Reklama

Reklama

Sportowe święta Damiana Jonaka

Niepokonany na zawodowym ringu bokserskim Damian Jonak treningi zaplanował również w Wigilię i 26 grudnia. "Na odpoczynek pozwalam sobie tylko w pierwszy dzień świąt" - powiedział Polskiej Agencji Prasowej mieszkający w Tarnowskich Górach zawodnik (35 wygranych, 1 remis).

Nie boi się pan po świętach stanąć na wadze?

Damian Jonak: Cenię dobre jedzenie, ale nie mam problemów z utrzymaniem wagi (ok. 70 kg). Nie lubię bezczynnie leżeć. Jeśli nie idę na typowy trening, to chociaż zaliczam basen czy zajęcia fitness. Dlatego nie odczuwam żadnego stresu przed wejściem na wagę po świętach.

Podczas ostatniej walki w katowickim Spodku obijał pan Belga Jacksona Osei Bonsu, rywal był dwa razy na deskach, a skończyło się na wygranej punktowej. Spodziewał się pan podczas walki, że tak to się skończy?

Reklama

- Nie zawsze cios wyglądający na bardzo silny robi wrażenie na bokserze. Jak mówi przysłowie - nie ma zawodników odpornych na uderzenia, są tylko źle trafieni. Czasem pozornie niegroźny cios sieje spustoszenie.

Zdarzyło się panu być w takich opałach na ringu?

- W jednej z poprzednich walk, podczas gali w Zabrzu. dostałem taką bombę, że gdybym nie złapał rywala wpół, szorowałbym po deskach ringu. Po prostu mnie zaćmiło. A potem okazało się, że widzom ta akcja umknęła. Nie zauważyli tego. Wiele zależy m.in. od ułożenia nadgarstka uderzającego, od odpowiednio miękkiego przyjęcia ciosu.

Czy walka z perspektywy boksera na ringu wygląda tak samo, jak z krzesełka na widowni?

- Cóż, jest wiele punktów zbieżnych, ale nie do końca. Często jest tak, że przemyślana, dobrze przygotowana akcja kończy się niczym. Człowiek się stara, wkłada wszystkie siły i... nic. A przypadkowy cios sprawa rywalowi poważne problemy.

Rzeczywiście lubi pan walczyć?

- Tak jest naprawdę. Walczę dla przyjemności, adrenaliny. Mam nadzieję, że kibice w halach i przed telewizorami również odczuwają satysfakcję oglądając moje pojedynki.

Trudna jest dla boksera ostatnia noc przed walką?

- Dla mnie gorsza jest ceremonia ważenia. Po niej zaczyna się już czysta przyjemność. Dlatego w noc przed walką śpię zawsze świetnie.

A poranek po sobotnim pojedynku?

- Czuję się poobijany, choć oczywiście to zależy od przebiegu wydarzeń na ringu. Ostatnio po walce z Belgiem miałem sporo guzów na głowie od jego łokci i zderzeń. To jest tak, że w niedzielę w jednym miejscu człowieka coś boli, w innym co innego jest naciągnięte. Dlatego w poniedziałek zwykle aplikuję sobie lekki trening i... we wtorek wszystko jest już w najlepszym porządku.

Będzie pan w 2013 walczył o mistrzowski pas?

- Bardzo bym chciał. Ale boks zawodowy to specyficzny sport. Wiele zależy od promotorów, stacji telewizyjnych. Grupa, w której jestem, ma przełożenie nie tylko na Europę, ale i świat. Dlatego wierzę, że dostanę szansę walki o mistrzostwo świata. Zdaję sobie przy tym sprawę, iż raczej na pewno nie odbędzie się ona w Polsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje