Polak walczył o pas. Ratował go tylko nokaut, jeszcze te sceny na koniec
Nikodem Jeżewski w sobotni wieczór mógł napisać kolejny piękny rozdział w historii polskiego boksu. Doświadczony pięściarz jeszcze kilka miesięcy temu myślał nad zakończeniem kariery. Dziś jednak stanął przed szansą na zdobycie pasa WBC International w kategorii bridger, który mógł katapultować go do walki o pełnoprawne mistrzostwo świata. Pojedynek z Marko Caliciem okazał się spektaklem jednego aktora. Kibice do końca wierzyli w sportowy cud w postaci nokautu. Nasz rodak ruszył do przodu, niestety aż za bardzo.

Gala MIRRA Rocky Boxing Night cieszyła się sporą popularnością ze względu na postać Karola Nawrockiego. Co prawda prezydenta naszego kraju ostatecznie zabrakło na trybunach, lecz od kilku dni krążyły plotki o jego możliwej obecności. Powodem była konfrontacja Kacpra Meyny. Obaj panowie doskonale się znają. To właśnie sam pięściarz zapowiedział absolutny hit w postaci wizyty głowy państwa. "Oczywiście biorę pod uwagę, że w ostatniej chwili zawsze może mu coś wyskoczyć, bo teraz jego rola jest już zupełnie inna, ale nastawiam się na jego wsparcie" - przyznał Arturowi Gacowi.
Brak Karola Nawrockiego wśród widzów nie zdemotywował doświadczonego fightera. Pokonał on Macieja Smokowskiego w ekspresowym tempie. Organizatorzy na main event wybrali jednak inny pojedynek. Zmierzyli się w nim Nikodem Jeżewski oraz Marko Calić. Stawka? Całkiem zacna, bo pas WBC International w wadze bridger. Zwycięzca mógłby znacznie przybliżyć się do późniejszego starcia o pełnoprawne trofeum mistrzowskie. "To największy pas, jaki nasza grupa przywiozła do tej pory na ring" - cieszył się Krystian Każyszka, promotor Polaka, w rozmowie z Polsatem Sport.
Dla obu panów była to w zasadzie ostatnia szansa na poważniejsze zaistnienie w boksie. Ciekawie potoczyły się zwłaszcza losy naszego rodaka. "To nie jest łatwy dzień dla mnie i jeszcze trudniejsza decyzja" - pisał w październiku rozważając porzucenie ukochanej dyscypliny. Nagle pojawiła się jednak propozycja nie do odrzucenia. "Nie skupiam się nad stylem. Jeśli pokażę wszystkie elementy, nad którymi pracowaliśmy, to powinno być dobrze" - mówił już zmotywowany przed pierwszym gongiem w Sopocie.
Niewykorzystana szansa Jeżewskiego. Chorwat pewnie triumfuje w Sopocie
Od samego początku w ringu lepiej spisywał się przybysz z Bałkanów. Chorwat czuł się dużo pewniej i co jakiś czas bombardował Polaka silnymi ciosami. Miejscowego fightera stać było tylko na mało przekonujące kontry. "Przegrywałeś te poprzednie rundy, musisz teraz wszystko odrabiać" - w końcu nie wytrzymał trener Nikodema Jeżewskiego przed szóstą częścią starcia. 34-latek musiał więc czym prędzej ruszyć do przodu. Problem jednak w tym, że Chorwat nie dawał mu dojść do głosu, imponując pracą nóg oraz tułowia. "My tak tej walki nie wygramy" - denerwował się coraz bardziej Rafał Kałużny.
Polak pod koniec potrzebował sportowego cudu, by zgarnąć zwycięstwo. Sensacyjny nokaut nie nadszedł, wobec czego po pewny triumf sięgnął jego oponent. Wymowne były ostatnie sekundy, gdy 34-latek poślizgnął się tuż przed usłyszeniem gongu. Sędziowie jednogłośnie wskazali na Chorwata.













