Polska gwiazda mistrzynią świata. Wynagrodzenie: zero złotych. Dlaczego?
- Razem z moim menadżerem i sztabem zorganizowaliśmy partnerów, sponsorów i pieniądze na pokrycie kosztów tej walki i mojej rywalki oraz wszystkich kosztów związanych z federacją. Więc jak mówię, nie zarabiamy na tej walce i nie otrzymuję wynagrodzenia za ten pojedynek - mówi w rozmowie z Interią Laura Grzyb, świeżo upieczona mistrzyni świata federacji IBO w kategorii superkoguciej. Polska pięściarka odsłania kulisy walki z Simamkele Tuntsheni w Jastrzębiu-Zdroju.

Artur Gac, Interia: Raz jeszcze serdeczne gratulacje, natomiast od razu nawiąże do twojej wiadomości z rana, gdy dałaś znać, że macie z trenerem odprawę. Już nazajutrz były pierwsze analizy?
Laura Grzyb (12-0, 3 KO): - Trzeba było omówić po walce, co było dobre, co złe i czego nie słuchałam (śmiech). Zawsze tak robimy po walce. Wczoraj nie rozmawialiśmy zaraz w szatni, bo miałam testy antydopingowe. Do tego doszła drobna kontuzja, więc musiałam udać się do szpitala na prześwietlenie. Dlatego rano spotkaliśmy się z trenerem na śniadaniu i mieliśmy odprawę.
To, w jaki sposób zdominowałaś reprezentantkę RPA Simamkele Tuntsheni w ringu, jak miałaś nad pojedynkiem w zasadzie pełną kontrolę, to wszystko widzieliśmy. Bardziej mnie zainteresowało, co złego wyszło na odprawie, czyli jakie błędy popełniłaś na dystansie 10 rund i czego jeszcze zabrakło?
- Generalnie całą taktykę, nasze założenia, wszystko zrealizowałam i trzymałam się planu od początku do końca. Bo zakładaliśmy, że przeciwniczka będzie biła mocno i potrafi bić tylko w bliskim dystansie, więc miałam tego bliskiego dystansu unikać. Miałam cały czas, po swoich akcjach, od razu się oddalać, by unikać bliskiej konfrontacji i tak też robiłam. Pracowałam na nogach, więc te założenia właściwie zrealizowałam. Brakło kropki nad "i", czyli skończenia przed czasem. Podejmowałam próby, ale widziałam, że będzie ciężko, bo jest twarda. Przyjęła naprawdę bardzo dużo czystych ciosów w szóstej i siódmej rundzie, ale było widać, że dalej twardo stoi i jest w grze. Więc po prostu nie chcieliśmy ryzykować i próbować na siłę kończyć, żeby nie przyjąć jakiegoś niepotrzebnego ciosu. Całościowo trener jest zadowolony, ja też jestem raczej zadowolona, bo trzymałam się planu i to jest najważniejsze.
Powiedz o kontuzji. Co to za uraz i co wykazało prześwietlenie?
- Prawą ręką trafiłam bardzo dużo mocnych ciosów w jej głowę. A czaszka jest twarda, więc jeśli dobrze nie domknie się dłoni, to często pojawiają się kontuzje. Już gdy wyciągnęliśmy rękę z tejpów, okazało się, że dłoń jest bardzo spuchnięta. Sama czułam pod koniec walki, że coraz gorzej nią uderzam, bo pojawia się ból. Mam duży wylew i ręka jest spuchnięta. Dlatego zrobiliśmy zdjęcie dłoni i na szczęście nie jest złamana, a jest to po prostu delikatny uraz, jakieś stłuczenie. Natomiast na pewno kość nie jest złamana, ale jeszcze za tydzień lub dwa potwierdzimy diagnozę.
Zdobyłaś w tej walce pas mistrzowski federacji IBO. Czy wraz z jego wywalczeniem jesteś dokładnie w tym miejscu, w którym chciałaś się znaleźć i to ukoronowanie kariery? A może to wciąż jeden z etapów do celu, do którego chciałabyś ciągle jeszcze w boksie dotrzeć?
- Najpiękniejszy scenariusz byłby taki, że stoję z pięcioma pasami każdej federacji. Natomiast czuję spełnienie, bo doprowadziłam do tej walki i tytuł mistrzyni świata to zawsze tytuł mistrzyni świata. Nieważne jakiej federacji, mistrzowski pas posiadłam. Moje marzenie się spełniło i jestem teraz spełnionym sportowcem. Oczywiście jeśli tylko nadarzy się okazja walczyć o kolejne pasy, jak najbardziej podejmuję rękawice. Wiadomo, że chciałabym mieć na półce wszystkie te pasy. Teraz jestem spokojniejsza i wiem, że w momencie, w którym postanowię, że to już jest koniec i nie chcę walczyć, bo swoje lata mam, po prostu z czystym sercem oraz sumieniem to zrobię. To już nie będzie bolało.
Tylko jak to wszystko sobie teraz wyobrażasz? Wyśniony i wymarzony scenariusz to de facto pogoń za kolejnymi pasami. Natomiast poszłaś w kierunku MMA i federacji KSW, jako że zmiana formuły daje ci większe możliwości, pewnie też pozwala lepiej funkcjonować i tak dalej. Więc gdybyś miała iść po pełną pulę w boksie, to za bardzo nie ma przestrzeni na to, żeby równolegle uprawiać MMA.
- To jest trudna sytuacja, bo taka walka może nadejść, a może nie nadejść. Ten rynek jest teraz trudny, jest bardzo oblegany na Wyspach Brytyjskich i w Stanach. Jeszcze żadnej Polce nie udało się walczyć na tych dużych galach dla Eddiego Hearna czy Jake'a Paula, więc to na pewno jest trudne do zrobienia. Dlatego muszę wrócić do pracy i zarabiać pieniądze, więc to nieuniknione, że muszę kontynuować walki w MMA. Jednak to, co sobie zbudowałam w boksie przez lata, to mam. Wczoraj sobie udowodniłam, że tego nie zapomniałam i boks nadal we mnie tkwi. Więc na pewno, gdyby była opcja zawalczyć i zunifikować pasy, wrócę do specjalistycznego treningu i będę szlifować boks.
Czyli tak: zarabianie i godną egzystencję daje ci MMA, w tym momencie KSW, więc tam wracasz, ale każda dobra propozycja z boksu spowoduje, że znowu zrobisz ten wyłom i zorganizujesz przygotowania pod walkę bokserską?
- Tak, dokładnie. Obozy MMA też mnie wzmacniają fizycznie, mentalnie, nabieram większej pewności siebie. Ale też, tak jak wspomniałam o finansach, dają mi zaplecze, które później mi pozwala zorganizować odpowiedni obóz przygotowawczy w boksie.
Widziałem, że w nocy opublikowałaś króciutki post w mediach społecznościowych, który skierowałaś do hejterów. Powiedz, przede wszystkim do kogo adresujesz te słowa i jaka jest twoja intencja?
- Zawsze, po każdej walce, znajdą się osoby, które się czegoś dopatrują i wypisują niepochlebne komentarze, mają coś do powiedzenia i zawsze chcą być mądrzejsi. Tak też było, kiedy debiutowałam w MMA, bo wielu liczyło na to, że na pewno sobie nie dam rady, zaraz wyląduję w parterze i będzie po mnie. Słowem, że przegram. Więc tak też skomentowałam swój premierowy występ dla organizacji KSW. I tak w tym wypadku też było, że wszyscy komentowali tę federację, że już tyle dni nie walczyłam, czy sobie dam radę oraz co to za przeciwniczka. Zawsze ktoś ma coś do powiedzenia, a niestety ludzie nie znają realiów od środka. Czyli jak to wygląda i na czym opiera się ten biznes, jak ciężko jest zorganizować taką walkę, a także w ogóle jak ciężko jest dojść do takiego miejsca i tej pozycji. Więc generalnie to jest odpowiedź do wszystkich znawców.
Jedna rzecz to hejt, a druga merytoryczne i fachowe wypowiedzi. Zakładam, iż pewnie sama się zgodzisz, że w idealnym świecie o pasy mistrzowskie nawet tych mniej prestiżowych federacji zawsze powinni walczyć zawodnicy absolutne z czołówki. Więc wiadomo, że jeśli rywalka zajmuje 17. miejsce w rankingu IBO, to nie jest świat idealny, ale w tym biznesie takiej rzeczywistości prawie w ogóle nie mamy.
- Nie mamy. I to też pokazywała sytuacja, gdy byłam w federacji WBC trzecia w rankingu. Dwie dziewczyny, które były przede mną, już walczyły z mistrzynią i przegrały, więc ja miałam być następna w kolejce. Tymczasem nie zawalczyłam o ten pas, a nawet nie dostałam takiej propozycji, z kolei dostawały ją dziewczyny z miejsc: 10, 12, 14. To jest bardzo złożony biznes, bardzo złożona polityka, to wszystko kieruje się tam innymi zasadami. Specyficzny świat i specyficzne środowisko. Gdy walczyłam o pas IBO International półtora roku temu, to też wszyscy komentowali, po co jest ta walka. Natomiast ona dała mi szansę zawalczyć o główny pas. Mam nadzieję, że teraz ten główny pas IBO być może da mi szansę zawalczyć o kolejne tytuły. Na tym to polega i niestety tak jest skonstruowany ten sport, że trzeba budować karierę małymi kroczkami. Ja właśnie te małe kroczki robię.
Gdybyś miała wskazać personalnie osobę, która w ostatnim czasie jest największym architektem doprowadzenia do walki o pas IBO, to byłby kto?
Oczywiście to są dwie osoby. Przede wszystkim to ogromna zasługa mojego menadżera Michała Pernacha, bo zorganizowaliśmy tę walkę, można powiedzieć, swoimi własnymi siłami, własnymi rękami i nie zarobimy na tej walce ani ja, ani mój menadżer. Ale ją zorganizowaliśmy i to było dla nas najważniejsze, wspólnie spełniliśmy moje marzenie. Za nami wiele nieprzespanych nocy, wiele dni ciężkiej pracy, wiele włożonego wysiłku i poświęceń.
- A drugą osobą na pewno jest Jacek Szelągowski z KnockOut Promotions. Ja jestem zawodniczką bez kontraktu w tej grupie i właściwie nie musiał tego robić, ale chciał to dla mnie zrobić, zrobił to, po prostu otworzył serce i wyciągnął do mnie pomocną rękę. Był w stałym kontakcie z federacją, wszystko zorganizował, pokonywał wszystkie problemy i tak naprawdę niczym się nie musiałam przejmować. Dzięki tym dwóm panom dzisiaj siedzę w domu z pasem.
Powiedziałaś, że na tej walce ani ty, ani menedżer nie zarobicie. Dobrze rozumiem, że miałaś gażę za tę walkę, ale masz na myśli to, że po zsumowaniu poniesionych kosztów wychodzisz na zero?
- Mogę powiedzieć to wprost. Nie jestem zawodniczką grupy KnockOut Promotions, nie mam żadnego kontraktu z grupą, dlatego też nie dostaję wynagrodzenia za walkę. I to jest dla mnie okay, ja się w pełni z tym zgadzam i podpisuję pod tym, bo nie jestem ich zawodniczką. Podjęliśmy współpracę z grupą KnockOut Promotions zorganizowania gali w moim rodzinnym mieście z walką o pas IBO. W związku z tym razem z moim menadżerem oraz sztabem zorganizowaliśmy partnerów, sponsorów i pieniądze na pokrycie kosztów tej walki i mojej rywalki, a także wszystkich kosztów związanych z federacją. Więc jak mówię, nie zarabiamy na tej walce i nie otrzymuję wynagrodzenia za ten pojedynek. Powtórzę, oczywiście nie mam żadnych pretensji, ja to akceptuję. Zależało mi na zorganizowaniu walki, zorganizowaniu gali i spełnieniu swojego marzenia. To był nasz cel.
Z KnockOutu gaży nie dostaniesz. Ale jeśli wzięłabyś pod uwagę wszystkie pieniądze, które będą pochodzić od sponsorów i twoich partnerów, wówczas pozwolą ci na tej walce zarobić? Słowem wyjdziesz na plus, na zero, czy na minus?
- One pozwalają na opłacenie tej walki i wychodzę na zero, bo też sporo pieniędzy wyłożyliśmy na przygotowania. Mówiąc wprost: jestem na zero w tej walce.
To też jest paradoks. Czyli z jednej strony spełnienie marzenia w postaci zdobycia pasa mistrzowskiego, a z drugiej gratyfikacja finansowa jest równa zero.
- Dokładnie.
Czy do ciebie lub kogoś z twojego teamu z propozycją za oceanem odezwał się Jake Paul?
- Nic mi na ten temat nie wiadomo. W pierwszej kolejności na pewno będą kontaktować się z grupą KnockOut, być może z Andrzejem Wasilewskim, może z Jackiem Szelągowskim. Były jakieś zapytania z różnych grup, też z Wielkiej Brytanii, natomiast nie od tych promotorów, którymi ja byłabym zainteresowana i nie od tych promotorów, których gale nas interesują.
Gdyby kolejna walka w boksie miała pójść według twojego wymarzonego scenariusza, to przede wszystkim chciałabyś obronić zdobyty pas, czy bardziej chciałabyś - abstrahując od stawki pojedynku - by poszła za nim konkretna wypłata? Abyś odczuła też finansowa, że tytuł mistrzyni świata ma jakąś zapłatę.
- Powiem szczerze, że w tej chwili interesują mnie tylko dwie zawodniczki, czyli Ellie Scotney oraz Skye Nicolson. To dwie pięściarki, które mam na radarze. Obie mogą mi przynieść: raz pieniądze, dwa tytuł i trzy popularność oraz sławę. Bardzo głęboko wierzę, że stać mnie na nawiązanie walki z tymi zawodniczkami i zwycięstwo. Ja naprawdę mam umiejętności i zbudowany na ten moment taki mental, że jestem w stanie wyjechać za granicę i rywalizować. Muszę celować wysoko, bo walki stoczone w Polsce pokazują mi, że jestem już troszkę wyżej.
Wczorajsza walka pokazała ci, że boks to wciąż twoja miłość, a MMA to miłość z rozsądku?
Tak, zdecydowanie. Ja kocham boks i nigdy nie chciałam boksu porzucać. Zmusiły mnie różne czynniki i warunki, ale tak jak widać, są walki, których się nie odmawia, nawet jeśli nie zarabiam na nich pieniędzy. Bo to tak naprawdę nie o pieniądze chodzi w tym wszystkim. Dobrze jest zarobić, ale jednak boks to dla mnie coś więcej.
Rozmawiał: Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl













