To był jeden z tych pojedynków, który sprawił, że "The Greatest", czyli "Największy", stał się jeszcze potężniejszy. Nic nie ujmując Joe Frazierowi, który również był pięściarzem genialnym i należy do ścisłej czołówki magów boksu z wszystkich dekad, ale to wówczas Muhammad Ali postawił pieczęć na swojej nieskończoności. Równo pół wieku temu, w innej niż ta dzisiejsza Manila, która jak kania dżdżu potrzebowała widowiskiem sportowym ukoić nerwy społeczeństwa wywołane niepokojami związanymi z ogłoszeniem trzy lata wcześniej stanu wojennego, Ali stał się nieśmiertelny. Walka z niekwestionowanym zawodowym mistrzem świata w latach 1970-1973 i mistrzem olimpijskim z 1964 roku zabrała mu mnóstwo zdrowia, za co płacił niepowetowaną cenę w kolejnych latach, ale dała to, czego zawsze najbardziej pragnął - jeszcze większe uwielbienie i podziw dla jego majestatu.
Zabójczo, ekscytująco i... "rzecz najbliższa śmierci". Ali kontra Frazier w Manili
Czy w istocie sekundy dzieliły widzów od tego, by 1 października 1975 roku byli świadkami największej tragedii, czyli śmierci w ringu jednego z tych dwóch gladiatorów? To była ich trzecia walka, która ostatecznie i bezdyskusyjnie miała odpowiedzieć na pytanie, który z nich: Ali czy Frazier, stanie się numerem jeden. Dlaczego dzisiaj mistrzowskie pojedynki trwają maksymalnie 12 rund? W głównej mierze dlatego, aby widowiska sportowe nie musiały kończyć się największą ofiarą.
Nim obaj weszli do ringu, Ali jak to miał w zwyczaju i co zdążył już opanował do perfekcji, wszedł na najwyższy poziom wygadywania bzdur. Po latach przyznał, że to była jedna z jego rozmyślnych metod, aby wyprowadzać przeciwnika z równowagi. "Lubię wkurzać mężczyzn, bo kiedy facet jest wściekły, tak bardzo pragnie się zemścić, że przestaje myśleć" - zwracał uwagę. Czyli, krótko mówiąc, przykładowy "Goryl", jak ochrzcił Fraziera, potencjalnie przestaje myśleć o taktyce, a silniej przemawiają w nim nerwy. Zresztą na okoliczność tego pojedynku wymyślił pewną rymowankę: "It will be a Killa and a Thrilla and a Chilla when I get The Gorilla in Manila", czyli "Będzie zabójczo, ekscytująco i relaksująco, gdy dostanę goryla w Manili" - a śpiewając to uderzał w lalkę-goryla.

W ringu już nie było wygłupów, tylko bokserski spektakl na nieprawdopodobnym poziomie. Ali był znakomicie przygotowany, podobnie jak Frazier, a i mentalnie obaj byli zdolni do przetrzymania największego piekła. Okładali się potężnymi ciosami, aż trudno było uwierzyć, że są w stanie ustać tyle "bomb" na głowę, a pojedynek przypominał istny rollercoaster. Nadludzki wysiłek powodowały też warunki w hali, bowiem walka odbyła się o niespotykanej porze, mianowicie o godzinie 10 czasu lokalnego. Frazier oszacował temperaturę w ringu na ponad 120 stopni Fahrenheita (49 stopni Celsjusza), zaś ludzie zachodzili w głowę, jak w takich warunkach, z reflektorami przy ringu, obaj Amerykanie byli w stanie boksować na takiej intensywności.
Dwunasta runda, później wybrana przez magazyn "The Ring" na rundę całego 1975 roku, to była maestria Alego. Wydawało się, że obrywający z obu rąk Frazier jest już skończony, jedno jego oko było całkiem zamknięte. Trudno było znaleźć odpowiedź na pytanie, jak do tego stopnia wycieńczony, był w stanie po krótkiej przerwie poderwać się z krzesełka. W trzynastej rundzie, po jednej z "bomb" sierpowych, ze szczęki Fraziera aż wystrzelił ochraniacz na zęby, ale nadludzkim wysiłkiem wyszedł do przedostatniego, 14. starcia.
W tej odsłonie świat oglądał egzekucję na stojąco. Muhammad Ali tracił z siebie resztki energii, ale widząc, jak okłada przeciwnika, był w stanie jeszcze wykrzesać ostatnie rezerwy sił. Komentatorzy i eksperci nie dowierzali, jak na takim zmęczeniu, inkasując tyle bitych z całą mocą uderzeń, Frazier wciąż stoi w ringu i jest gotowy przyjąć kolejną ofensywę. Gdy wybiła przerwa, w tym momencie narożnik "Smokin' Joe" uznał, że nie można dłużej kusić losu i prosić się o tragedię.
Polski mistrz oddał medal olimpijski. Wydał oświadczenie. "Co lepszego mogę zrobić?"
Trener Eddie Futch zdecydował się poddać swojego giganta, ratując jego zdrowie i życie. Dramaturgię tej historii spotęgował fakt, którego nikt nie miał świadomości, że sekundy mogły dzielić Fraziera od epokowego zwycięstwa. Identyczny plan miał Ali, ale trener Angelo Dundee zignorował jego prośbę o to, by ściągnął mu rękawice. Pięściarz sądził, że nie będzie już w stanie stoczyć ostatniej z zakontraktowanych rund.
Legenda wokół tej walki na Filipinach żyje nadal. 40-letni taksówkarz, z którym pokonałem trasę z lotniska do hotelu, w pierwszym odruchu wymienił nazwisko wielkiego asa boksu ostatnich lat, a obecnie polityka i swojego rodaka Manny'ego Pacquiao, ale historia legendarnego pojedynku nie była mu obca.
Filipiny szczycą się "Thrilla in Manila". Polscy siatkarze w legendarnym miejscu
Sądziłem, że namacalne ślady wydarzenia sprzed półwiecza w Manili odnajdę dopiero w hali Smart Araneta Coliseum. To właśnie w tym samym obiekcie, pamiętającym tamto widowisko bokserskie, polscy siatkarze biorą udział w fazie grupowej mistrzostw świata.
- O proszę, niestety tego nie wiedziałem - zareagował w rozmowie z Interią Jakub Kochanowski. - Na pewno na miejscu przypomnę sobie twoje słowa i spróbuję wyobrazić, jak mogło wyglądać to widowisko. Czyli po pół wieku, gdy świat zupełnie inaczej wygląda logistycznie i organizacyjnie, największe wydarzenie sportowe wraca pod ten sam dach. Bardzo fajna sprawa - powiedział nasz środkowy.

Tym przyjemniejszego zaskoczenia doświadczyłem w hotelu, który znajduje się w bardzo bliskim sąsiedztwie otwartego w 1960 roku obiektu, mogącego pomieścić 16 500 widzów. Zaraz po przekroczeniu drzwi moim oczom ukazała się duża pufa w kształcie rękawicy bokserskiej, a jeszcze większe wrażenie zrobiła aranżacja ściany, przypominająca kadr z tej walki. Z niezapomnianym hasłem, ją zapowiadającym, "Thrilla in Manila" i datą.
A tuż obok przytwierdzono specjalną tabliczkę, która niezorientowanym w progu wyjaśnia, jakie wydarzenie gościło na Filipinach 50 lat temu i wciąż winno być o nim głośno.
"Manila zapisała się na kartach historii świata. 1 października 1975 roku w hali Araneta Coliseum odbyła się gala, która stała się jedną z najbardziej kultowych imprez sportowych XX wieku - "Thrilla in Manila". Była to trzecia i ostatnia walka Muhammada Alego i Joe Fraziera, dwóch największych legend boksu. Ali później opisał to jako "rzecz najbliższą śmierci", podczas gdy trener Fraziera rzucił ręcznik przed finałową rundą. Wydarzenie to przekroczyło granice sportu - zachwyciło świat i mocno umiejscowiło Araneta City na arenie międzynarodowej" - wyryto słowem pisanym.
Joe Frazier zmarł 7 listopada 2011 roku w hospicjum w Filadelfii, chorował na raka wątroby. Muhammad Ali odszedł 3 czerwca 2016 roku na skutek wstrząsu septycznego, wywołanego infekcją układu oddechowego.
Filipińczycy postanowili uczcić półwiecze tego widowiska. Wprawdzie w Manili nie zobaczymy gali z udziałem obecnych gigantów wagi ciężkiej, ale 29 października w Araneta Coliseum dojdzie do imprezy pod wymownym hasłem: "Thrilla in Manila: the 50th Anniversary". Promotorem widowiska, upamiętniającego rocznicę starcia Alego z Frazierem, będzie wspomniany Manny Pacquiao i jego grupa MP Promotions. Organizatorzy zapowiadają, że wśród honorowych gości ma pojawić się Nico Ali Walsh, czyli wnuk "Największego", a w walce wieczoru rękawice skrzyżują Filipińczyk Melvin Jerusalem (24-3, 12 KO) i pięściarz z RPA Siyakholwa Kuse (9-2, 4 KO).
Z Manili - Artur Gac













