że ona znowu zaczyna się cieszyć. Z tym że zaraz pewnie przyjdzie zmęczenie materiału, bo wiadomo, że w trakcie przygotowań nie jest zawsze fajnie. Są ciężkie treningi, przychodzą drobne kontuzje, a trzeba iść na trening. I zobaczymy, jak wtedy zareaguje. Na ten moment widzę na treningach z powrotem radość, więc idzie to w tak dobrym kierunku. Zobaczymy jak będzie dalej.
Moja refleksja, w dużym uproszczeniu jest taka, że Julia sięgnęła już olimpijskiego nieba, co jest błogosławieństwem, ale też może być przekleństwem. Na pewno się motywuje, mobilizuje, ale być może ją nie napędzają już tak mistrzostwa Europy, czy nawet świata, jak tylko kolejne igrzyska. To jednak piekielne zagrożenie, bo nie da się w okresie czterolecia przygotowywać formy tylko na jeden, najważniejszy start. Cały czas trzeba poprawiać swoją dyspozycję, podnoszenia poprzeczki, wykorzystywania rezerw, słowem ciągłego rozwoju.
- Taki był plan, że w trakcie procesu stajemy się coraz lepsi. I jadąc na igrzyska jesteśmy takimi liderami i chcemy sięgnąć po złoty medal olimpijski. A w praktyce wyszło tak, że ten proces zaczął męczyć, ta presja wszystkiego i ciągłych oczekiwań. Teraz bardziej myślimy o tym, żeby z powrotem wrócić do tego, co było, niż nawet stawać się lepszym z miesiąca na miesiąc. Ogólnie uważam, że Julka naprawdę ma jeszcze dużo rzeczy, które mogłaby poprawić i stać się lepszą zawodniczką. Bo czasem miałem podopiecznego, w którym widziałem, że już robił wszystko perfekcyjnie i już nie bardzo co można było nalać do szklanki. U Julki widzę jeszcze duże możliwości poprawy różnych elementów, tylko ona z powrotem musiałaby pokochać tę dyscyplinę. Na razie jesteśmy na początku tej drogi, że ona z powrotem i powoli zaczyna to wszystko lubić.
- Gdy rozpoczynaliśmy przygotowania do mistrzostw Europy, wziąłem Julię oraz Damiana na bok i powiedziałem im, że będą rozliczani z procesu i z przygotowań, a nie z wyniku. Jeśli ja na samym końcu, przed pierwszą walką, będę widział, jaką włożyli pracę, jak byli zaangażowani i jakie rzeczy poprawili, już będę zadowolony jeśli nawet przegrają pierwszą walkę, czy wygrają cały turniej. Nie chciałbym ich rozliczać z wyniku, tylko po prostu z tego, jaki progres wykonali w trakcie przygotowań. Po to, żeby ściągnąć z nich presję, by myśleli tylko o tym, aby po prostu dobrze się bawić na turnieju. To zawodniczka i zawodnik, którzy najlepsze walki dają, gdy nie myślą o wyniku.
Przerwałem ci, gdy opisując położenie Julii nawiązałeś do Igi Świątek. To też jest szalenie ciekawe i interesujące.
- U Igi Świątek widać podobną rzecz i to dzieje się bardzo często u czołówki sportowców na świecie. To znaczy, w pewnym momencie zaczynają traktować swój sport jako pracę i przymus, przez co zatracają radość, bo bardziej myślą o wyniku. Do tego dochodzi presja otoczenia. A czym bardziej myślą o wyniku, tym mniej im wychodzi, a presja tym bardziej rośnie. Powrót do korzeni jest niezmiernie ciężki, a media i kibice chcą coraz więcej. Niektórzy żywią się złą energią i czekają, aż komuś powinie się noga i wtedy są ataki z różnych stron. Wówczas bardzo ciężko jest wrócić na właściwe tory. Tak naprawdę tylko najbliższe otoczenie, czyli ludzie, którzy cię znają, mogą ci pomóc z powrotem wrócić w to miejsce, gdzie się było. Widać, że Iga jest też w podobnym etapie, próbuje to łapać i próbuje się odbudować, a to wcale nie jest łatwe.
To jest szalone wyzwanie. Diagnozę łatwo postawić, widać gdzie leży problem, ale rozwiązanie go przypomina węzeł gordyjski.
- Dokładnie tak jest.
Rozmawiał Artur Gac, Interia














