Artur Gac, Interia: Wielkie gratulacje. Jak się czułeś nazajutrz po tym, jak obudziłeś się po zwycięstwie nad Andym Ruizem jr, otwiera się w nowym oknie?
Damian Knyba: - Dziękuję bardzo. Rano wstałem i zastanawiałem się, czy to był sen czy rzeczywistość. Ogólnie naprawdę niesamowita sprawa, całe życie walczyłem o taką walkę. Udało się, naprawdę jestem mega szczęśliwy.
Choć w stawce pojedynku z Ruizem, byłym mistrzem świata i posiadaczem trzech pasów, nie znalazł się żaden tytuł, to jednak stawka tego starcia była gigantyczna. "Bank, otwiera się w nowym oknie rozbity".
- Zdecydowanie tak. Pasa nie było, ale Ruiz to bardzo duże nazwisko. To może i największa polska walka w wadze ciężkiej lub jedna z największych, więc naprawdę coś pięknego.
W przegranej walce z Agitem Kabayelem, która z kolei miała w stawce tytuł tymczasowego mistrza świata, zdążyłeś zdobyć na tyle bezcennego "otrzaskania" na tym poziomie, iż czułeś większą niż kiedykolwiek wcześniej pewność siebie i mentalną siłę?
- Z pewnością dało mi to trochę doświadczenia. I na pewno też tamta przegrana wyzwoliła we mnie duży głód sukcesu. Muszę przyznać, że ta porażka bardzo mnie bolała. Tym bardziej, iż uważam, że przerwanie przez sędziego ringowego było przedwczesne. Wiem, ile tam rzeczy się złożyło na taki scenariusz. Gdybym był w pełni sił, to wiem, że walka była do wygrania i zostałbym pierwszym polskim mistrzem świata w wadze ciężkiej. Ale cóż, trudno, stało się. Teraz, po pokonaniu Ruiza, trzeba iść do przodu i wciąż robić swoje.
Pamiętam twoją opowieść o tym, jak melatonina, która najpierw pomagała ci w śnie, później zaczęła mieć destrukcyjny wpływ na twój organizm, wywołując bezsenność. Dokładasz też sposób przerwanie tamtego pojedynku. Naszła mnie taka refleksja, że o kant stołu można rozbić uniwersyteckie dysputy, że wówczas arbiter miał prawo przerwać walkę w świetle tego, jak inny sędzia ringowy ratował Ruiza juniora w siódmej rundzie.
- Właśnie w stu procentach o to mi chodzi, kompletny brak logiki i konsekwencji. To jest najgorsza część boksu, bo tak naprawdę sędzia decyduje o przebiegu walki. Może być tak, że przerwie przedwcześnie, bo rywal zasypie cię ciosami, ale ty wciąż nadajesz się do kontynuowania pojedynku. Akcja z Ruizem przeszła już wszystko. Gość tam naprawdę powinien być skończony już w 7. rundzie, powinien być nokaut, tymczasem sędzia dał mu nie wiadomo ile czasu na dojście do siebie. Zresztą tak naprawdę nim jeszcze usadziłem Ruiza na ziemię, sędzia już chciał wkroczyć i mi przerwać. To było tak dziwne... Naprawdę.
W tym kontekście zamieściłem sarkastyczny wpis na platformie X, żeby zweryfikować twój bilans walk, bo tak naprawdę jednego wieczoru pokonałeś czterech rywali: Ruiza, sędziego ringowego oraz dwóch punktowych "artystów".
- Tak powinno być (uśmiech). To naprawdę najbardziej przykra odsłona boksu, że sędziowie tak bardzo potrafią psuć walki. To zniechęca nie tylko pięściarzy, ale także kibiców do boksu zawodowego.
Polacy nie wytrzymali po walce Knyby. Kuriozalne sceny za oceanem. "Cyrk", otwiera się w nowym oknie
To cud, że nie doszło do potężnego skandalu przy werdykcie punktowym. Tylko jeden sędzia z Ameryki stanął na wysokości zadania, mając na swojej karcie 117:110. Dwóch pozostałych wypunktowało 114:113. Czyli, gdyby nie nokdaun w siódmej rundzie, walka zakończyłaby się remisem. Wtedy mógłbyś się poczuć, jakby ktoś dał ci w twarz.
- Zdecydowanie myślałem, że punktowo będzie dużo bardziej na moją stronę. A jak zobaczyłem werdykt, naprawdę się zdziwiłem. Prawda jest taka, że gdyby sędzia za cokolwiek odjął mi punkt czy właśnie tego liczenia by nie było, rzeczywiście byłby remis. To straszne oszustwo.
Gdy kilka godzin wcześniej rozmawiałem z twoim promotorem Erykiem Rachwałem, powiedział, że tym zwycięstwem wypracowałeś sobie nową rzeczywistość.
- Zgadza się. To spełnienie marzeń, czekałem wiele lat na to, aby odnieść tak istotne zwycięstwo. W końcu się udało.
Po walce w Prudential Center pojechaliście do szpitala, by zszyć powiekę. Wcześniej trochę poświętowaliście w New Jersey.
- Spotkałem się z kibicami. Z każdym zbiłem pionę, porobiliśmy sobie zdjęcia i było bardzo sympatycznie. Jednak faktycznie szybko musiałem pojechać na zszycie, żeby dmuchać na zimne, by nie powstała za duża blizna, która zaszkodziłaby mi w późniejszej karierze. Gdy człowiek takich rzeczy nie przypilnuje, później takiej miejsca szybciej pękają i mogą bardzo wpłynąć na przebieg pojedynku.
Sądzę, że to był dla ciebie bardzo trudny pojedynek pod względem emocjonalnym. Czułeś, że kibice zaczęli tracić w ciebie wiarę, więc tym bardziej pragnąłeś wysłać sygnał "nie skreślajcie mnie".
- To prawda. Chciałem pokazać, że z Kabayelem przydarzył mi się wypadek przy pracy. Plus sędzia także nie ułatwił mi zadania. Dlatego chciałem udowodnić, że jestem pięściarzem na wysokim poziomie i stać mnie na to, o czym cały czas mówiłem.
Gdyby to od ciebie miało zależeć, z kim chciałbyś stoczyć kolejny pojedynek? W optymalnym scenariuszu od razu wyszedłbyś do rewanżu z Kabayelem, czy na przykład wrócił do odwołanej walki dla polskiego kibica z Kacprem Meyną?
- Mój optymalny scenariusz, gdybym mógł wybierać, byłby taki: najpierw Murat Gasijew, a następnie rewanż z Kabayelem. Wiadomo jednak, że są małe szanse na taką kolejność. Dlatego uważam, że walka z Kacprem Meyną może dojść do skutku. Zobaczymy od drugiej strony, czy jego promotor Krystian Każyszka zdecyduje się na taki pojedynek. Ja bardzo bym go chciał i mam nadzieję, że do niego dojdzie.
Czy w tych wszystkich emocjach, które się pojawiły, miałeś już przestrzeń na bardziej intymne przeżycie tego zwycięstwa? Przemówiło przez ciebie wzruszenie, pojawiły się łzy?
- Na razie jestem tak rozchwytywany, że za bardzo nie miałem czasu na takie emocje. Gdy w noc po walce wróciłem do domu, trochę popatrzyłem na filmiki z urywkami walki i poczytałem trochę komentarzy, po czym poszedłem spać, a od rana od razu zaczęliśmy działać.
Jak ci się podobają komentarze i reakcje w mediach społecznościowych? Z mojego punktu widzenia wiele z nich piętnuje stronnicze sędziowanie.
- Komentarze są bardzo pozytywne. Dużo osób bije się w pierś, że we mnie nie wierzyło i zwraca mi honor. Miło to czytać i patrzeć na takie reakcje. Odbiór jest mega pozytywny, z czego bardzo się cieszę.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













