Malowniczy Beskid Żywiecki. To tutaj swoje wartkie życie, u zbiegu potoków Czerna i Ujsoła, zaczyna pierwszy górski dopływ Wisły, czyli rzeka Soła. Jesteśmy na pograniczu polsko-słowackim, w samym sercu pasma górskiego zwanego "Workiem Raczańskim", z najwyższymi szczytami w postaci Wielkiej Raczy i Wielkiej Rycerzowej. Obłędne widoki zobaczę później, gdy wyjedziemy samochodem na wysokość stoku narciarskiego, z którego rozpościera się nieopisany widok na malownicze wierzchowiny, z jednej strony po polskiej, z drugiej "kraju zamków", jak potocznie nazywana jest Słowacja. W oddali widać także nasze Tatry. Lepszej pogody do patrzenia hen, po horyzont, jak ta we wtorkowe popołudnie, nie można było sobie wymarzyć.
Madonna z Rajczy. "I stał się cud"
Ulica Rynek 1, Rajcza. To tutaj prowadzi najważniejszy adres, gdzie umawiamy się na spotkanie. Przyjeżdżają najstarszy żyjący polski mistrz olimpijski w boksie Marian Kasprzyk, na fotelu kierowcy jego opiekun i przyjaciel Józef Sojka, a gospodarzem jest proboszcz Andrzej Zawada. Spotykamy się bowiem w okazałym Sanktuarium Matki Bożej Kazimierzowskiej, którego perłą w koronie - i to dosłownie - jest koronowany w 2017 roku obraz kultu maryjnego. Jego historia z tym miejscem rozpoczęła się 4 lipca 1669 roku, a przed nim - jak zapewnia były kapelan sportowców - można wymodlić cudowne łaski, na co są dowody. Przykładem postawa pewnej kobiety, której mąż ciężko zachorował. Lekarze robili co w ich mocy, ale w końcu zaczęli rozkładać ręce i przygotowywali ją na najgorsze. Łask szukała właśnie tutaj, modląc się przed Madonną z Rajczy. - I stał się cud. Ta obrączka, którą pan tutaj widzi, to właśnie dar od tej kobiety - wskazał dłonią ksiądz Zawada.
Dwie specjalne gabloty, w drewnianych i przeszklonych ramach, mieszczą się tuż przy głównym ołtarzu, po prawej stronie stojąc twarzą do prezbiterium. To właśnie w nich składane są tak zwane dary wotywne, czyli przedmioty związane z otrzymanymi łaskami. W jednej z nich, w połowie czerwca 2025 roku, znalazł się jeden z największych skarbów w dorobku Mariana Kasprzyka, brązowy medal z igrzysk olimpijskich w Rzymie z 1960 roku.
Obszernie przedstawiłem przebieg tego aktu, przypominając także wydarzenia sprzed 65 laty, gdy niespełna 21-letni pięściarz stanął na swoim premierowym podium na największej imprezie sportowej świata. Pełna treść wspomnianego materiału, łącznie z przypomnieniem, iż złoty medal z Tokio już lata temu powierzył duchownym z Jasnej Góry w Częstochowie, jest do przeczytania TUTAJ.
Wdzięczność wyrażona ofiarowaniem trzeciego medalu. "Tylko jeden wrócił podziękować"
Gdy w ostatnich dniach dowiedziałem się od giganta polskiego boksu, że identyczną decyzję powziął odnośnie medalu z mistrzostw Europy z 1961 roku, chciałem osobiście stawić się w miejscu, które stało mu się tak bliskie. Mistrz olimpijski z Tokio na co dzień mieszka w Bielsku-Białej, zatem do Rajczy musi spędzić w trasie niespełna godzinę, ale podróże wciąż znosi bardzo dzielnie. Co więcej, tak zależało mu, byśmy mogli czym prędzej się spotkać, że dzień wcześniej z przyjacielem także pojechali do sanktuarium, by na miejscu potwierdzić termin wizyty.
Mimo swoich schorzeń i problemów z biodrem, które coraz bardziej utrudnia mu swobodne poruszanie się, pan Marian nieprzerwanie roztacza wokół siebie pozytywną aurę. I daje sobie pomóc, jak tuż po wyjściu z samochodu, gdy zanim nieco rozchodził nogi, pozwolił się wziąć pod rękę. Zamaszystym ruchem, jakby chciał wyprowadzić cios na tułów, wsunął swoją rękę pod moją, uśmiechnął się i ruszyliśmy najpierw na plebanię.
- Życiowa postawa pana Kasprzyka przypomina mi przypowieść o dziesięciu trędowatych - rozpoczyna rozmowę proboszcz Zawada, pokrótce przypominając jej alegorię. - Pan Jezus uzdrowił dziesięciu chorych na trąd, którzy go spotkali i zaczęli o to błagać. Jednak tylko jeden z nich, pewien Samarytanin, powrócił, by mu podziękować. Jezus zapytał, gdzie są pozostali, podkreślając brak ich wdzięczności. A Samarytaninowi powiedział, że to jego wiara go uzdrowiła.
Słuchając tych słów, pan Marian ruchem prawej dłoni zaczął malować wzloty i upadki, które miały miejsce w jego życiu. - Potknięcia każdemu się zdarzają, a pana życiorys to żywy dowód na to, że człowiek odnajduje najwłaściwszą drogę - zaznaczył ksiądz. - Dla nas wszystkich może być pan inspiracją. Ja sam wiele się od pana uczę, patrząc na pana skromność, spokój i pokorę, a także ofiarowane dowody wdzięczności. Mistrz Kasprzyk uczy nas najpiękniejszych postaw - podkreślił duchowny, a pan Marian w skupieniu tego słuchał.
Wzięliśmy po ostatnim łyku kawy i kroki skierowaliśmy do sanktuarium.
- Chciałem powiedzieć, że kamień spadł mi z serca, ale to chyba nie będzie najwłaściwsze. Po prostu oddałem kawałek serca, to część mnie. Ten medal także był okupiony ciężkim treningiem, pracą i wylanym potem. Przekazując go znów poczułem na sercu coś szczególnego – opowiadał nestor polskiego sportu, pokornie spoglądając raz na ołtarz, raz na przeszkloną ramkę, w której na razie mieni się prześliczny medal z Rzymu, mimo upływu tylu dekad wciąż nienaruszony zębem czasu.
Mieniący się brąz po 64 latach. Droga do podium w Belgradzie
Pan Marian potwierdził to, o czym mówił mi już poprzednio, że pod względem walorów estetycznych to najpiękniejszy "krążek", jaki kiedykolwiek wywalczył. Ale gdy zanurzył wzrok w trzymany w dłoni brąz mistrzostw Europy, także pokusił się o trafną konstatację. - Zobacz, jak ten medal wygląda. To już tyle lat, a ten kruszec wciąż wygląda, jakbym dostał go wczoraj. A teraz, dziady, wręczają takie medale sportowcom, że obłażą po iluś tam miesiącach. Jak tak można? Przecież to wstyd - słusznie perorował.
Brąz z Belgradu z 1961 roku ma tym bardziej szczególne znaczenie i wymowę dla jego zdobywcy, że wywalczył go pomiędzy dwoma najmroczniejszymi momentami w całej swojej karierze. Był chwilę po pierwszej, półrocznej dyskwalifikacji za scysję w sylwestrową noc, a gigantyczne tarapaty nadciągnęły niedługo później, gdy za bójkę z milicjantami początkowo usłyszał najcięższy wyrok dla sportowca, w postaci dożywotniej dyskwalifikacji. Gdy wrócił z niebytu, przez wielu już skreślony, by w Tokio wywalczyć olimpijskie złoto, zapisał się jeden z najbardziej spektakularnych rozdziałów w dziejach polskiego sportu. - Nawet nie potrafię powiedzieć, jak wiele znaczył dla mnie ten złoty medal. Pomyślałem sobie: "macie teraz za to, co żeście mi narobili". Tym wszystkim, którzy już mnie skreślili, udowodniłem że jestem sportowcem, a nie człowiekiem najgorszym, łobuzem i chuliganem. Łzy stanęły mi w oczach - mówił mi przejęty.
W 14. edycji mistrzostw Europy w Belgradzie, który od początku do końca istnienia Jugosławii był jej stolicą, zmagania w kat. 63,5 kg (waga lekkopółśrednia) walczący z pozycji mańkuta pięściarz rozpoczął od pokonania na punkty Austriaka Ruperta Koeniga, dwukrotnego olimpijczyka. W ćwierćfinale jego przeciwnikiem był reprezentant Federalnej Republiki Niemiec Gerhard Dieter, który potrafił wygrać z takim gigantem, jak dwukrotny mistrz IO Jerzy Kulej. Słynący z potężnych ciosów z obu rąk "Polski Papp", jak nazywany był wychowanek Sparty Ziębice, święcący największe triumfy z klubem BBTS Bielsko-Biała, pokonał zawodnika zza naszej zachodniej granicy również na punkty.
Bezczelnie ograbili Polaka ze złotego medalu z Amerykaninem. Finał sprawy przeszedł do historii
I nastał półfinał, a w nim przeprawa z Aloizsem Tuminsem, Łotyszem walczącym w barwach Związku Radzieckiego. Nieznacznie na punkty wygrał przeciwnik, który później sięgnął po złoto tego czempionatu. Jak pojedynek o przepustkę do finału sprzed tylu lat zapamiętał nasz bohater?
- To był zawodnik lotny, dość szybki na nogach. Nie boksował siłowo, uderzenia raczej nie miał, ale walczył technicznie. Tylko "cyk, cyk, cyk" i śmigał, trzeba przyznać, że nogi miał dobre - opowiada Kasprzyk, z czego można wysnuć wniosek, że był to rywal, patrząc z punktu widzenia jego ofensywnego stylu, dość niewygodny. - Jednak można było wygrać, niewiele mi tam zabrakło. Zresztą werdykt mógł iść też w drugą stronę, to było takie fifty-fifty.
Doświadczenia wcześniejszych miesięcy, naznaczone dyskwalifikacją, również przeszkodziły Kasprzykowi, by na swoich premierowych i jedynych w karierze ME doszedł do finału. - To też fakt, nie byłem dostatecznie otrzaskany, zabrakło mi kilku walk, a to przecież na tym poziomie też się liczy - podkreślił mistrz.
Kasprzyk: Czasem sobie myślę: "panie Boże, chyba zasłużyłem sobie na to?"
Wracamy do sanktuarium. Gdy podchodziliśmy do ołtarza, nieopodal stał mężczyzna w średnim wieku, zwracając się do proboszcza "szczęść Boże". Zaproszony, by podszedł bliżej, nie krył sporego poruszenia, gdy przedstawiono mu, że ma przed sobą mistrza olimpijskiego. Uścisnąwszy mu dłoń wysłuchał kilku zdań na jego temat.
Ksiądz Zawada: - Panie Arturze, spotykam się tutaj również z osobami, których przybycie jest pana zasługą, za co pragnę podziękować - powiedział, nawiązując do rzeczonego materiału, który opowiadał o przekazaniu medalu olimpijskiego. - Co jakiś czas pojawia się ktoś, kto mówi, że przeczytał artykuł i chciałby zobaczyć z bliska ten dar, a ja wówczas opowiadam krótko o mistrzu Kasprzyku. W tej chwili te medale dostają tutaj swoje drugie życie, bo ludzie w każdym wieku i pielgrzymi otrzymują impuls do tego, by później jeszcze bardziej zgłębić barwny i piękny życiorys pana Mariana. Pan Kasprzyk uczy nas wszystkich, by umieć dziękować Bogu za to, co się ma i osiągnęło w życiu, czasem za cenę wielkiego kosztu. To przywilej dla sanktuarium, że wybitny sportowiec złożył u nas tak znaczące rozdziały swojego życia.
Gdy dotarliśmy na punkt widokowy i wywiązała się rozmowa między proboszczem, panem Józefem i mną, kątem oka spostrzegłem, jak pan Marian wyciągnął z kieszonki dwa własnoręcznie wykonane różańce. Widząc, jak dość zgrabnie przekłada paciorki w dłoniach, chwilę mu nie przeszkadzałem, ale później podszedłem do niego. Zwrócił uwagę, że tradycji stało się zadość i kolorystyka tradycyjnie oddaje barwy pięciu kółek olimpijskich. To symbol drugiej - po religijnej - największej wartości w życiu nestora.
- W modlitwie długo dochodziłem do jej głębi, żeby przerodziła się w rozmowę. Aż doszedłem do tego, że to, co mówię, czuję. Na koniec powiem "kocham cię, panie Jezu" i jest naprawdę fajnie. Jestem zadowolony. Czasem sobie myślę: "panie Boże, chyba zasłużyłem sobie na to?" - uśmiechnął się 85-latek, pokazując słowem i czynem, że do końca można zacieśniać więzi.
Artur Gac, Rajcza
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl














