Polski bokser obronił doktorat i idzie za ciosem. "Uwierzył idiocie". Światowa historia
Bokser i matematyk. Mistrz Polski z 2023 roku i naukowiec. Uzyskał stopień doktora nauk ścisłych i przyrodniczych w dyscyplinie Matematyka Uniwersytetu Gdańskiego. Po mistrzowsku połączył obie swoje pasje, a to nie koniec, wciąż idzie za ciosem. - Zdaję egzaminy aktuarialne, do końca zostały mi tylko dwa. Gdy sobie z nimi poradzę, a zdałem już siedem, wówczas będę prawdopodobnie pierwszym w historii aktuariuszem-pięściarzem - mówi w rozmowie z Interią 33-letni Rafał Perczyński, pogromca stereotypów.

Artur Gac, Interia: Na wstępie mam dysonans, bo zacząłem mówić do ciebie po imieniu, a może oczekujesz nadawania ci tytułu?
Rafał Perczyński: - Spokojnie, może być po imieniu. Nawet lepiej się czuję. Nie ma co tutaj tworzyć formalnych historii.
Zacznę niestandardowo, bo wyjątkowo posłużę się nie swoim pytaniem. Jego autorem będzie ten, z którym wciąż masz bliski kontakt, czyli trener-oryginał Zbigniew Raubo. A brzmi ono tak: "Jak on mógł uwierzyć idiocie Raubo, że matematykę można studiować i skończyć"?
- (śmiech) Trener to nie taki idiota, wręcz przeciwnie. To mądry człowiek, skoro zaproponował mi dobre rozwiązanie. Poszedłem na matematykę i skończyłem ten swój przewód doktorski. To nie był taki głupi pomysł.
Rzeczywiście jest on osobą, która w tej sprawie odegrała niepoślednią rolę? Jego popchnięcia z tylnego siedzenia miały znaczenie?
- Tak. Pamiętam pewną naszą ciekawą rozmowę... Ja generalnie dobrze uczyłem się w liceum, później złożyłem papiery na studia i dostałem się na budownictwo oraz matematykę. Biłem się z myślami i zastanawiałem, gdzie iść. Wszyscy mi mówili, żebym wybrał budownictwo, bo co ja po tej matematyce będę robił? Natomiast trener Raubo poszedł pod prąd, mówiąc wręcz przeciwnie, żebym poszedł na matematykę, bo wszędzie na świecie znajdę pracę. Zrobiłem to i miał rację. Teraz rynek dla matematyków naprawdę jest bardzo dobry, na oferty pracy nie narzekam.
Rzeczywiście, trener waszą rozmowę też przywołał, ale przedstawił ją w charakterystycznym dla siebie stylu. Cytuję: "Kiedyś przyszedł na salę, coś mi gada o szkole i matematyce, a ja mu odpowiedziałem 'kur**, jak ty się lubisz uczysz, to co tu robisz na sali? Ty studiuj matematykę, zrobisz to i będziesz panem świata, na całym świecie będziesz miał robotę, a boks se kur** trenuj jak masz czas. Ty się nie musisz o nic zabijać w ringu'.
- (śmiech) No właśnie, trafił w sedno. Tutaj, żeby dopełnić ten cały proces, zaprosiłem trenera na swoją obronę, by zobaczył i uwierzył mi na słowo, że kończę. I przyniósł szczęście, obroniłem się i otrzymałem dobre oceny.
Wiem od trenera, że później poszliście razem z recenzentami pracy doktorskiej i pracownikami uczelni na obiad i tutaj nie mogę sobie odmówić jednego pytania. Czy szkoleniowiec rozmawiał z profesorami takim samym, soczystym językiem?
- Trener Raubo ma po prostu serce na dłoni, to co myśli mówi, ale przeważnie tylko na sali używa soczystego języka. Podczas obrony zachowywał się bardzo grzecznie. Zarówno na uczelni jak i poza nią w restauracji trener Raubo był bardzo rozpoznawalny. Nie tylko ludzie z ulicy, ale także studenci robili sobie z nim zdjęcia.
Czyli pokazywanie siebie w naturalnej wersji w internecie przynosi mu wymierną popularność.
- Zdecydowanie. I w sumie byłem zaskoczony, że nie tylko wśród studentów, ale także w gronie doktorantów był rozpoznawalny.
Zdołałeś zweryfikować informację, że jesteś pierwszym na świecie bokserem, mistrzem kraju, z tytułem doktora matematyki?
- Nie ma odpowiednich źródeł, bym jednoznacznie to potwierdził. Natomiast nic mi nie wiadomo o tym, aby ktoś inny miał podobną historię. Z tego, co się orientuję, Walijczyk Nathan Cleverly zrobił licencjat z matematyki. O reszcie nie słyszałem, a myślę sobie, że gdyby ktoś miał doktorat, byłoby o tym dość głośno i pewnie informacja by do mnie dotarła. Profesor matematyki Tomasz Cieślak z Polskiej Akademii Nauk powiedział mi, że słynny amerykański astronom Edwin Hubble także rekreacyjnie trenował boks.
Mistrzem Polski seniorów w boksie zostałeś w 2023 roku (kat. 80 kg, w barwach klubu Sako Gdańsk).
- Tak, to prawda. Pamiętam, że wtedy moja uczelnia, czyli Uniwersytet Gdański, zrobiła ze mną wywiad, który później był udostępniony na stronie uczelni. Boks generalnie trenuję bardzo długo, licząc na szybko 21 lat. Praktycznie co mistrzostwa, to wracałem z medalem. Mam ich wiele w każdym kolorze, ale najcenniejszy jest rzeczywiście ten sprzed trzech lat.
W dalszym ciągu spotykasz się z sytuacjami, że ludzie dowiedziawszy się, jak mocno poszedłeś w edukację, a jesteś pięściarzem, są w szoku?
- Widzę taką konsternację, ale jest to dobrze odbierane zarówno przez środowisko akademickie, jak również sportowe. Nigdy nie usłyszałem złego słowa. I to jest też mój znak rozpoznawczy. A jeśli nawet ktoś mi nie wierzy, to prędko może zweryfikować, że mówię prawdę.
Twoja historia jak na dłoni pokazuje, że jeśli niektórzy boks postrzegają skrajnie negatywnie, to twój przykład dowodzi, że jego właściwe uprawianie nie niszczy szarych komórek.
- Rzeczywiście ludzie jeszcze wciąż myślą trochę stereotypowo o boksie. Jednak chciałbym podkreślić, że ta aktywność stała się w ostatnich latach bardzo popularna. Na sali bokserskiej spotykam cały przekrój społeczeństwa, to znaczy aktorów, prawników, a nawet lekarzy. Ten sport jest naprawdę popularny również wśród ludzi wykształconych. Jeżeli ktoś nie dochodzi do momentu, by inkasować ciosy na głowę, to jest to naprawdę znakomita forma aktywności, bo treningi boksu są zajęciami ogólnorozwojowymi i dynamicznymi. Czasami sale wręcz pękają w szwach. Ubolewać można tylko nad tym, że jest trochę mniej popularny wśród młodzieży i byłoby świetnie, gdyby to się zmieniło. Jeździłem i trenowałem po świecie, byłem choćby w Kazachstanie czy Uzbekistanie. I szczególnie w tym drugim kraju widziałem pełno młodzieży na salach. Miejmy nadzieję, że to się zmieni, bo walory trenowania tego sportu u nas znacznie bardziej rozpoznały osoby dorosłe.
Ostatnie walki stoczyłeś m.in. w Sarajewie?
- Tak, było to przy okazji memoriałowego turnieju. Stoczyłem dwie wygrane, a przed trzecią niestety oddałem walkowera, bo nabawiłem się rozcięcia czoła. Lekarz nie dopuścił mnie do tego pojedynku. Ponadto blisko było do mistrzostw Polski, to nie chciałem ryzykować, tylko wolałem zaleczyć kontuzję.
I w grudniu stałeś się aktualnym wicemistrzem Polski seniorów. W finale przegrałeś z Nikodemem Kozakiem, kolegą klubowym. Wynik był bliski, bo 3:2 dla przeciwnika.
- Wszystko się zgadza.
Gdzie w tej chwili pracujesz? Znalazłeś pracę poza uczelnią?
- Obecnie pracuję w aktuariacie, ale rozważam też by wrócić na uczelnię. Zdaję egzaminy aktuarialne, do końca zostały mi tylko dwa. Gdy sobie z nimi poradzę, a zdałem już siedem, wówczas będę prawdopodobnie pierwszym w historii aktuariuszem-pięściarzem.
Czyli fachowcem zajmującym się matematyką ubezpieczeniową i analizą ryzyka, prawda?
- To prawda. Państwowy egzamin aktuarialny odbywa się od 30 lat i do tej pory, co jest stanem na 11 lutego tego roku, mamy tylko 462 aktuariuszy. Zatem to też będzie ciekawa historia dla mnie i, ujmijmy to tak, światowego boksu.
Jeśli wszystko pójdzie planowo, kiedy formalnie się dopełni?
- Następne egzaminy są pod koniec maja, ale ciężko tak skrupulatnie planować, bo są one jednak bardzo trudne. Nie wiem, jak mi pójdzie. Ale jestem optymistą, więc mam nadzieję, że jeszcze w tym roku je dokończę.
I tutaj jaką masz perspektywę, zdobywając kolejne tak gruntowne wykształcenie?
- Jeśli przejdę cały proces, zostanę pełnoprawnym aktuariuszem. Czyli mogę pracować choćby w firmie ubezpieczeniowej, szacować ryzyko i wykonywać bardzo ciekawe, matematyczne zadania.
To też piękna sprawa, wszak mówimy o niewielkiej, elitarnej grupie specjalistów.
- Tak naprawdę niewiele osób w ogóle wie o takim zawodzie, a praca może być wielką przygodą. Egzaminy są jednak, jak już napomknąłem, naprawdę trudną przeprawą. Jak wspomniałem, chciałbym również wrócić na uczelnię, odezwała się do mnie też Polsko-Japońska Akademia Technik Komputerowych, na której prowadziłem zajęcia. I mocno mnie to kusi, bo brakuje mi matematyki w takim ujęciu.
Wspomniałeś, że z Sarajewa wróciłeś z rozcięciem czoła. Co na to współpracownicy w aktuariacie?
- W biurze pracuje dużo kobiet, więc żartowano że pewnie trochę podpadłem paniom, w efekcie czego zrobiły ze mną porządek.
Komfort, jeśli chodzi o przebieranie w ofertach pracy, masz ogromny?
- Teraz bardzo się cieszę, że mimo wyzwania, potrafiłem łączyć naukę z boksem, co momentami było bardzo trudne. Jednak, jako że obie dziedziny były moimi pasjami, z żadnej nie chciałem zrezygnować. I nie ukrywam, że obecna sytuacja dla matematyków jest naprawdę dobra. Sporo się dzieje wokół sztucznej inteligencji i choćby uczenia maszynowego, a w tym jest bardzo dużo matematyki. Jednak nie tylko tutaj, także w innych profesjach. Jestem bardzo zadowolony z tego wyboru i - wracając do trenera Rauby - wdzięczny mu za sugerowanie, bym poszedł w tym kierunku.
Obecnie pracuję w aktuariacie, ale rozważam też by wrócić na uczelnię. Zdaję egzaminy aktuarialne, do końca zostały mi tylko dwa. Gdy sobie z nimi poradzę, a zdałem już siedem, wówczas będę prawdopodobnie pierwszym w historii aktuariuszem-pięściarzem.
Jak mocno zacieśnione są twoje relacje z trenerem?
- Moja przygoda z boksem zaczęła się u trenera Raubo. Gdy mieszkałem w Warszawie, przez pięć lat trenowałem u niego boks. Od lat moim szkoleniowcem w Gdańsku jest trener Marek Chrobak, jednak cały czas odwiedzam byłego opiekuna. Często do niego wpadam również na salę. Nawet ostatnio, gdy byłem w stolicy na egzaminach aktuarialnych, między nimi pojechałem do trenera na tarczę, czyli na technikę. Trener Raubo jest specyficzny, ale to bardzo dobry fachowiec, z wieloma sukcesami na koncie. Nic tylko uczyć się od niego, bo poza wiedzą sportową przekazuje także tą życiową.
Jako 33-latek dajesz sobie jeszcze dłuższą perspektywę w sporcie, czy będzie następowało powolne zawijanie do portu?
- Na zdrowie nie narzekam. Teraz jestem trochę na rozdrożu, ale cały czas ciągnie mnie, by kontynuować boksowanie.
W tegorocznych mistrzostwach Polski, z pozycji wicemistrza kraju, weźmiesz udział?
- Jeszcze jest trochę czasu, ale rozważam taką sytuację, by dalej łączyć boks, matematykę i pracę zawodową. Chciałbym też podkreślić, że choć sam mam w związku z tym dużo obowiązków, to zawsze otrzymywałem ogromną pomoc od ludzi, którzy są wokół mnie, czyli moich rodziców, brata, trenerów. Boks jest sportem indywidualnym, ale za sukcesem jednostki stoi szereg osób. Dzięki tym wszystkim osobom doszedłem do miejsca, w którym teraz jestem.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













