Polski bokser mistrzem świata? Walka 8000 km od Warszawy. Wieści z Bangkoku
Polski boks zawodowy ma obecnie dwóch mistrzów świata Michała Cieślaka i Krzysztofa "Diablo" Włodarczyka, w których posiadaniu są prestiżowe pasy federacji WBC w wersji tymczasowej. Wielkie perspektywy dotyczą zwłaszcza pierwszego z nich, 36-letniego pięściarza z Radomia, który wraz z szefami grupy KnockOut Promotions udał się do Tajlandii, na trwający kongres rzeczonej organizacji. W grze jest wielka walka czołowego zawodnika świata kategorii junior ciężkiej, a do rozstrzygnięć pozostały godziny.

- To już mój trzeci pobyt na konwencji WBC, tym razem wypadło na Bangkok. Znów jest okazja spotkać wielu znakomitych sportowców i przebywać w takim gronie. To daje dodatkową motywację do ciężkiej pracy na przyszły rok - tymi słowami z Interią prosto z Azji przywitał się Michał Cieślak, dwukrotny pretendent do pełnoprawnego tytułu mistrza świata, który od 28 czerwca dzierży tytuł czempiona globu w wersji tymczasowej. Polak na ringu w Kanadzie przetrącił słynnego Jeana Pascala, kończąc walkę przez techniczny nokaut już w czwartej rundzie.
Michał Cieślak: Interesuje nas walka o tytuł, celujemy w "jedynkę"
Radomianin nie ukrywa, że do Tajlandii poleciał głównie po to, aby do ojczyzny wrócić z mikołajkowym prezentem, czyli gwarancją trzeciej w karierze walki o mistrzowski tytuł dywizji cruiser. - Obecność na miejscu zawsze premiuje, a posiadanie pasów w wersji tymczasowej sprawia, że zaczynamy rozmowy z zupełnie innej pozycji niż było to rok i dwa lata temu. Walczymy o walkę o pełnoprawny pas - rozstrzygnął jakiekolwiek wątpliwości Cieślak.
Obecnym czempionem WBC w tym limicie jest Badou Jack, który już 13 grudnia w rewanżu ponownie skrzyżuje rękawice z Ormianinem Norairem Mikaeljanem. Teoretycznie może się także okazać, że Polak najpierw zostanie zobligowany do starcia z Ryanem Rozickim, numerem dwa w rankingu, co nie byłoby optymalnym scenariuszem, ale...
- Nas interesuje walka o tytuł, ale co nakaże federacja, czy będzie potrzebny jeszcze jeden eliminator, wyjdzie lada moment. My celujemy w jedynkę, to mnie interesuje. Jednak jestem gotowy na wszystko, na pewno żadnej walki nie odmówię. Zobaczymy, co przyniosą najbliższe godziny. Istotne rozmowy odbędą się już jutro - zaciera ręce Cieślak, który szykował się do uroczystej kolacji (rozpoczęła się o godz. 19 czasu lokalnego).
W poniedziałek odbyły się już tak zwane rozmowy rankingowe, ale te nie mają związku z Cieślakiem. Naszego czempiona będą dotyczyć wtorkowe pertraktacje, czyli panel tzw. mandatories, na którym zapadną mocno wiążące decyzje. W Tajlandii od soboty do najbliższej środy są także szefowie grupy, właściciel Andrzej Wasilewski oraz wiceprezes Jacek Szelągowski. Interia skontaktowała się z pierwszym z nich, aby z pierwszej ręki otrzymać porcję ważnych informacji.
Chcemy udowodnić i przekonać cały komitet, że Michał Cieślak jest zawodnikiem, który do tej pory w swojej karierze przyjmował każde wyzwanie, nawet takie, jak sławny wyjazd do Kinszasy. Ponadto nie ze swojej winy zmarnował wiele miesięcy, ponieważ miało dojść do przetargu z Peraltą z Argentyny, a to zakończyło się fiaskiem. Używając wszystkich możliwych argumentów chcemy przekonać, iż zasługuje na szansę, by otrzymać walkę o pełnoprawny tytuł. Dlatego chcemy, by został wyznaczony jako obowiązkowy challenger do walki ze zwycięzcą pojedynku Jack vs Mikaeljan.
Wasilewski o położeniu Cieślaka. Co dalej z "Diablo"?
Promotor jest optymistą, a w mniej optymalnym scenariuszu chciałby walki z kimś innym niż Peralta, która byłaby ostatecznym eliminatorem. - Michał nie może dłużej czekać, przecież tyle czasu już upłynęło. Jego pech oraz Mateusza Masternaka polega na tym, że ta kategoria została przyblokowana. Wielkie pieniądze z Arabii miały doprowadzić do wielkiej unifikacji, ale do tej pory to się nie udało - dodał Wasilewski, rzeczywiście nie odrzucając, że w drugim scenariuszu istotnym kandydatem byłby Rozicki. - Natomiast argumentem za tym, żeby nie dostał tej walki jest to, że miał dwa pojedynki o tytuł, w niedługim czasie oba z Peraltą. Tak że, szukając przyzwoitości w tym sporcie, czas na innych - zaznacza promotor.
Zupełnie inna historia może zapisać się w przypadku Krzysztofa Włodarczyka, byłego dwukrotnego mistrza świata właśnie dywizji junior ciężkiej, który na finiszu kariery zaczął wojować w wadze bridger. 44-letni "Diablo", mimo posiadanego pasa interim, stawia już ostatnie kroki w tym sporcie.
A słuchając Andrzeja Wasilewskiego ma się wrażenie, że wyprawa weterana wcale nie musi służyć szansy zakontraktowania ostatniego wyzwania, tylko bardziej przebywania w gronie ludzi, którzy od lat szanują dokonania "Diablo".
- Z Krzysztofem sytuacja jest z jednej strony właśnie bardzo miła, bo jest ciepło traktowany i witalny, a z drugiej strony także trudna. Dzierży tymczasowy tytuł, ale już ma swoje lata. Pytanie, co dalej. Ja już nie pierwszy raz lekko go zagaduję na zasadzie: "Krzysiu, może to jest wspaniały pomysł, żeby w tym momencie zakończyć karierę". Bo moim zdaniem tak byłoby najlepiej - szczerze przyznał Wasilewski.
Nie da się ukryć - biorąc pod uwagę wiek "Diablo", a także jego "przebieg" w ringu, liczbę kontuzji i problemy ze zdrowiem, że nie ma już do położenia na szali tyle zdrowia, aby poniesiony koszt walki o pełnoprawny tytuł, a nawet samo ryzyko, wszystko rekompensowało.
- Ja bym powiedział inaczej. Tak naprawdę jeszcze nie wiemy, gdzie jest Krzysztof po ostatniej operacji serca. Z drugiej strony tacy pięściarze, jak Krzysztof, z mocnym ciosem, zawsze mają szansę w każdej walce. Nie wierzę też, by Krzysiowi w wadze bridger, czy cruiser, ktoś byłby w stanie zrobić większą krzywdę, natomiast po prostu byłoby bardzo godnie odejść, będąc na szczycie. A ja uważam, że sport w starym wydaniu powinien tak wyglądać, że wiekowi zawodnicy zostając mistrzami powinni wiedzieć, kiedy odejść. Jednak w boksie jest to bardzo trudne - przyznaje Wasilewski.
I nie wyklucza takiego scenariusza, że "Diablo" może wrócić z konwencji WBC już jako były mistrz i teraz tymczasowy, ale już o statusie "emeritus". - Myślę, że jest to możliwe, tylko prezydent Sulaiman musiałby do tego przekonać Krzysiu. On sam jedną nogą zdaje sobie sprawę, że już naprawdę zrobił wszystko, co trzeba w boksie, a z drugiej strony postawić kropkę nad "i" jest mu bardzo ciężko, jak zresztą każdemu - ocenia szef grupy KnockOut Promotions.
Artur Gac













