Artur Gac, Interia: Ogląd wydarzeń usilnie mi podpowiada, że Mateusz Masternak mógł po cichu zakończyć pięściarską karierę. Czy dobrze wywnioskowałem?
Mateusz Masternak (50-7, 33 KO): - Tak myślałem, że takie pytania będziesz mi zadawał. (chwila ciszy) Oficjalnie nie zakończyłem. Nie mogę powiedzieć jednoznacznie, że zakończyłem.
Z czego to wynika? Chodzi o zobowiązania kontraktowe?
- Nie chodzi o zobowiązania kontraktowe. Mam jeszcze ważny kontrakt, ale jeśli zawodnik mówi, że kończy karierę, to nikt nie może go zmusić. Może kiedyś były takie sytuacje z Lennoksem Lewisem, ale tam bardziej chodziło o to, że ktoś wziął pieniądze, a chciał skończyć karierę. Ja takiej sytuacji nie mam.
Więc powiedz, o co tu chodzi?
- Artur, już ci mówię. Mam 39 lat. Ostatnia walka pokazała, że ktoś, kto jest ode mnie 10-11 lat młodszy, przejął całkowicie mój atut. Atut, który zawsze był po mojej stronie, czyli w przewadze szybkości, w wyprzedzaniu zawodnika i rozbijaniu lewą ręką, pracy nóg, przewidywaniu. Walka z Viddalem Rileyem już mi odpowiedziała, że boks na najwyższym poziomie dla mnie się skończył. Owszem, dalej stać mnie na to, żeby z pewnymi zawodnikami... Akurat mój ostatni rywal był wyjątkowo szybki, więc to było dla mnie dodatkowe utrudnienie, ale dalej stać mnie na to, żeby pobić się z zawodnikami. Uważam, że gdyby moim ostatnim przeciwnikiem znów był Billam-Smith, to taka walka by zupełnie inaczej wyglądała. Dlatego że Billam-Smith to jest zawodnik fizyczny, a Riley techniczny i bardzo szybki, co z pewnością utrudniło mi życie. Mógłbym jeszcze powalczyć, ale z drugiej strony mam bardzo dużo szacunku do własnego zdrowia. Teraz analizuję sobie całą swoją karierę, ile człowiek odbył w życiu sesji sparingowych, tarcz, biegów, samych walk i tak dalej, więc uważam, że boks jest sportem dla młodych.
Czyli rozsądek bierze górę.
- Nie chciałbym, żeby boks odcisnął na mnie jakieś piętno. Mam wspaniałą rodzinę, trójkę dzieci, żonę, więc ja mam dla kogo żyć. A teraz w polskim boksie zawodowym nie zarabia się takich pieniędzy, że jedna walka może cię ustawić na całe życie. Chyba już więcej zarabiał nie będę. Trudno będzie mi teraz dostawać jakieś "złote strzały", czyli nie wiadomo jakie pieniądze, tym bardziej w mojej kategorii.
Mateusz, słucham cię bardzo uważnie i spróbuję skonkludować to, co wyczułem intuicyjnie. Czyli mówisz tak: "sport na najwyższym poziomie dla mnie się skończył". Natomiast dzisiaj ważysz decyzję pod tytułem czy właśnie z uwagi na zdrowie, szacunek do siebie, swojego organizmu i świadomość, że wielkie pieniądze się skończyły, dalej w tym trwać na niższym poziomie, żeby nie popełnić błędu, który byłby nieodwracalny?
- Dokładnie tak. Uważam, że teraz mam co w życiu robić. Nie jest tak, jak mawia Tomek Adamek, że wstaje rano i on już ma fajrant. Ale z drugiej strony czy tak fajnie jest wstać rano i już mieć fajrant? W życiu trzeba coś robić i trzeba czuć się potrzebnym. Niedawno, z dniem 20 lipca, rozkazem personalnym zostałem przeniesiony do Akademii Wojsk Lądowych. Jestem nauczycielem akademickim w Zakładzie Wychowania Fizycznego i Sportu. Wydaje mi się, że to jest fajna praca, de facto będę trenował podchorążych, żołnierzy i studentów. Zatem jest to coś, co robiłem całe życie. Do tego mam swoją salę, prowadzę trochę treningów, więc dam sobie radę. A teraz nie chciałbym... Tu nawet mogę posłużyć się jednym nazwiskiem: Mariusz Wach.
Już niespełna 47-latek, który wciąż wchodzi nie tylko do ringu.
- Osobiście mam do Mariusza wielki szacunek, ale mi go trochę szkoda. Nie wiem, czy obecne honoraria, które dostaje, są na tyle duże, że faktycznie warto tak robić. Jest to jednak waga ciężka i tak patrzę, kiedy będzie koniec, bo takie coś może się skończyć źle. Wszystko jest fajnie i dobrze, ale ja po zakończeniu kariery chciałbym pożyć sobie w zdrowiu i szczęściu. Nie ukrywam, że czasami moje wnętrze się odzywa, chciałbym wejść, poczuć adrenalinę i powalczyć, bo uważam, że jeszcze byłbym w stanie dać kilka dobrych walk. Nie już bardzo dobrych, ale dobrych, na przyzwoitym poziomie.
Jesteś chyba dokładnie w takim miejscu i położeniu, jak wielu innych pięściarzy. W teorii może nawet człowiek zakłada, że będzie w stanie wskazać moment swojego końca, ale w praktyce to niezwykle trudne. Jest mnóstwo przykładów pięściarzy, którzy cały czas czują tę pokusę. To może tym trudniejsze, jak w twoim przypadku, by w rekordzie jako ostatnia nie została porażka z poczuciem, że wtedy nie wszystko zagrało. Tyle że to trochę oszukiwanie samego siebie z ryzykiem wpadnięcia w spiralę, gdy na jednej walce się nie skończy. Tak jak na jednej szali mamy Mariusza Wacha, tak na drugiej jest zabezpieczony finansowo Dariusz Michalczewski.
- Darek Michalczewski zakończył karierę w wielkim stylu, z klasą. Zakończył uznając, że na mistrzowskim poziomie już nie jest w stanie rywalizować. Owszem, mógłby jeszcze dawać dobre walki, ale stwierdził: "dziękuję, to nie dla mnie".
Natomiast mówił tak samo jak ty, że były pokusy. Nawet jeszcze niedawno go nęcono.
- Tak, ale pozostał szanowanym byłym pięściarzem, bo zakończył karierę na własnych warunkach. I to jest dobre. W każdym razie nie mam czegoś takiego, że ponieważ mam w rekordzie ostatnią walkę przegraną, dlatego muszę za wszelką cenę wychodzić do ringu, by coś komuś udowadniać. Nie ma to dla mnie zasadniczego znaczenia. Dla mnie ma znaczenie coś innego.
Mianowicie co?
- 25 lat bycia w sporcie. Ani w walce, ani na sparingu nigdy nie leżałem na dechach. Nigdy nie zostałem znokautowany. Raz niestety przyklęknąłem w boksie olimpijskim i raz z Siłłahem w boksie zawodowym, ale tylko przez ułamek sekundy. Praktycznie nawet kolanem nie dotknąłem, od razu wstałem i wszystko było okej. Plus moja felerna porażka przed czasem z Drozdem. Faktycznie dostałem cios, który też mnie w jakiś sposób zamroczył, bo zasypał mnie uderzeniami. Jednak gdy sędzia przerywał pojedynek, byłem już świadomy i wiedziałem, co się stało. Też nie leżałem w tym pojedynku, więc nigdy moje plecy nie dotknęły maty ringu. I to nie ukrywam jest mój sukces, że jednak natura wyposażyła mnie w dosyć twardy podbródek, przyzwoity refleks, więc najmocniejsze ciosy potrafiłem przetrwać... Bellew trafiał czystym lewym sierpem i stałem na nogach, a David Haye dostał czysty lewy sierp i przegrał z nim przez nokaut.
Zawsze odbierałem cię jako pięściarza, który naprawdę sumiennie i rzetelnie nie tylko przygotowywał się do walk, ale także prowadził między pojedynkami. To także dało ci żywotność, dziś karierę na najwyższym poziomie kończysz porażką, ale nie rozbiciem, jak to ma miejsce u wielu pięściarzy. Dobrze to odbieram, czy ty tylko sprawiałeś takie wrażenie, a tak naprawdę miałeś swoje demony i problemy?
- Oczywiście zawsze jakieś demony są, ale takich poważnych to nie. Nie miałem nigdy problemów z żadnymi używkami, alkoholem czy z innymi substancjami. Od ponad roku jestem w stu procentach abstynentem. I jak nieraz komuś mówię, że nie piję i jestem abstynentem, to odpowiada: "czyli co? Kiedyś było dużo, a teraz jest mało?" (śmiech). Nie, nie, kiedyś było bardzo mało, a teraz nie ma w ogóle. Moja żona również, więc jesteśmy w tym razem. Myślę, że moim dużym sukcesem było też znalezienie odpowiedniej osoby. Daria w przeszłości też trenowała, więc mogła mnie w wielu kwestiach zrozumieć. Natomiast dla nas też zawsze bardzo ważna była całożyciowa dieta. Czyli teoretycznie ja nie jestem na diecie, a z drugiej strony jestem na niej cały czas. Nigdy między walkami nie nabierałem wagi. Teraz bardzo staramy się pilnować nasze dzieci w dobie słodyczy i tego wszystkiego, żeby też były szczupłe i sprawne, co nam się do tej pory udaje. Mieliśmy dobre zasady życiowe, które dobrze współpracowały z postanowieniami sportowymi. A propos dbania o siebie i higieny, myślę, że sam zapędziłem się w kozi róg.
W jakim znaczeniu?
- Za dużo trenowałem między walkami. Teraz już powiedzmy to otwarcie. Moja dyscyplina, poświęcenie i organizacja pracy nigdy nie pozwoliły mi odpoczywać. Tak sobie myślę, że może o około 5 procent byłbym lepszy, gdybym na przykład między walkami nie trenował 6 razy w tygodniu, a trenował 3 razy w tygodniu. Czyli dalej byłbym bardzo aktywny, ale przed walką organizm byłby bardziej wypoczęty. W okresie przygotowań wchodziłbym na tak zwany peak treningowy, formy i wszystkiego. Mało tego, przed walką trenowałem osiem razy w ciągu tygodnia. Najmądrzejsze to nie było.
Gdy słucham kogoś z taką świadomością, jak jednostki treningowe mogą wpłynąć na formę, żywotność i eksploatację organizmu, mam następującą refleksję. Gdy dociera do ciebie, jak monitorowany jest organizm Ołeksandra Usyka, któremu codziennie w okresie przygotowawczym pobierana jest krew, uzupełniane wszystkie parametry i następuje automatyczne reagowanie, pewnie myślisz sobie: jak wielkie były rezerwy, gdybym ja miał to wszystko?
- Powiem ci zupełnie szczerze, co myślę o swojej karierze. Może to trochę buńczucznie zabrzmi, ale uważam, że pod względem fizycznym, motorycznym, a nawet psychicznym, jestem zmarnowanym materiałem na mistrza. To jest moja refleksja. Po części przez moje błędy, ale po części też dlatego, że nigdy nie byłem rozpieszczany przez promotorów. Owszem, miałem szczęście, że przez dłuższą chwilę byłem u świetnego szkoleniowca Andrzeja Gmitruka, później w Niemczech trenowałem z Ullim Wegnerem, teraz wspomagał mnie bardzo dużo Piotrek Wilczewski. Niemniej uważam, że jeśli miałbym wokół siebie sztab ludzi, jak wspomniany przez ciebie Usyk, czy Kliczko lub kiedyś w Niemczech Darek Michalczewski, gdzie wszyscy dmuchali pod jego sukces, to z pewnością byłbym mistrzem świata i miałbym na swoim koncie wiele obron.
Nie będę tego negował, bo widziałem twój potencjał, a jednocześnie zawsze po dużych walkach czułem niedosyt.
- I tutaj chciałbym dodać jeszcze jeden aspekt. Wszyscy mówili: "temu Masterowi brakuje kropki nad "i". No wszystko dobrze, ale brakuje mu tej kropki". Ale czy kiedyś ktoś zadał sobie trud, żeby odpowiedzieć, czemu tej kropki nad "i" nie ma? Ja teraz w kilku słowach mogę powiedzieć, co znaczy ta kropka. To znaczy mieć wokół siebie super team, który gra na ciebie, a takiego do końca nigdy nie miałem. Po prostu przy moim budżecie ciężko było go stworzyć. To jest jedno. Po drugie nigdy nie brałem sterydów, o tym też się nie mówi. I od jakiegoś czasu to odczuwałem. Więc niech mi nikt nie powie, że ktoś jest grubo po 40-tce i on jest w stanie trenować tak samo, jak miał lat 25, bo naturalnie się nie da. Niech nikt mi nie mówi, że tak się da, bo prowadziłem się bardzo dobrze i widziałem spadki w wielu rzeczach, a ktoś ma 45 lat i mówi, że on praktycznie nie ma żadnego spadku. To jest gówno prawda. To znakiem tego, że jest to po prostu nienaturalne. Ktoś powie: ale Usyk wszystkie walki toczył na wyjeździe. Owszem, robił kapitalną robotę, ale za nim stała grupa K2, Kliczkowie. Każda jedna osoba w boksie będzie szanować Kliczków i grupę promotorską K2. Będą ich szanować wszystkie federacje, sędziowie, słowem wszyscy wokół. Witalij Kliczko, wielki sportowiec, jeździł na wspólne wakacje z prezesem antydopingu, więc o czym będziemy tu rozmawiać. Ja nie twierdzę, że brał, tylko mówię, że jeździł na wakacje. W boksie jest tak szerokie spektrum wszystkiego, dlatego osobiście uważam, że to, co udało mi się ogarnąć i ile na finiszu kariery wycisnąć w grupie KnockOut Promotions, jest sukcesem. A poza tym miałem też trochę pecha.
Czego przede wszystkim żałujesz?
- Podpisałem kontrakt z grupą Sauerland. Pięć walk, piąta o mistrzostwo Europy, wszystko się wspaniale kończyło. I z dniem ostatniego grudnia 2012 roku zaczęli tracić kontrakt telewizyjny. Jakby Sauerland utrzymał pułap, to faktycznie miałbym tę grupę, która by mnie pchała i mogłoby być wszystko fantastycznie. Później byłem już tylko dla nich outsiderem, a tacy pięściarze dostali jeszcze bardziej po tyłku niż rodowici Niemcy. Skoro już dla nich nie było, to tym bardziej dla zagranicznych zawodników. Jeszcze inaczej patrzę, gdy mam podsumować całą swoją karierę z perspektywy chłopca.
To w dodatku emocjonalne spojrzenie.
- Przypominam sobie tego chłopca, lat 15, który zamarzył sobie, żeby być sportowcem. Wyjeżdża z rodzinnej bardzo małej miejscowości i jedzie do wielkiego miasta, nie mając żadnej walki w boksie, ale to żadnej! I stawia wszystko na jedną kartę, nie widząc żadnej innej możliwości. Zostaje sportowcem i przez dwadzieścia pięć lat jest w sporcie, utrzymując się z tego, swoją rodzinę i rozwija. Tak, uważam, że jestem sportowcem przez wielką literę "S".
- Mogę powiedzieć, że mi się udało. To jest dla mnie ważne. Gdy ktoś od urodzenia mieszka w wielkim mieście, to dla niego pójście na salę bokserską wiązało się tylko z tym, że skręcił w lewo i za 200 metrów już jest na sali bokserskiej. Ja wyjechałem z województwa świętokrzyskiego do Wrocławia w 2003 roku nie mając żadnej walki. Od pierwszego kroku bokserskiego wierzyłem w to, że mi się uda. Nie miałem żadnej alternatywy. Wiedziałem, że jak cokolwiek w sporcie mi nie wyjdzie, to wracam do domu. To wszystko, to moje poświęcenie... Później poznałem dziewczynę, obecną żonę. Ona zawsze, od samego początku musiała pogodzić się z tym, że jest druga, nigdy nie była pierwsza. Moje dzieci rodziły się jedno, drugie, trzecie, a ona i tak zawsze wiedziała, że jest druga. Nasz wspólny czas zawsze wiązał się z tym, że tata robi trening, a dopiero później gdzieś idziemy. Nie tak, że najpierw czas dla rodziny, a wieczorem zrobię sobie trening. Nie, jest trening i dopiero coś. A po treningu już bywało różnie. Nieraz Daria się nade mnie litowała, że jestem zmęczony i decydowała, że zostajemy w domu. A czasami sam mówiłem, że nie dam rady, bo jestem bardzo zmęczony. Wiecznie było: boks, trening i coś. Boks, trening i coś. Kiedyś bardzo piękne słowa powiedział Andrzej Fonfara: "boks i ten reżim treningowy to są najgorsze więzienia". Dlatego są najgorsze, bo my sami się w nich więzimy. I z tego nie da się wyjść.
Bardzo wymowne słowa.
- Dopiero teraz w głowie w jakiś sposób mam luz, bo ja w końcu mam wolne popołudnia, mogę z dziećmi jechać na rowery. To jest fantastyczne. I lekkość. Będę też bardzo bezpośredni. Chcesz spędzić ze swoją żoną bardzo pyszny wieczór. Jak byłem bokserem, to nie dało się, bo w głowie było, że jutro mam dwóch ciężkich sparingpartnerów, z którymi będę się tłukł. Więc trzeba było maksymalnie kumulować energię. Żona mówi: "chodź do sypialni", a ty odpowiadasz "nie, jutro mam sparing". I cały czas tak było. Pod tym kątem mam tego boksu dość, po dziurki w nosie i jeszcze wyżej. Na sportowca często się patrzy i tylko pięknie zazdrości, bo on w telewizji i tak dalej. A media i telewizje to ogólnie nie jest dobre dla człowieka. Pewnie w jakiś sposób wiesz, bo też w tym pracujesz, ale ja jeszcze kilka lat temu jak już skończyłem 35 lat, mówię: "Boże, to za jakiś czas skończę karierę i będę takim zwykłym zjadaczem chleba? Pójdę do pracy i będę żył jak każdy inny?". Tyle lat wielkie gale, przy wielkich postaciach. Boksowałem przecież przed Kliczko-Adamek, przed Kliczko-Powietkin, przed Joshua-White.
Człowiek zawsze czuł się uprzywilejowany.
- No właśnie. Doceniony, wyróżniony. "Mistrzu, dawaj, fotka" - ciągle słyszałem. I co, skończę z boksem i będę takim przeciętnym, mówiąc kolokwialnie, ludkiem, który funkcjonuje jak każdy inny? Odzywało się we mnie ego. Szczerze? Teraz jest mi z tym bardzo dobrze, chcę być takim ludkiem. Takim ludkiem, którego nikt nie zna, który wstaje rano, idzie do pracy. Nikt go nie ocenia przez pryzmat ostatniej walki, albo dobrze, albo źle. Tylko ktoś mnie ocenia, jakim jestem ojcem, mężem, głową rodziny.
Ja też w tym oczywiście jestem, jako przedstawiciel mediów. I zdaję sobie sprawę, z czym nie każdy kibic, że ta skala oceny jest przytłaczająca. Jak jesteś ludkiem, oceni cię najbliższe grono osób, kilkunastu ludzi, maksymalnie kilkudziesięciu. A tu nagle wszyscy wałkują temat i niosą się hasła pod tytułem: Masternak słaba walka, Masternak zbity, Masternak pobity. To ma gigantyczne zasięgi, nie każdy sobie radzi ze skalą "mielenia" jego nazwiska w przestrzeni publicznej.
- Dokładnie tak. I wydaje mi się, że sport pomimo wielu zalet ma też wady. Jedną taką wadą, którą mi udało się wyplewić w miarę szybko, choć z pozycji mistrza świata pewnie byłoby jeszcze trudniej, jest właśnie ego. Nam się wydaje, jak jesteśmy przy rozkwicie swoich karier, że jesteśmy kimś więcej niż człowiekiem. Przez uznanie społeczeństwa, że jesteś na Wikipedii, że ciebie ludzie rozpoznają... To wszystko bardzo łechta nasze ego. I później jest ciężko odnaleźć się w zwykłej rzeczywistości. Dzięki temu, że niecałe siedem lat temu pomyślałem o wojsku, miałem do czynienia z ludźmi, którzy normalnie chodzą do pracy, normalnie funkcjonują i to zaczynają od najniższego stopnia szeregowego. I widziałem, jakie ludzie mają problemy. Mówiłem: "chłopaki, spotkajmy się w rynku, fajnie posiedzimy". A kiedyś jeden żołnierz odpowiedział mi tak: "Ty, Master, ja piwo to piję za 2,50 zł, a nie za 15". I to są rzeczy bardzo wymowne. Takiego człowieka nie stać na taki luksus. Owszem, żyje przyzwoicie, ale między innymi właśnie dlatego, że odmawia sobie takich przyjemności. A przecież wielu żołnierzy teraz tak źle nie zarabia. Więc zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę takich ludzi jest większość.
Życie jest dzisiaj bardzo drogie, dodatkowe przyjemności bywają starannie selekcjonowane.
- Właśnie. To wszystko powoduje, że sportowcy z jednej strony są kimś więcej, a z drugiej strony w polskim boksie trudno jest zarabiać bardzo dobrze. Ilu mamy polskich pięściarzy zawodowych, którzy ustawili sobie życie tak, że wstajesz rano i masz fajrant, czyli nie musisz iść do pracy na etat.
Mówisz ze swojej generacji?
- Nie, wszystkich, całą historię polskiego boksu zawodowego.
Na szybko odpowiadam: Dariusz Michalczewski, Andrzej Gołota i Tomasz Adamek, który na pewno ma taki luksus, tylko przegrywa ze swoimi pokusami powrotów.
- Przegrywa ze swoim ego. Nie umie się odnaleźć w innej rzeczywistości. Wiesz dlaczego pojawiło się w moim życiu wojsko? Wojsko ogólnie mi się podobało, nawet myślałem o wojsku już przed boksem. Chciałem zostać żołnierzem, ale przez sport nawet nie byłem w zasadniczej służbie, więc wojsko mnie ominęło. Chciałem, żeby koniec czegoś był początkiem czegoś innego. Tak myślałem o końcu kariery i poszedłem do wojska. Ale wiesz dlaczego poszedłem? Bo akurat straciłem kontrakt z Sauerlandem. Miałem jakieś nieregularne starty w boksie, a to na gali MB Promotions, a to u Mariusza Grabowskiego, na Polsat Boxing Night i tak dalej, ale nie miałem promotora. I tak naprawdę trudno było przewidzieć w jakim kierunku zmierza moja kariera, czy z kimś się dogadam i będę prowadzony, czy jeszcze kilka walk i to będzie koniec. Wtedy poszedłem do wojska. Również z jeszcze jednego powodu, który mi pokazał, że popularność jest ulotna. Przed walką wszyscy dzwonią. Jeden, drugi dziennikarz, dzwoni trener, tutaj promotor, tu organizator. Po prostu dużo się dzieje, czujesz się potrzebny światu. I nagle jednego dnia mija gala. Jeszcze w pierwszym tygodniu ktoś do ciebie zadzwoni z pytaniem jak po walce i wrażenia, po czym następuje cisza. Jesteś niepotrzebny światu, nikt do ciebie nie dzwoni. Tydzień, dwa, trzy, miesiąc, dwa, trzy. Nikt nie potrzebuje cię. I to jest przerażające.
I to jest ten moment, kiedy człowiek dopiero zaczyna widzieć, na czym tak naprawdę polega życie. I jaką wartość ma bliskość drugiego człowieka, kiedy gasną światła. Zostają żona, dzieci, pewnie ktoś jeszcze z rodziny, garstka przyjaciół i koniec.
- To jest przerażające. Dlatego rozumiem, dlaczego na przykład taki Evander Holyfield, a przykłady można mnożyć, nie mogą pogodzić się z odejściem. Podejrzewam, że ta cisza, która mu doskwierała, była kluczowa. A z naszego podwórka choćby Tomek Adamek, który z kolei nie odnalazł się w innym życiu. Nie został trenerem, jak chociażby Piotrek Wilczewski. Z kolei dla niego, podobnie jak Mariusza Wacha, boks jest jedynym wyjściem. Oni nie znaleźli sobie innego życia zawodowego, więc muszą wracać do tego, skąd się wywodzą, bo tu się czują pewnie, a w innym środowisku już tak nie jest. To takie moje zdanie i odczucie.
Jaki jest dla ciebie najpiękniejszy moment w całej karierze? Udzielisz oczywistej odpowiedzi, bo będzie to powiązane z największym sukcesem sportowym, czy mnie zaskoczysz?
- Często jest tak, że właśnie wynik sportowy wydaje się być największym sukcesem, a nieraz dla zawodnika jest to dana walka. Moim pięknym pierwszym sukcesem - to był wspaniały wieczór, a wszystko odbyło się na dużej gali w Polsce i przy bardzo dużym rozgłosie - było znokautowanie Łukasza Janika w 2009 roku. Łukasz był promowany przez stację Polsat, ja przez Canal +, więc w Polsce Łukasz był bardziej uznany. Miał lepszą karierę w boksie olimpijskim, był wyższy, większy. Do tego ta aura wokół Łukasza, który na wyrost pokazywał, że jest kimś więcej niż w rzeczywistości był.
Showman byśmy powiedzieli.
- Tak, w jakiś sposób to nakręcało pojedynek. Do tego niezapomniany komentarz wydarzenia zwłaszcza śp. Jerzego Kuleja. Nie ukrywam, że stronniczy i to nie w moim kierunku. A tu nagle nokdaun w pierwszej rundzie i ciężki nokaut w piątej. To był dla mnie wspaniały wieczór i udowodniłem wszystkim, że stać mnie na prawdziwy boks.
Przypomnijmy, bo pewnie nie wszyscy pamiętają, że daniem głównym tej wielkiej gali był pojedynek Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem.
- Tak, to był na pewno mój duży sukces. Myślę, że bardzo fajną walkę miałem, gdy rywalem był Jean-Marc Mormeck. Ona przeszła mniej nagłośniona i małym echem, bo polski rynek trochę mnie wypchnął. Tam były wielkie plany Francuzów, kolejna walka miała być o mistrzostwo świata, a ja miałem być tylko przystankiem. Dla mnie to była zwykła walka, a dla niego to był eliminator do Juana Pablo Hernandeza. To tak a propos polityki sportowej, gdy na bardzo niesprzyjającym terenie udało mi się wygrać. Co jeszcze? Myślę, że wywalczone w 2012 roku mistrzostwo Europy, to była wspaniała walka. Nie pozwoliłem Juho Haapoji zwyciężyć nawet jednej rundy i u wszystkich sędziów wygrałem 12 rund. To też był duży moment, w jednym z wywiadów nawet się wzruszyłem. Jednak wtedy jeszcze nie umiałem się tym cieszyć.
Dlaczego?
- Myślałem, że to jest przystanek i ja zaraz będę mistrzem świata, to był mój cel. Uważałem, że mi się ten pas mistrza świata już prawie że należy. I tak to wszystko wtedy zmierzało. Kto wiedział, że dwa tygodnie później grupa niemiecka straci kontrakt i to wszystko się rozmyje? Ale idźmy dalej. Uważam, że moja przedostatnia walka z Joelem Djeko w Zakopanem była bardzo mądra taktycznie, byłem w niej wyrachowany. Nie przyjąłem praktycznie żadnego ciosu. Moja bardzo duża mądrość, spryt, po prostu wykorzystanie najlepszego swojego atutu, czyli przewagi szybkości i pracy lewej ręki. Znakomita taktyka moja pomimo jego dwóch metrów wzrostu. Wiedziałem, że muszę z nim boksować w dystansie i widziałem, że on w ringu oszalał. Jak na lewy prosty robiłem mu pół kroku do tyłu i trafiałem go swoim lewym, to on zgłupiał. Nie wiedział o co chodzi, bo nigdy w życiu nikt mu czegoś takiego nie zrobił. A ja wiedziałem, że jak będę się pchał na niego, tak jak każdy z jego poprzednich rywali, to przecież on się z czymś takim zawsze spotyka. Ale już z tym, że ktoś go próbuje na dystans wyboksować, jeszcze się nie spotkał. I wygrałem z nim emocjonalnie. I z mistrzem olimpijskim Tonym Yoką walczył jak równy z równym, a w pojedynku ze mną tak naprawdę nie istniał. Uważam, że również rewanż z Yourim Kalengą w Częstochowie też jest wart zaakcentowania. To również była jedna z moich lepszych, mądrzejszych walk, pod pod względem taktycznym. Emocjonalną walką był dla mnie pojedynek ze Stivensem Bujajem.
Duże wydarzenie w Stanach Zjednoczonych na gali, gdzie Krzysztof "Diablo" Włodarczyk walczył z Muratem Gasijewem.
- Byłem świeżo po operacji oczu. Jednego dnia poddałem się operacji, a tu dostaję telefon, że jest walka. Dobre pieniądze i trzeba pojechać. Rozmawiam z lekarzem i mówię: "to kiedy mogę zaczynać jakieś sparingi?". A lekarz odpowiada: "panie Mateuszu, po trzech miesiącach od operacji może pan robić pierwszy jakiś kontakt i mocniejsze treningi". A ja po dwóch i pół miesiącach już byłem po okresie przygotowań i po zwycięstwie.
Świadome, gigantyczne ryzyko.
- Bałem się, że rozsypią mi się oczy w trakcie walki, ale taki jest sport. Tak człowiek często bardzo ryzykuje i nagina wszystkie możliwe granice rozsądku i przyzwoitości.
A wielkie rozczarowanie?
- Myślę, że pojedynek z Chrisem Billam-Smithem. Ta walka mi pokazała, jak brutalny jest boks, jak ludzie są brutalni. Jedni mi współczuli, a drudzy mówili, że odpuściłem walkę, bo mogłem walczyć. Nawet Tomek Adamek pozwolił sobie na zgryźliwość. Kto jak kto, ale on powinien zrozumieć drugiego sportowca. I ktoś tam mówił, że wychodził ze złamanym żebrem i walczył. Ja do Ismaila Abdoula wyszedłem z dwoma złamanymi żebrami i dało się walczyć. Przeboksowałem 12 rund i wygrałem każdą z tych 12 rund. Z kolei do Aliego Ismajłowa, który wcześniej walczył o mistrzostwo świata, wyszedłem z niezginającą mi się prawą nogą. Trener Gmitruk mówi w trakcie walki, żebym zgiął tę nogę, bo nie może pracować w narożniku, a ja odpowiadam: "panie trenerze, ona się nie zgina". Trener Gmituk przerażony, bo ja to starałem się ukrywać, biorąc zastrzyki znieczulające przed treningami.
Ludzie kompletnie nie mieli świadomości, że w walce z Billam-Smithem zmagałeś się z absolutnie krańcowym bólem, nie do przeskoczenia, czy to była bardziej kwestia zapobieżenia czemuś jeszcze poważniejszemu?
- Z grymasem na ustach jestem w stanie dalej walczyć. Tu pytanie w mojej głowie rodziło się inne: wybieram życie czy śmierć? I ja po prostu wybrałem życie. Taką w głowie miałem refleksję, a nie to, czy poradzę sobie z bólem i go wytrzymam. To nie było nic do tego porównywalnego, czułem że wybieram: idę na śmierć, czy chcę ocalić życie. Nie żałuję tej decyzji. Nawet nie wracam do tego, bo to nie ma sensu. W tamtym momencie uznałem, że wybieram życie, bo takie w mojej głowie były rozterki. Nie to, czy dotrwam do końca, czy może przetrzymam tę rundę, a w kolejnej będzie lepiej. Nie, nic takiego. W mojej głowie był tylko wybór między życiem a śmiercią.
Zaakcentowałeś ten wątek najbardziej wymownie, jak tylko można. Kiedyś powiedziałem, że nie wyobrażam sobie, by freak-fighty nakłoniły na występy Mateusza Masternaka, ale moje zdanie tu nic nie znaczy. Po tym wywiadzie z pewnością włodarze federacji zaczną cię sondować i sprawdzać, jaka jest cena "Mastera". 100 tysięcy złotych za mało? Pójdziemy w górę, wszak ciągle potrzebujemy sportowców z krwi i kości, by autoryzowali nasze gale i przykrywali zjawiska patologiczne. Co ty zrobisz w takiej sytuacji?
- Będę z tobą najszczerszy, jak tylko mogę. Teoretycznie jestem na "nie", żadna walka stricte freak-fightowa mnie nie interesuje. Ale tak jak zmieniają się czasy, tak samo zmieniają się też poglądy ludzi. Teoretycznie na freaka nie, ale odezwała się we mnie pewna ambicja po walce Tomka Adamka. Nawet niech będzie to taka gala, ale ze sportowcem. Gdy Tomek przegrywał z Roberto Soldiciem i wypadł bardzo słabo, to pojawił się w mojej głowie pomysł, że na zasadach boksu bardzo chętnie zawalczyłbym z kimś takim, jak Soldić.
Myślałem, że powiesz, że z kimś takim, jak Tomek Adamek.
- No nie, tutaj się nie wygłupiajmy. Tomek jest ode mnie o 11 lat starszy i... Raczej nawet mi nie wypada tak się wypowiadać, mam do Tomka wiele szacunku za jego karierę bokserską. Zawsze będzie dla mnie mistrzem świata, choć owszem, to przyznaję, nie odchodzi z boksu z klasą. Natomiast kiedyś był bokserem i sportowcem o wielkim nazwisku, wielkiej klasie, wielkich umiejętnościach i wielkim sercu. Tego mu nikt nie odbierze, ale kończy karierę w najgorszy możliwy sposób.
- Walka z Soldiciem to dla mnie nie jest "freak", tu odezwała się moja ambicja sportowa. Mówię do siebie: "ktoś tak sponiewierał naszego mistrza w ringu? To dajcie mi go". Ja już też nie jestem w najwyższej formie, ale bardzo chętnie, na zasadach boksu, z kimś takim sobie zawalczę. Wiem, że to musiałoby być na gali freak-fightowej. Gdyby teraz ktoś mi dał taką propozycję, być może to byłaby fajna pożegnalna walka. Ale żebym ja teraz miał walczyć z kimś szalonym i wyzywać się, a przy tym zmieniać się, przebranżawiać i zaczynać kopać? Nie, dziękuję bardzo. Ostatnio dostałem propozycję, żebym walczył u "Jurasa" na gołe pięści. Nie, dziękuję i tu nawet nie chciałem podejmować tematu, ani kwestii finansowej. To dla mnie już nie jest kwestia finansowa.
Jako pięściarz, który całe życie walczył w rękawicach i wiedział, czemu rękawice służą na pięściach, chyba musiałbyś być całkiem zdesperowany.
- No więc właśnie. Teraz zależy mi na tym, żeby rozwijać się też zawodowo. W końcu udało mi się obronić, zrobić licencjat, a od października idę na studia magisterskie. Bardziej w mojej głowie pojawia się temat, może kiedyś dałbym radę zostać oficerem Wojska Polskiego? Więc myślę o takich ambicjach. Jeśli mam być szczery, to biorąc pod uwagę wszystkie moje sportowe i bokserskie ambicje, część mam zaspokojonych, a część niezaspokojonych, które po prostu już takie zostaną. To odeszło z wiekiem i nie da się cofnąć.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl









![Polacy lepsi na siatce. 12 bloków w starciu z Macedonią Północną [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000NAAZZM9FDKTDC-C401.webp)

![Najlepsze akcje ofensywne meczu Macedonia Północna - Polska [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000NAAZQQH8PWFFU-C401.webp)


