Polski bokser w stanie minimalnej świadomości. "Dwa mrugnięcia znaczą 'tak'"
- W tej chwili Denis trzyma samodzielnie wszystkie funkcje życiowe. Od paru dni nie potrzebuje dodatkowego tlenu do oddychania. Ponadto od wtorku rehabilitanci podejmują pierwsze próby sadzania, by jego serce pracowało tak, jak powinno, czyli w pionizacji. Obecny stan lekarze nazywają stanem minimalnej świadomości - mówi w rozmowie z Interią Monika Wójcik, narzeczona 31-letniego pięściarza Denisa Mądrego, który w styczniu 2026 roku na gali KBN 43: Maxliga Masters - The Showdon w Dzierżoniowie został brutalnie znokautowany przez Igora Prygę.

Artur Gac, Interia: Słyszę pogodność i dobrą energię w pani głosie. Czy to coś oznacza?
Monika Wójcik, narzeczona Denisa Mądrego: - No tak, od wczoraj (wtorku - przyp.) zaczęliśmy rehabilitację w ośrodku. Przed wcześniejszym startem zatrzymało nas zapalenie płuc. Przez to dwa tygodnie spędziliśmy w szpitalu, właśnie w Otwocku, bo Denis zdążył dojechać do Otwocka. Niestety zaraz po przyjęciu do ośrodka lekarz zadecydował, że z powodu infekcji musi być hospitalizowany w szpitalu. W efekcie leczyliśmy się antybiotykiem przez 14 dni. Wypuścili nas w końcu ze szpitala i Denis mógł rozpocząć rehabilitację. Więc nie powiem, jest duża ulga. I szczęście, że faktycznie już mogą zająć się nim specjaliści.
Super, super sprawa!
- Prawda? Tylko dzisiaj (w środę - przyp.) niestety musiałam wyjechać, ale jutro już tam wracam. Będę też rozmawiać z panią, która w ośrodku Origin zajmuje się medialnymi tematami, bo uprzedzono mnie, że np. niektóre rehabilitacje Denisa mogą być nagrywane, więc postęp będzie można zobaczyć też bardziej oficjalnie. To będą rehabilitacje nie tylko ruchowe, ale będzie zajmie się nim neurologopeda. Mają tam fajny, specjalistyczny sprzęt. Dysponują także tak zwanym cyberokiem do komunikacji oczami, więc jestem naprawdę bardzo ciekawa, jak to będzie wyglądać. A przede wszystkim pełna nadziei, że malutkimi kroczkami, może nawet z dnia na dzień, pójdziemy do przodu. Oby tylko już nie przypałętała się żadna kolejna infekcja, bo to niesamowicie opóźnia i przede wszystkim osłabia organizm.
Jeśli rozmawiamy o tego typu historii, czyli powrocie z ciężkiego stanu po długiej śpiączce, widziałem sportowców w różnym stanie. Są tacy, którzy przynajmniej przez jakiś czas poruszali się na wózku, a ich ciała były pozbawione samodzielnej ruchliwości lub sparaliżowane. Powiedzmy, jak to dokładnie wygląda w przypadku Denisa?
- W tym momencie jest tak, że wszystkie funkcje życiowe trzyma samodzielnie. Od dwóch dni nie potrzebuje nawet dodatkowego tlenu do oddychania, więc tutaj radzi sobie świetnie. Ponadto od wtorku rehabilitanci tak naprawdę już podejmują pierwsze próby sadzania Denisa, żeby serce pracowało tak, jak powinno, czyli w pionizacji, przy pełnej kontroli saturacji i tak dalej. Także to są dopiero początki.
- Jeżeli chodzi o kontrolowanie ruchów, Denis nie jest w stanie jeszcze ich kontrolować. Nie za każdym razem się udaje, ale czasami wykonuje pewne gesty, kiedy na przykład proszę go o ściśnięcie dłoni. I to nam się kilka razy udało. Czy choćby o poruszanie palcami u stóp, to też się udaje. Wiem, że gdy przy rehabilitacji cały czas mówi się do Denisa, to da się odczuć, że pomaga przy ruchach, czyli faktycznie stara się poruszyć rękami czy nogami. Jednak nadal jest osobą w pełni zależną i leżącą. Nie może wykonać samodzielnie ruchów.
- Próby komunikacji z Denisem mamy głównie na mrugnięcia. Próbowaliśmy już w ośrodku i w szpitalu, gdy byłam z nim codziennie. Próbujemy wypracować, że dwa mrugnięcia powiekami oznaczają "tak". I trenujemy to w takich prostych i dość oczywistych pytaniach, gdy Denisowi coś opowiadam lub przypominam, a na końcu pytam, czy pamięta. A także w tych najbardziej banalnych kwestiach, czyli pytam: "jest ci zimno czy ciepło?", a on odmruguje mi dwa razy, albo wcale. Uważam, że taka podstawowa komunikacja, by chociaż coś mi potwierdził, zaczyna być widoczna.
Czyli w tej chwili Denis słownie się nie komunikuje?
- Nie. Na razie to są tylko tego typu niuanse, wyłapywane głównie przeze mnie oraz przez osoby, które z Denisem są cały czas. Niestety jeszcze nie za każdym razem się to udaje. Walczymy o każdy taki najmniejszy gest, który widać, że jest próbą komunikacji.
Zastanawiam się, czy to najlepszy moment na kolejne pytanie, ale spróbuję. Czy już po fakcie, po tym co stało się z Denisem, jako najbliżsi macie refleksję, iż istniały przesłanki, o których po zaistniałej tragedii wiecie, że zostały zbagatelizowane? I w efekcie być może stoczył o jedną walkę za dużo?
- Szczerze mówiąc, trudno mi odpowiedzieć, choć raczej nie ma dnia, żebym o tym nie myślała. Za Denisa jeszcze nie będę się wypowiadać, ale u nas było tak, że Denis zawsze szedł pod prąd. W świecie bokserskim, szczególnie w Polsce, tak naprawdę próbował przedzierać się pazurami. I dyskutowaliśmy nad każdą ofertą, czyli którą wziąć, a którą nie, by faktycznie pomogła tę jego solową karierę jeszcze podnieść. Szczególnie, że był raczej jedynym bokserem w Polsce, a na pewno jednym z nielicznych, który z takim bilansem mógł się pokazywać na galach telewizyjnych.
- Ponadto my zawsze też mówiliśmy, że lepiej żałować, że się coś zrobiło niż się odpuściło. Głupio to może brzmi w obecnej sytuacji, ale jeśli chodzi o to, czy z naszej strony czegoś nie dopatrzyliśmy lub żałuję, że nie zrobiliśmy, to mam na myśli badania, które powinno się robić chyba u wszystkich bokserów bezpośrednio po walkach. Tymczasem nie ma czegoś takiego, nigdy nie było i nie jest to wymagane. Badania tomografii komputerowej głowy są robione raz w roku, a walk w ciągu 12 miesięcy można stoczyć więcej. Nie ma wymaganych dodatkowych badań TK, robionych po każdej walce.
Od razu powiem, skąd to pytanie. Trafiłem na jednym z forów na komentarz, iż podobno w ostatnich miesiącach, po jednej z walk, miał wystąpić skutek po przyjętym ciosie lub kumulacji ciosów w wyniku przeprowadzonego badania lub domniemania ryzyka. Czy może pani szczerze odnieść się do tej kwestii?
- Denis miał robione badania głowy w Berlinie zaraz po jednej z ostatnich walki, gdzie też został znokautowany. Tam powiedzieli nam, że to jest dla nich standardowa procedura. Denis po tamtym nokaucie doszedł do siebie w miesiąc, a do treningów na pełnych obrotach wróciliśmy po trzech miesiącach. Więc nie wydaje mi się, żeby to było kluczem do tej sytuacji, która jest teraz. Raczej nie szukałabym tego w ten sposób.
- Wiem, że Denis miał wszystkie walki bardzo ciężkie, to były trudne pojedynki. Najczęściej faktycznie startował z pozycji czarnego konia, więc zwycięstwa musiał rzeczywiście wyrywać pazurami. W tym sensie miał ciężkie boje. Nie umieliśmy, nikt nie umiał określić, że nadszedł moment, w którym należałoby powiedzieć "pas". Jeżeli lekarz po świeżym TK dopuszcza Denisa do walki, to dlaczego my mamy mu nie wierzyć i samemu próbować się doszukiwać jakiegoś drugiego dna? Denis zawsze robił rezonans, bo w walkach zawodowych są wymagane rezonanse głowy. Więc jeżeli w takim opisie wychodziło czysto, to nie wiem, jakiego jeszcze potwierdzenia należałoby szukać, że wszystko jest w porządku.
Mówiąc o walce w Niemczech, ma pani na myśli tą ze stycznia 2025 roku w Erkner, gdzie Denis został znokautowany w 10. rundzie przez Niemca Justina Schmagera?
- Tak, tak. To było niespełna półtora roku temu.
A w zasadzie obie walki dzielił praktycznie równy rok. Gala w Erkner odbyła się 25 stycznia, a 17 stycznia kolejnego roku przyszedł ten tragiczny w skutkach nokaut z Igorem Prygą.
- Ma pan rację. Przy czym, po tej walce w Berlinie, Denis jeszcze przecież zmierzył się w listopadzie z Arkadiuszem Zającem, wygrywając w drugiej rundzie przez techniczny nokaut. I w tym pojedynku nie było widać najmniejszej oznaki, żeby z nim było coś nie tak. W dodatku przez ten rok był poddany niejednemu badaniu.
Zatem, konkludując tę historię z Niemiec, absolutnie nie było czegoś takiego, że nawet przy czystym obrazie głowy, lekarz powiedziałby: "słuchajcie, trzeba się zastanowić, to trochę podejmowanie ryzyka, bo nie jest to już głowa zawodowego pięściarza w nienaruszonym stanie".
- Nic takiego nie było. Natomiast trzeba by było powiedzieć tak, że lekarze raczej generalnie odradzają wszelkie sporty kontaktowe. I nie oszukujmy się, wszyscy bokserzy chyba wiedzą, że podejmują mimo wszystko ryzykowny sport. Nie tylko bokserzy, ale przedstawiciele wszystkich sportów walki. Myślę, że wszystkie sporty kontaktowe są niesamowicie niebezpieczne, ale nie padło zdanie w stylu: "ten mózg nie wygląda już na zdrowy, przestańcie boksować".
Rozumiem.
- Po takim zdaniu nie podjęlibyśmy takiego ryzyka, żeby wrócić do walk. Absolutnie.
Żeby użyć maksymalnie precyzyjnego opisu, jak należałoby określić obecny stan zdrowia Denisa?
- Ten stan jest określany jako stan minimalnej świadomości. Nie jest to śpiączka, bo Denis po tym, jak przestał dostawać leki nasenne nie wybudził się, ale jego mózg po czasie zaczął działać w minimalnym stopniu. Nie można tutaj mówić o śpiączce, ale nie jest osobą przytomną.
Czyli te wszelkie próby, związane z mruganiem powiekami oraz początkiem pionizacji, odbywają się przy jego zamkniętych oczach?
- Czasami tak.
To rzeczywiście, jeszcze długa batalia przed państwem, ale całe środowisko bardzo mocno i niezmiennie trzyma kciuki. W tej sytuacji każdy, najbardziej minimalny progres i postęp, to już jest coś wielkiego.
- Tak, oczywiście. Każde minimum to już jest kroczek. Dla nas to są malutkie kroczki do przodu, ale tych kroczków niesamowicie potrzebujemy.
A jak wygląda kwestia ubezpieczenia za to, co się stało?
- O ubezpieczenie jeszcze nie występowaliśmy, bo nie miałam wypisu ze szpitala. Z tego, co się dowiadywałam, musiałoby być zakończone leczenie szpitalne, żeby móc rozpocząć procedurę. A przez to, że Denis praktycznie z jednego szpitala od razu trafił do drugiego ze wspomnianą infekcją, nie miałam czasu zareagować. Dopiero teraz mam te wszystkie dokumenty ze sobą. Temat jest jeszcze nierozwiązany, ale jest to sprawa, którą mam bardzo wysoko na liście zadań.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl












