Punkt karny Polki, liczenie rywalki. Dylak chwycił się za głowę. Została mistrzyni świata
Rok temu polskie pięściarki brylowały w Pucharze Świata w Foz do Iguacu, teraz jednak obsada zawodów w Brazylii jest o wiele mocniejsza. Niemniej do czwartku wszystko układało się po myśli trenera Tomasza Dylaka, może poza sensacyjną porażką Julii Szeremety. Inne gwiazdy jednak nie zawodziły. Aż nastał czarny wieczór, w którym szczególnie trudno było uwierzyć w wynik walki Wiktorii Rogalińskiej. A na końcu w ringu pojawiła się mistrzyni świata z Liverpoolu Agata Kaczmarska.

Rok temu z Foz do Iguacu Polki przywiozły aż siedem medali - wtedy jednak organizacja World Boxing stawiała pierwsze poważne kroki, sporo krajów trwało jeszcze przy skompromitowanej IBA. Obsada była więc w wielu kategoriach przeciętna, nawet jedna wygrana walka wystarczała, by znaleźć się w strefie medalowej.
Teraz sytuacja jest jednak inna - do Brazylii przyleciało już blisko 400 zawodniczek i zawodników z 50 krajów. Są kategorie, w których do rywalizacji przystąpiło po 20-30 osób. Choć są też, nieolimpijskie u pań, ze startem na etapie... półfinałów. Stąd już przed zawodami co najmniej brąz miała Emilia Koterska, zgłoszona do 80 kg.
Do czwartku wszystko układało się bardzo dobrze. Choć z jednym wyjątkiem, tym była wtorkowa nieoczekiwana przegrana Julii Szeremety z reprezentującą Węgry Vladislavą Kukhtą. Reszta radziła sobie świetnie. Aż przyszedł czas bezpośredniej walki o strefę medalową.
Puchar Świata w Foz do Iguacu. Sześć polskich walk w jednym dniu. I cztery szanse na medale. Co z tego wyszło?
W czwartek w ringu miało pojawić się aż sześcioro reprezentantów Polski, zaczęło się nieciekawie. W sesji przedpołudniowej, lokalnego czasu, swoją walkę z wicemistrzem świata Yurim Falcao przegrał Bartłomiej Rośkowicz. Młody Polak znów imponował odwagą, Brazylijczyk zaś, jak ma w zwyczaju, walczył nonaszalancko, prowokował nisko opuszczonymi rękoma. A do tego znakomicie pracował na nogach. Nie był to pojedynek jednostronny, choć jednak pod kontrolą faworyta. Sędziowie orzekli pięć razy po 30:27, chyba trochę za wysoko. Po walce obaj się wyściskali, Rośkowicz docenił klasę rywala.
Przegrała też bój o ćwierćfinał Natalia Kuczewska - obecna mistrzyni Europy U-23 uległa byłej dwukrotnej złotej medalistce zawodów młodzieżowych mistrzostw kontynentu - Dainie Moorehouse 1:4. I raczej trudno tu było mieć jakieś zastrzeżenia co do werdyktu.
W sesji wieczornej już się jednak one pojawiły.
W niej bowiem w ringu pojawiły się aż cztery reprezentantki Polski, a jedynie Kinga Krówka walczyła o ćwierćfinał. Rok temu 18-letnia wówczas zawodnicz z Gostynia błysnęła właśnie w Foz do Iguacu, pokonała medalistkę olimpijską z Paryża Chen Nien-chin, której później nieznacznie uległa w walce o medal w Liverpoolu. A teraz 19-letnia już Krówka przegrała 1:4 z Amerykanką Marie Rosendo, niewiele od siebie starszą.

Pozostałe trzy Polki walczyły już o strefę medalową. Zaczęła Angelika Krysztoforska - jej rywalką była broniąca tu tytułu z zeszłego roku Argentynka Tatiana Flores. Początek był pasywny, zwłaszcza ze strony Flores, która ruszyła dopiero w końcówce rundy, po serii ciosów ze strony Polki. Krysztoforska na wszystkich kartach prowadziła 10:9.
W drugiej podopieczna trenera Dylaka wygrała jednak w oczach dwóch arbitrów, tam mogła być już praktycznie pewna końcowego triumfu. Na trzech pozostałych był remis 19:19. W ostatnich trzech minutach Angelika znów triumfowała na dwóch kartach, ale - niestety - nie na tych, co trzeba. Chorwat, Gwatemalczyk i Australijczyk wskazali na jej rywalkę, Flores miała trzy razy 29:28. A Polka - dwa 30:27. I odpadła.
Już wtedy, po werdykcie, Dylak i jego współpracownicy chwytali się za głowy. A jeszcze trudniej było im uwierzyć w to, co stało się przy ogłaszaniu wyniku walki Wiktorii Rogalińskiej.
Biła się z Marokanką Widad Bertal, która bardzo często chwytała się niezbyt sportowych sztuczek. Przyklękała w ringu, sugerując przerwę, po czym ruszała nagle do ataku. Tyle że jej faule umykały uwadze sędziego Tileka Manapa z Kazachstanu, który bardziej zwracał się do Polki, by nie uderzała nasadą. Aż w drugiej rundzie dał jej karny punkt. Po czym dosłownie 10 sekund później wyliczył Marokankę.

Pierwsze starcie Rogalińska przegrała 2:3, drugie wygrała 4:1, a z uwagi na odjęcie jednego punktu, przegrywała łącznie 2:3. Gdy wydawało się, że wszystko idzie już po myśli zawodniczki Skorpiona Szczecin, w trzeciej odsłonie Bertal rzuciła się do chaotycznego ataku. Uderzała, klinczowała, przepychała, prosiła o przerwy. I w tym chaosie tkwił jej sposób, zwłaszcza przy takiej, a nie innej postawie arbitra ringowego. To ona ostatecznie awansowała do półfinału.
A na koniec, już po północy polskiego czasu, została jeszcze Agata Kaczmarska. Nasza mistrzyni świata z Liverpoolu walczyła z brązową medalistką z tamtych zawodów - Australijką Emmą-Sue Greentree.

Polka swoje sukcesy osiągała w kategoriach wyższych, powyżej 80 kg, ale w Pucharze Świata też w 80 kg. Teraz zeszła do najwyższej olimpijskiej wagi 75 kg, by tam budować swoją pozycję rankingową przed igrzyskami w Los Angeles. A Greentree biła się dotąd właśnie w tej kategorii. I o ile wcześniej Kaczmarska walczyła głównie z zawodniczkami cięższymi od niej, wyższymi, ale i powolnymi, to teraz trafiła na rywalkę znacznie wyższą, ale i szybką.
Polka, w swoim stylu, próbowała na moment zbliżać się do przeciwniczki, posłać kilka ciosów i odskoczyć. Tyle że Australijka też ją trafiała z dystansu, utrudniała zadanie. Pierwszą rundę Kaczmarska przegrała 2:3, ale drugą - już 1:4. I łącznie przegrywała 1:3, co właściwie pozbawiało ją szans na awans. Greentree miała tę walkę pod kontrolą, mimo potężnych ataków naszej mistrzyni do samego końca. Ostatecznie trzy minuty Kaczmarska wygrała 3:2, ale całą walkę - przegrała 2:3.
W piątek o strefę medalową powalczą: Aneta Rygielska (60 kg), Barbara Marcinkowska (70 kg), Damian Durkacz (70 kg) i Mateusz Urban (75 kg).













