Świat poznał prawdę o płci Lin Yu-ting. Trener Szeremety nie owija w bawełnę
Z reprezentacji Polski kobiet w boksie uczynił światową potęgę. Odbudowując dyscyplinę to samo chce zrobić z kadrą mężczyzn, która od 1992 roku wyczekuje medalu olimpijskiego. Trener i wizjoner Tomasz Dylak w rozmowie z Interią od kulis ukazuje proces, którego pierwszą weryfikacją będzie start połączonych drużyn narodowych w Pucharze Świata w Brazylii. Wymienia rezerwy, które już zdiagnozował, a także odnosi się do przywrócenia do rywalizacji Tajwanki Lin Yu-ting.

W skrócie
- Trener Tomasz Dylak wyjaśnia kryteria doboru zawodniczek i zawodników na Puchar Świata w Brazylii, wskazując na gotowość do rywalizacji oraz absencje spowodowane kontuzjami.
- Zmiana modelu pracy obejmuje połączenie reprezentacji kobiet i mężczyzn, co początkowo wywołało obawy wśród zawodniczek, a teraz skutkuje wdrażaniem wspólnego systemu treningowego nadzorowanego przez head coacha.
- Trener nie zakłada konkretnego wyniku medalowego na zawody w Brazylii, traktując udział jako element poznania drużyny i większego procesu przygotowań.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Artur Gac, Interia: Jakim kryterium selekcjonowałeś pięściarki i pięściarzy na premierowy w tegorocznym kalendarzu Puchar Świata w Brazylii? Czy postawiłeś na tych, którzy na ostatnim etapie przygotowań najbardziej się wyróżniali, a więc prymusów?
Tomasz Dylak: - To jest grupa, która na ten moment jest gotowa do rywalizacji z najlepszymi na świecie. To ci, którzy już teraz są w stanie walczyć z czołówką, u których szybko odkryłem potencjał i wiem, że wcześniej czy później będą robić wyniki sportowe.
A są absencje? Czyli brakuje kogoś, kto pewnie miałby miejsce na start w Brazylii, ale okoliczności stanęły na przeszkodzie?
- Na pewno widziałbym Michała Jarlińskiego, tylko akurat tu mamy fajne zastępstwo w osobie Mateusza Urbana. U nich poziom jest bardzo wyrównany, Mateusz to medalista młodzieżowych mistrzostw Europy, więc to nie jest obniżenie poziomu. Michał na pewno mocno rywalizowałby o miejsce, ale jest kontuzjowany. Poza tym kontuzję leczy Jakub Straszewski, który zaraz będzie wracał i oni we dwójkę będą walczyć o występ na mistrzostwach Europy. Ponadto kontuzji w meczu na gali Suzuki doznał Adam Tutak. To nie jest bardzo groźny problem, on wstępnie był zgłoszony na wyjazd, ale nie zaryzykowaliśmy, bo ten Puchar Świata to jednak nie są mistrzostwa świata, więc ryzyko warto kalkulować.
Jeśli szukamy analogii, to jedziecie w miejsce, które wspaniale się wam kojarzy. Przed rokiem polska kadra wywalczyła aż 11 medali, w tym siedem autorstwa twoich jedynych wtedy podopiecznych, czyli kobiet. A teraz w Brazylii, premierowym międzynarodowym startem, otwieracie twój nowy rozdział w charakterze szkoleniowca obu kadr.
- To wszystko prawda. Jednak trzeba brać pod uwagę, że wtedy Puchary Świata dopiero się rozpoczynały, więc rywalizacja w nich była na nieco niższym poziomie. A przynajmniej była skromniejsza, to znaczy uczestniczyło mniej państw, więc teraz o medale na pewno będzie trudniej. Wtedy wykorzystaliśmy z jednej strony formę, jaką zbudowaliśmy, a z drugiej fakt, że nie pojawili się wszyscy najlepsi rywale. Tym razem będzie dużo ciężej, ale też jesteśmy dobrze przygotowani.
Poza ogromnym obciążeniem mentalnym, wszystko jest trudne do wykonania i przypilnowania przy tak licznej grupie sportowców?
- Na pewno jest to trudne, to nowy model. Ta grupa jest większa, dziewczyny są nauczone, że jednak trochę więcej czasu im poświęcałem jeśli chodzi o pracę indywidualną, a nawet zwykłą rozmowę. Teraz tych osób jest znacznie więcej, ale pojawia się także dużo trenerów współpracujących, z których każdy będzie miał przypisaną daną zawodniczkę czy zawodnika, a ja będę head coachem, który to wszystko nadzoruje. Jednak jak zawsze, gdy wprowadzamy coś nowego, potrzeba trochę czasu, żeby to zaczęło funkcjonować. Niektóre osoby mogą szybko wejść w tej system i rytm, więc u jednym szybciej pojawią się wyniki, a u innych nieco później.
- Czego jestem pewny? Wiem, że przyszłościowo to zda egzamin na sto procent. Jestem tego pewny, ja to widzę oczyma wyobraźni, jak odnosimy wielkie sukcesy w Australii (chodzi o igrzyska olimpijskie w 2032 roku w Brisbane - przyp.). Umiem budować i wykonywać pracę organiczną. Boję się po prostu tego startu, czy sukces przyjdzie od razu i prędko wszystko zacznie się układać, czy na początku to będą lekcje, z których szybko trzeba będzie wyciągnąć wnioski.
Masz świetne zawodniczki nie tylko pod względem poziomu sportowego, ale także szczerości. Liderka kadry Julia Szeremeta powiedziała mi wprost, co czuła na początku, gdy połączyliście się w jedną, dużą reprezentację. "Byłam bardzo zła właśnie z tego powodu, że trener Tomek objął też chłopaków. Bałyśmy się, że trener nie będzie w stanie poświęcić nam takiej uwagi jak wcześniej i ogólnie wyjdzie tak, że to nam zabiorą trenerów". Wyczułeś tę obawę u dziewczyn, że staną się ofiarami twojej decyzji?
- No tak. Na początku wyraźnie to poczułem, bo dziewczyny tego nie ukrywały. Było widać po nich, że są trochę złe i boją się. To była obawa na zasadzie "i co teraz?". Ja, jak to ja, cały czas próbowałem wytłumaczyć, że z tego mogą być plusy, a nie minusy, a szklanka zawsze jest do połowy pełna, nie pusta. Poprosiłem je, żeby dały mi dwa tygodnie na to, abym zdołał przekonać je treningami i tym wszystkim, co dzieje się na obozie, że będzie dobrze, a nie źle. Dostałem te dwa tygodnie i z biegiem czasu chyba wszyscy zauważyli, że to naprawdę można poukładać i wszystko może zdać egzamin. Ale nie ukrywam, że dla mnie samego to jest bardzo ciężkie zadanie.
Julia razem z Anetą Rygielską zwróciły uwagę, że jeśli chcesz pokazać jakieś ćwiczenie lub wykonanie czegoś konkretnego, to na tym etapie do demonstrowania wybierasz dziewczyny. Jeśli tak w istocie jest, to naturalnie może to podrażniać męską dumę, a w związku z tym wywołuje naturalną i zdrową rywalizację.
- Tak, tak, tu masz rację. Bo jednak większość ćwiczeń pokazuję na dziewczynach z tego powodu, że znamy się już około siedmiu lat, więc one moje ćwiczenia znają na pamięć. Zatem potrafią wykonać je płynniej, bardziej rytmicznie i dokładnie wiedzą, czego ja oczekuję. Zatem chłopaki idealnie widzą, jak dane ćwiczenia lub akcje powinny wyglądać. Nie ma co ukrywać, oni mają talenty i szybko się tego uczą, ale możliwe, że jest tak, jak mówisz, że ich duma jest trochę podrażniona. Bo widzą, że wszystko pokazuję na dziewczynach, dając im do zrozumienia, że są na wyższym poziomie zaawansowania. Uważam, że na tym korzysta jedna i druga strona. Dziewczyny z kolei widzą, że chłopaki z natury są, nazwałbym to, trochę bardziej pracowici. Przychodzą, mniej marudzą i do ciężkiej pracy są nastawieni bardziej pozytywnie.
Na początku grudnia odbyliśmy mocno pogłębioną rozmowę, ale na jej etapie jeszcze nie wiedziałeś, że wkrótce zostaniesz "Trenerem Roku", a niedługo później head coachem reprezentacji seniorskich kobiet i mężczyzn. Toteż pytany przeze mnie o rezerwy wśród panów, z szacunku i dżentelmeństwa do ówczesnego trenera Grzegorza Proksy odpowiadałeś bardziej ogólnikowo. Teraz jest to moment, by zapytać, jak diagnozujesz sytuację od środka?
- Powiedziałbym, że chyba w każdym aspekcie nazbierałbym trochę procencików, których suma stworzyłaby już dużą sumę procentów mających przełożenie na to, czy wygramy daną walkę czy nie. Mam tutaj na myśli przygotowanie motoryczne, mentalne, regenerację wraz z zejściem z obciążeń dużo wcześniej niż to było jakiś czas temu, dietetykę, suplementację i robienie wagi. Wydaje mi się, że w każdym aspekcie można dołożyć troszeczkę, co może mieć przełożenie na to, czy na danej imprezie wygramy walkę o medal w stosunku 3:2 czy przegramy 2:3.
Ciekawymi spostrzeżeniami podzieliła się ze mną Aneta Rygielska, twoja rutynowana podopieczna. Zwróciła uwagę, że w przypadku chłopaków przede wszystkim stawiasz na spokój ringu, w czym sama widzi dużą rezerwę obserwując ich na treningach i sparingach. Dodaje, że w związku z tym pewnie najwięcej szukałaby w ich głowach. Nadmieniła też o wspomnianej przez ciebie potrzebie dłuższej regeneracji, by złapali więcej świeżości przed startami.
- Aneta jest doświadczona, więc chyba szybko rozpoznała sytuację. Widać to wszystko właśnie w taki sposób. Tych emocji jest trochę za dużo, a ja jestem trenerem, który nie lubi emocji w ringu. Szukam zawodniczek i zawodników, którzy potrafią okiełznać emocje i na chłodno boksować. Czyli żeby w ich boksie nie było za dużego poziomu strachu, ani przesadnej agresji. A jeśli już agresja, to całkowicie kontrolowana i demonstrowana na chłodno. W tym aspekcie widzę u chłopaków dużą rezerwę. Chciałbym kiedyś bardzo mało mówić w narożniku, a żeby oni potrafili walczyć bardzo instynktownie, wiedząc czego ja oczekuję nawet bez podpowiedzi.
- U dziewczyn ten proces trwa już latami, a u chłopaków dopiero się zaczyna. Wiem, że to nie będzie łatwo wdrożyć, bo mówimy właśnie o procesie. Jednak to na pewno będzie ważna rzecz, którą chciałbym jak najszybciej przedłożyć. I też szukam jak najwięcej takich zawodników, u których widzę plastyczność do tego, by ułożyć ich w taki sposób, w jaki chciałbym.
- Do tego jeszcze jedna, bardzo trafna uwaga Anety. To znaczy mężczyźni zawsze mieli bardzo ambitnych trenerów. I ja sam kiedyś byłem za ambitny, czyli dawałem za mało czasu na odpoczynek na samym końcu przygotowań. Zawsze myślałem, że czym więcej tym lepiej. Dopiero w ostatnich latach zacząłem szybciej schodzić z obciążeń i przeprowadzać luźniejsze treningi. Zaryzykowałem w drugą stronę, co zaczęło przynosić efekty i wyniki. To samo chciałbym spróbować z mężczyznami i też zobaczyć, jak to zadziała. Jesteśmy w laboratorium, więc wiem, że czasem będziemy popełniać pewne błędy, z których trzeba będzie szybko wyciągać wnioski. Możliwe, że dla jednego zawodnika skuteczniejsze będzie szybsze zejście z obciążeń, a inny jednak będzie musiał ciężko trenować do samego końca. Bo czym innym jest to, że dotąd widziałem zawodników w samym ringu, a nie obserwowałem procesu z bliska. Nie widziałem też w takich warunkach ich wad i zalet, a teraz wszystko rozpoznaję. Inaczej widzę teraz tych chłopaków niż to było wcześniej.
Widzisz z ich strony, że w miarę szybko obdarzyli cię sporym zaufaniem i podporządkowują się temu, czego od nich wymagasz, czy w tym aspekcie też jesteście w procesie?
- Uważam, że dość szybko zaakceptowali tę zmianę i mi zaufali. Oni na sto procent widzą, jak bardzo mi zależy i jaką jestem osobą. Moją wadą jest bycie zero-jedynkowym, wszystko albo nic. Oni wiedzą, że jestem w stanie poświęcić wszystko w imię tego sukcesu, jak bardzo mi zależy i mam wizję. Jednak to też jest proces. Nie jest tak, że od razu na sto procent zaufają, muszą to widzieć również po owocach pracy. Pamiętam, co kiedyś tłumaczyłem na przykładzie Julki Szeremety, gdy powtarzałem jej "jesteś najlepsza, najlepsza, najlepsza", a ona mi uwierzyła dopiero, jak zdobyła młodzieżowe mistrzostwo Europy. I wtedy zrozumiała, że w ten proces trzeba wejść jeszcze głębiej. Podobnie pewnie jest z chłopakami. Oni wiedzą, że nie jestem głupim trenerem i mam dużą koncepcję, ale pełnia zaufania pewnie będzie wzrastać z upływem miesięcy i jeśli sukcesy zaczną powoli przychodzić.
Fakt, że w przypadku mężczyzn doszła Polska Liga Boksu, czyli dodatkowe starty z pewną regularnością, z twojego punktu widzenia to dodatkowy atut i plus, czy może pojawić się kolizja interesów klubów w PLB z twoimi stricte reprezentacyjnymi planami i optymalnymi założeniami?
- To dopiero czas pokaże. Sama liga jest bardzo dobrym pomysłem, bo na pewno jeszcze dodatkowo popularyzuje nasz boks, w końcu można go oglądać w telewizji. Dla "dwójek" i "trójek" (zawodnicy w reprezentacyjnej hierarchii - przyp.) to po prostu coś świetnego. Bo zarabiają pieniądze, mają okazję do częstych startów, rozwijania się i pokazywania nawet mnie, że zasługują na to, aby być w kadrze narodowej. Jeśli ktoś będzie w lidze toczył dobre walki, pokazywał potencjał, wygrywał z "jedynką", to oczywiście będzie rósł w moich oczach. Z kolei dla samych "jedynek", czyli takich zawodników, którzy mają naprawdę bardzo duże obciążenia startowe w ciągu roku, mając mnóstwo walk międzynarodowych, liga czasem może trochę kolidować. Wtedy bardzo ważne będzie to, jak będę potrafił dogadywać się z trenerami i prezesami klubów, a może nawet głównie prezesami. Oni muszą mi zaufać i na końcu stwierdzić, że kadra i walki międzynarodowe są dużo ważniejsze.
- Dla przykładu podam, że Bartłomiej Rośkowicz w tamtym roku stoczył chyba 40 pojedynków. To jest po prostu ogrom. Generalnie część ścisłej kadry była kontuzjowana. Na początku roku prawie każdy z tych "jedynek" miał jakąś kontuzję. To też przez wielość startów i obciążenia, bo cały czas trzeba było być w formie. Z dziewczynami ten proces zawsze wyglądał trochę łatwiej, bo robiłem dwie formy w ciągu całego roku oraz dwie imprezy, na które wchodziliśmy na 80 procent. W dodatku byłem w narożniku dziewczyn na wszystkich imprezach, więc miałem kontrolę nad całym procesem. U chłopaków to wszystko będzie wyglądało inaczej. Na pewno od następnego roku, gdy zaczną się kwalifikacje olimpijskie, już chciałbym mieć 8-9 mężczyzn pod taką ścisłą kontrolę, jak wcześniej miałem z dziewczynami. Czyli wówczas to ja bym wyznaczał, czy dana "jedynka" może wystąpić w meczu ligowym, bo to będzie sprzyjało pod złapanie formy, czy będzie przeszkadzać. Natomiast bieżący rok trochę zostawiam i będę próbował dogadywać się w temacie "jedynek", gdzie chłopaki mogliby wystąpić i to będzie dosyć okay, a gdzie jednak to byłoby ze szkodą, bo musimy się skupić na przykład na mistrzostwach Europy. Wierzę w to, że nie będzie problemów i z prezesami klubów zawsze jakoś się dogadam.
W ubiegłym roku bardzo wysoką rangę, choć finalnie nie był to Puchar Świata, miał znamienity turniej im. Feliksa Stamma na Torwarze. Nadchodząca 41. edycja odbędzie się w dniach 5-9 maja w Pruszkowie koło Warszawy. To oznacza, że nadchodząca impreza nie jest szczególnie zaznaczona w twoim reprezentacyjnym kalendarzu, czy jednak "Stamm to zawsze Stamm"?
- Oczywiście "Stamm to zawsze Stamm", ale to będzie impreza, na którą "dwójki" i "trójki" będą szykowały bardzo dobrą formę. A "jedynki" będą zaledwie kilka dni po Pucharze Świata w Brazylii, stąd pewnie pojawi się trochę zmęczenie, więc nie wiadomo, jak liderzy będą wyglądać. Jeśli chodzi o ważność, z tego co usłyszałem jest to turniej międzynarodowy najwyższej rangi, więc powinny dotrzeć dobre ekipy. Ja się cieszę, jeśli jest możliwość międzynarodowych startów w swoim kraju, bo logistycznie jest dla nas dużo lepiej. Oby jak najwięcej takich dużych turniejów w naszej ojczyźnie.
Mam jeszcze sto tysięcy tematów, ale zmierzając do brzegu. Po 19 miesiącach absencji Lin Yu-ting, finałowa rywalka Julii Szeremety z Paryża, wróciła do światowej rywalizacji. Jednak zmieniła kategorię wagową, idąc do tej, gdzie boksuje Aneta Rygielska. Zostawia zatem w pewien sposób niedokończoną historię rewanżu z Julią.
- Wydaje mi się, że wcześniej czy później obie gdzieś się spotkają. Jeśli Lin będzie startować, to nie wierzę w to, że w przeciągu iluś lat nie skrzyżują się ich drogi. A jeśli chodzi o to, że zaczęła boksować w kategorii 60 kg, to uważam, że Anecie styl Lin może pasować bardziej niż Julii. Obie zawodniczki są szybkościowo porównywalne, wzrostowo także, więc uważam, że Aneta nie będzie na straconej pozycji, gdyby niebawem miały się ze sobą zmierzyć.
Zresztą to, że nie jest niezatapialna, właśnie pokazały mistrzostwa Azji. Pierwsze dwie walki wygrała do wiwatu, ale w półfinale musiała uznać wyższość przeciwniczki z Korei Północnej, przegrywając na punkty 1:4.
- Zawodniczki z Korei w ogóle określiłbym jako trochę chaotyczne boksersko, ale o dużej wytrzymałości. I widać było, że ten styl nie pasował Lin. I też mnie to nie dziwi, że Tajwanka przegrała, bo to nie jest i nie była zawodniczka z "zerem" w rekordzie. Po prostu ona stylowo bardzo nie pasuje Julce i przez to przegraliśmy finał olimpijski. Ciężko było ustawić taką taktykę, żeby w tamtym momencie jakoś wygrać ich walkę.
To, z jak skomplikowaną sprawą mamy do czynienia, obrazuje oświadczenie World Boxing. Można wywnioskować, że test PCR mógł wykryć u Tajwanki gen SRY, który ujawnia obecność chromosomu Y, czyli wskaźnika męskiej płci biologicznej. To rozpoczyna procedurę odwoławczą, która w jej przypadku miała miejsce. Dowody zostały dostarczone, sprawdzone oraz przeanalizowane przez Komisję Medyczną World Boxing i zadziałały na korzyść Lin. W związku z powyższym ta sprawa pewnie nadal będzie budzić emocje.
- Sądzę, że ta sprawa zawsze taka pozostanie i będzie budzić kontrowersje. Podejrzewam, że nigdy się nie skończy i zawsze będzie mówione, czy to na pewno jest w stu procentach kobieta, jaką ma przewagę i tak dalej, bo jednak chromosom ma męski. Tłumaczą się tym, że one nie rozwinęły się w pełni lub nie w taki sposób jak powinny, więc nie do końca z nich korzysta. Cóż ja, jako trener, mogę powiedzieć? Muszę zaakceptować to, że ona może startować jako kobieta i jesteśmy gotowi do rywalizacji.
Nakreśliłeś jasny, wynikowy plan dla reprezentacji na start w Brazylii?
- Nie. Muszę być szczery i w ogóle nie myślałem o tym, ile zdobędziemy medali. Tu chodzi mi tylko o poznanie chłopaków, jaką drogą musimy iść i poprzez ten turniej chciałbym pozyskać jak najwięcej informacji o tym, co robimy dobrze i co źle. Tak, aby już na mistrzostwach Europy (15-26 września w Sofii - przyp.) przyszedł pierwszy wynik, po którym powiem: "okay, zmodyfikowaliśmy to i to, teraz jest już dobrze". Póki co do Brazylii jedziemy ze spokojną głową, traktuję ten start całkowicie jako proces pracy.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













