Reklama

Reklama

Snarski o swojej karierze: Balowałem i "rządziłem".

Dariusz Snarski był przed laty bardzo ciekawie zapowiadającym się pięściarzem. Nie potrafił jednak wykorzystać ogromnego potencjału. - Potrafiłem zaprzepaścić cały obóz w Zakopanem. Przyjechałem na święta po zgrupowaniu, i oczywiście balowałem. Marnowałem własną pracę - uczciwie przyznaje Snarski.

Panie Dariuszu, dowiedzieliśmy się że wraca pan do boksu, kiedy zobaczymy pana w ringu?

Reklama

Dariusz Snarski: - Boksuję 14 maja w Białymstoku, podczas ekskluzywnej gali w hotelu "Gołębiewski", a we wrześniu mam zaplanowane zakończenie kariery na antenie Polsatu. Na tą galę (w maju) planowałem sprowadzić jakiegoś zawodnika, ale pomyślałem sobie, że mogę zaboksować dla podtrzymania formy. Przy okazji pieniądze, które musiałbym wydać na kogoś innego, zostaną u mnie w kieszeni.

Ostatnia pańska walka miała miejsce w listopadzie, zeszłego roku. Plan na ten rok, to zrobić dodatni bilans?

- Nie zależy mi na bilansie. Chcę podtrzymać dobrą dyspozycję i tyle. Sparuję z Kamilem Szeremtą i Piotrkiem Sielawą. Jestem w dobrej kondycji i chcę boksować, o bilansie zapomniałem.

Pański bilans (29-30-2) nie odzwierciedla możliwości jakie pan miał. Co było przyczyną tych przegranych walk?

- Balowałem i "rządziłem", ciągnie to się za mną. Brałem walki z marszu, jeździłem "na telefon". Można dodać, do tego pecha i wygląda to, jak wygląda. Potrafiłem zaprzepaścić cały obóz w Zakopanem. Przyjechałem na święta po zgrupowaniu, i oczywiście balowałem. Marnowałem własną pracę.

Więc co pan mówi młodym adeptom?

- Zawsze im wmawiam, żeby robili więcej, niż mają do zrobienia i żeby nie popełniali tych błędów, które ja popełniłem.

Kiedy tak właściwie "Snara" pojawił się po raz pierwszy na sali treningowej?

- To był 1983 r., a pierwsze walki stoczyłem w 1984 r. Byłem bardzo drobny, ważyłem zaledwie 44 kg. Trenerzy zauważyli smykałkę do boksu i tak się zaczęło. Wcześniej próbowałem Judo i zapasów.

Kariera amatorska była udana. Jaki okres amatorki wspomina pan najmilej?

- Hetmana Białystok. Tam odnosiłem sukcesy. Pokonałem kilku znaczących zawodników. Było troszkę pecha podczas olimpiady. Ciekawostką jest to, że forma była lepsza przed olimpiadą w Atlancie, a nie w Barcelonie. Miałem oczywiście też wpadki, przed MŚ w Tampere trenowałem na pełnych obrotach jakieś dwa tygodnie. Oczywiście przez resztę czasu "rządziłem".

Jeżeli chodzi o ringi zawodowe, to była szansa na sukces. 2001 r. i walka o pas EBU z Włochem Stefano Zoffem, pamięta pan ten pojedynek w detalach?

- Oczywiście. Dowiedziałem się o walce na dwa tygodnie przed nią. Zastanawiałem się nad przyjęciem oferty, w końcu zdecydowałem się na pojedynek. Włoch był pewny siebie, był nastawiony na to, że szybko mnie skończy. Zaczął z impetem, ale od 6 rundy przejąłem inicjatywę. W 8 rundzie wypadł mi ochraniacz. Gdzieś w zwarciu podbił mi łokciem, sygnalizowałem sędziemu, zresztą niepotrzebnie. Mogłem boksować, a nie pokazywać na ochraniacz. Dostałem jakiś cios, oddałem i nagle sędzia doskoczył, przerywając walkę. Tak właśnie przegrałem, bez liczenia. Włoskie media pisały nawet o tym.

Proszę opowiedzieć o swojej grupie.

- Zajmuję się organizacją gal. Mam wiele ciekawych ofert. W grupie oprócz mnie, jest Robert Gortat i Aleksander Abramenko oraz kilku obiecujących zawodników. Szkolimy też młodzież.

Pańskie typy na walki Sosnowski - Kliczko i Adamek - Arreola.

- Albertowi życzę jak najlepiej, boksowaliśmy w jednej grupie. To jest pracowity chłopak, nikogo się nie boi. Boję się tylko, żeby Albert nie zostawił formy w szatni. Jeżeli chodzi o Tomka, to będzie miał ciężką walkę. Arreola to silny, dynamiczny chłop. Ostatnia walka pokazała, że Adamek nie ma warunków na wagę ciężką. Ciosy Tomka spływały po Estradzie. Stawiam 50/50, przewagą Tomka będą nogi i technika.

Dowiedz się więcej na temat: święta | Zakopane

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje