Ten materiał miał inaczej wyglądać. Planowałem, że jedną z jego narratorek będzie pani Halina, wdowa po zmarłym 19 maja 2014 roku nieodżałowanym pięściarzu. 8 stycznia byłem w drodze do Bielska-Białej, jadąc na umówione spotkanie z innym z gigantów polskiego boksu, Marianem Kasprzykiem, naszym najstarszym żyjącym mistrzem olimpijskim w tej dyscyplinie. Pomyślałem sobie, że jest to doskonała okazja, by choć na chwilkę pojawić się w drzwiach domu pani Pietrzykowskiej, po raz pierwszy zamienić z nią kilka zdań w cztery oczy, a nie jedynie przez telefon. I spróbować zaaranżować możliwie bliski termin na spotkanie.
Telefon stacjonarny jednak nie odpowiadał. Przewodniczący Beskidzkiej Rady Olimpijskiej Tadeusz Pilarz uspokoił mnie, że być może pani Halinka gdzieś wyszła, wszak nie tak dawno ją widział i była w dobrej formie. Jednakowoż zaoferował, że spróbuje skontaktować się z jej córką i, jeśli czegokolwiek się dowie, wróci z wiadomością. Niedługo później oddzwonił, lecz miał do przekazania bardzo przygnębiające wieści. - Halina trafiła do szpitala, niestety jest w poważnym stanie.
***
Obóz koncentracyjny w Dachau. Skóra i kości
- Nie wiedziałam, czemu wszyscy tak strasznie płaczą. I kibice i tata. Wszyscy stali i płakali. Tata był w ringu w garniturze, a nie ubrany na sportowo. Chodziłam tam, taka mała, pięcioipółletnia dziewczynka i nie mogłam zrozumieć, co takiego się wydarzyło - to pierwsze wspomnienie, które wyryło się w pamięci pani Doroty Pietrzykowskiej-Nawrot, córki mistrza Pietrzykowskiego, związane z karierą ojca. A w zasadzie od razu z jej hucznym zakończeniem. Był 1968 rok.
Pogodna na buzi i roztaczająca pozytywną aurę 62-latka bardzo szybko i pozytywnie odpowiedziała na moją prośbę spotkania. Dzień był bardzo słoneczny, więc nocny tęższy mróz szybko ustąpił miejsca temperaturze nieco powyżej zera. W Bielsku-Białej nie zastała mnie zima, a śniegiem przyprószone były miejscami właściwie tylko trawniki i ogrody. Już wcześniej, dzięki dobrodziejstwu technologii, zorientowałem się, jak z zewnątrz wygląda jednorodzinny dom przy ulicy Górniczej. Nawigacja nie zawiodła, więc parkując przed dwuskrzydłową bramą nie miałem wątpliwości, że budynek od frontu z pionowym poszyciem dachowym z dwóch stron jest docelowym miejscem.
- Przepraszam, że nie uprzątnęłam śniegu ze schodów - przywitała mnie pani Dorota, ale zdecydowanie zaprotestowała, gdy zaproponowałem, że chwycę za miotłę i raz-dwa usunę niedużą warstewkę białego puchu. Rozejrzałem się, a dookoła piękna panorama na góry. Nieopodal przechodzące rewitalizację Błonia, na ich tle wyłania się szczyt Stefanka, czyli potoczne określenie na Kozią Górę. - O tak, położenie jest idealne. Mamy tu bardzo fajnie, jest czym radować wzrok i gdzie pochodzić, a też niedaleko jest Szczyrk. Tyle że w domu jest tyle rzeczy do roboty, że nie ma kiedy usiąść i się ponudzić. Ale te schody musi mi pan wybaczyć - roześmiała się mieszkanka dość sporego, piętrowego domu.

Pokierowany do dużego pokoju usiadłem przy długim stole, a w oczekiwaniu na panią domu patrzyłem z oddali na rozliczne rodzinne zdjęcia rozwieszone nad drzwiami. Z lewej strony wzrok przykuwały dwie duże fotografie w ramkach. W jednej legendarny pięściarz w biało-czarnym kolorze, w drugiej pani Halina.
Życie od najmłodszych lat hartowało urodzonego 4 października 1934 roku Zbigniewa Pietrzykowskiego. Na świat przyszedł w Bestwince, wiosce obecnie leżącej w powiecie bielskim, jako najmłodszy z trójki dzieci państwa Jadwigi i Eugeniusza. Zaraz na początku wojny jego ojciec został aresztowany i wywieziony do obozu w Dachau, gdzie przebywał całe pięć lat. A żona, w tych ciężkich wojennych czasach, sama opiekowała się Wiktorem, Ryszardem i Zbigniewem.
- Tata bardzo często wspominał ten okres, a jego ojciec, czyli mój dziadek, przeżył obóz. Z tym, że mając ponad 2 metry wzrostu, gdy wrócił do domu ważył nieco ponad 40 kilogramów. Miał na sobie skórę i kości - sposępniała pani Dorota. I jednej rzeczy nie może odżałować. - Dziadek bardzo chętnie opowiadał o tym obozie, a myśmy niechętnie słuchali. Człowiek był za młody, on opowiadał nieraz o jednym czy drugim kapo, a nas z racji wieku to męczyło. Mój syn, który zaczynał studiować historię i do dzisiaj żywo się nią interesuje, wciąż nam wypomina, dlaczego nie słuchaliśmy uważnie wszystkiego, co opowiadał dziadek. Ile ja bym teraz dała, żeby tych historii wysłuchać w skupieniu...
- Ale jedną mogę panu opowiedzieć, bo dopisała się po latach - szybko odzyskała rezon pani Dorota, swoją witalnością doskonale wpisująca się w wykonywany zawód. Wciąż bowiem, mimo osiągnięcia wieku emerytalnego, jest nauczycielką wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 3 im. Macierzy Szkolnej w Bielsku-Białej.
Wojna i głód. "Kromka chleba na trzy części"
- Dziadek już nie żył, a myśmy pojechali do Dachau. Pamiętaliśmy, jak nam opowiadał, że pracował tam w kuchni. I co jakiś czas wyjeżdżał po pieczywo, gdzie piekarz zawsze wciskał mu jedną bułkę do kieszeni. Mówił, że chyba tylko dzięki tym bułkom przeżył. Co ciekawe, później po wojnie nawiązał kontakt z tym piekarzem, który wiedząc, że u nas w Polsce panuje komuna, przysyłał paczki. Dziadek perfekcyjnie mówił po niemiecku i nieprzerwanie utrzymywali relacje. I tak, jak opowiadał nam, że z obozu w Dachau prowadzi wybrukowana droga, którą dochodzi się do placu, gdzie mieściła się piekarnia, poszliśmy tym tropem. Wchodzimy, moja siostra biegle władająca niemieckim przedstawiła się, a obecna tam pani okazała się być córką tego mężczyzny. I odparła: "A tak, tata mi opowiadał, ja to wszystko też wiem". Było to niezwykle wzruszające - zrelacjonowała.

Rodzinę raz jeszcze ścisnęło w sercu, gdy już na terenie byłego obozu jedna z pracownic odszukała dane Eugeniusza Pietrzykowskiego, podając jego numer obozowy i numer baraku. Gdy najbliżsi w naturalny sposób zareagowali słowami "bardzo dziękujemy", dodając przy tym, że przepraszają za kłopot, w odpowiedzi usłyszeli: "to my was przepraszamy". Na to wspomnienie oczy pani Doroty zaszkliły się.
Pan Zbigniew niejednokrotnie też wspominał najokrutniejsze czasy. Gdy wybuchła II wojna światowa, miał pięć lat, a gdy dobiegała końca w 1945 roku, był już 11-latkiem. Co najbardziej zapamiętał? Najsilniej to, że głodowali. Często dzielił się taką oto reminiscencją, jak najstarszy brat Wiktor brał kromkę chleba, dzielił ją na równe trzy części i przesuwali sobie kawałek kiełbasy. Ten smak, chwilowo przerywający uczucie głodu, pozostał z nim do końca.
Gdy wymyślił sobie, że sił spróbuje w pojedynkowaniu się na pięści, fakt ten skrywał przed mającym z racji wieku największy autorytet bratem Wiktorem, który już sam praktykował boks, a najmłodszemu z rodzeństwa zakazał. Aby plan mógł się powieść, naturalnie pierwszych kroków nie skierował na tę samą salę, czyli do klubu Ogniwo Bielsko-Biała (protoplasta BBTS-u), tylko wybrał mniejszy BKS Stal i przez około rok, w wielkiej tajemnicy, tam szlifował pierwsze umiejętności. Intryga była jeszcze bardziej wyrafinowana, bo uciekł się do kłamstewka, przestawiając datę urodzin, ponieważ metrykalnie nie miał jeszcze wymaganych 16 lat. Gdy sprawa się wydała, "Wiruś" - jak zwracał się do Wiktora - nie był z tego faktu najszczęśliwszy. Jednak zorientowawszy się, że brat ma ewidentny dryg do boksu i przez te miesiące rozwinął swoje talenty, otworzył przed nim drzwi do najbardziej reprezentacyjnego klubu w mieście. Dodajmy, że sportem parał się także "średni" Ryszard, ale jego wybór padł na podnoszenie ciężarów.
- W młodym wieku tata zastanawiał się, czy na pewno chce być bokserem, bo równolegle bardzo podobała mu się piłka siatkowa. I do tego sportu także miał bardzo dobre warunki. Był wielkim kibicem tego sportu, ale denerwowało go, że nie on jest w stanie rozstrzygnąć, czy wygrywa, bo wiele zależy od drużyny. Sam chciał być szefem, był stworzony do indywidualnego sportu - zaznacza córka.
Przegrana przez nokaut. Tak zaczął geniusz
W książce "Pięści Anioła", biografii Zbigniewa Pietrzykowskiego autorstwa Leszka Błażyńskiego, czytamy, że początkowe walki nastolatka nie zostały odnotowane, ponieważ nie posiadał jeszcze książeczki zawodniczej. Dziennikarz zapewnił mnie, odbywszy jeszcze jedną konsultację z panem Bogdanem Dubielem, znawcą bielskiego sportu, iż istotnie tak miały wyglądać odległe wydarzenia. Niemniej jedyny historyczny dokument ma zapisaną swoją chronologię zdarzeń. A uprawdopodobnia je narracja pani Doroty, przywołująca także wypowiedzi ojca.

- Pierwszą oficjalną walkę, jaką tata stoczył, przegrał przez nokaut. Parokrotnie nam mówił, że wtedy sobie myślał, iż wybili mu boks z głowy. A nawet więcej, twierdził, że na chwilę mu przeszło, ale jednak postanowił wrócić i od tego momentu trenować należycie - mówi córka. Rzeczywiście, patrząc na daty kolejnych pojedynków, niespełna miesięczna przerwa między pierwszą, a drugą walką, była jedną z dłuższych w początkach kariery.
Raz jeszcze - zgodnie z "listą rekordową" legitymacji zawodniczej, oficjalnie odnotowana walka numer 1 w karierze Pietrzykowskiego odbyła się 24 czerwca 1951 roku. Gospodarzem była Spójnia, miejscem walki Rybnik, a przeciwnikiem zawodnik o nazwisku Szukaj. Wynik? Bielszczanin przegrał przez nokaut już w pierwszej rundzie.
Wracając na salę 17-latek pokazał charakter, ale 21 lipca 1951 roku ponownie musiał przełknął gorycz porażki. Walka znów była wyjazdowa, a rywalem Spałek z klubu Stal Siemianowice. Tym razem zbliżający się do pełnoletności zawodnik nie dał się zwyciężyć przed czasem, ale na dystansie trzech rund został pokonany na punkty. Przy obu walkach widnieje poświadczający je podpis delegata wydziału sportu.
W ten oto sposób zaczęła się przygoda, która przeszła w karierę jednego z najwybitniejszych polskich pięściarzy wszech czasów, a zdaniem niektórych znawców - geniusza numer jeden.

Do boksu od zawsze trafiała trudna młodzież. Wielu, zanim w którymś momencie mogli powiedzieć, że uprawiają szlachetną sztukę pojedynkowania się na pięści, ciągotki do nierycerskiego dania komuś w nos niejednokrotnie sprowadzały na manowce. Wielki trener Feliks "Papa" Stamm mówił, że trafiali mu się chłopcy z różnych środowisk, lecz najczęściej boks szlifował ich krnąbrne charaktery, ukierunkowując predyspozycje do walki na sportowe tory. Tych, którzy mieli bardziej skomplikowane życiorysy, jak bohater niedawnego reportażu Interii, złoty medalista olimpijski z Tokio z 1964 roku Marian Kasprzyk, boks wychowywał i resocjalizował, czyniąc prawymi obywatelami, a najlepszych - jak mistrz Kasprzyk - chlubą całej Polski.
- Zgadzam się ze stwierdzeniem pana Mariana, że tata był dobrym chłopcem w otoczeniu głównie złych chłopców. Miał dobry kontakt z łobuzami i tymi, którzy nie mieli na pieńku z prawem. Jego boks nie musiał prostować, bo już zdążyła to zrobić wojna. W trzech braci razem z mamą mieszkali wtedy przez jakiś czas w Busku-Zdroju, a żeby przeżyć, jako małoletni musiał handlować papierosami. To tak dało mu w kość, że później nie myślał o chuliganieniu - opowiada pani Dorota.
Powtórka klasy. Belfrem mama Jadwiga
Mama Jadwiga kochała Zbysia nad życie. Zanim doszło do tego, że publicznie stanęła w obronie dorosłego dziecka, nie akceptując niezrozumiałej krytyki za jego szlachetność w ringu, wystawiła go na ciężką, matczyną próbę. Pani Pietrzykowska była nauczycielką matematyki i gdy jej syn chodził do drugiej klasy, za brak przyswojenia wiedzy potraktowała go bez najmniejszej taryfy ulgowej. Chłopiec nie opanował wymaganej przez rodzicielkę wiedzy z tego przedmiotu ścisłego i jej decyzją musiał powtarzać rok.
- Wyobraża pan to sobie - wtrąciła córka repetującego na tak wczesnym etapie edukacji taty i oboje przez chwilę nie mogliśmy powstrzymać śmiechu. - Później już tak się uczył, że nie dał mamie podstaw, aby raz jeszcze zrobiła mu coś takiego.
Nieprzeciętne zdolności do boksu Pietrzykowski prezentował od momentu, gdy w 1952 roku zaczął występować na większych zawodach krajowych. Przybrawszy w ciągu roku na wadze wiele kilogramów nastolatek najpierw w stawce juniorów wygrał mistrzostwa Śląska, a na początku listopada stoczył debiutancki mecz ligowy. W kolejnym roku na Śląsku okazał się być najlepszy w gronie seniorów, a debiut na mistrzostwach Polski elity zakończył na najniższym stopniu podium.
To jednak było dopiero preludium do największych w kraju i na arenie międzynarodowej sukcesów, a jedną z imprez pięściarskich - które najsilniej wpisały się w całą historię polskiego boksu - były mistrzostwa Europy rozgrywane w dniach 17-24 maja 1953 roku w Warszawie. Przypomnijmy, że inauguracja mistrzostw świata w tym sporcie nastąpiła dopiero w 1974 roku, a zatem była to druga rangą - po igrzyskach olimpijskich - najważniejsza rywalizacja globu.

W zrujnowanej wojną Warszawie, w hali Mirowskiej, polscy pięściarze odnieśli nieprawdopodobny triumf. Wybrańcy Feliksa "Papy" Stamma wywalczyli 5 złotych, 2 srebrne i 2 brązowe medale, pokonując w licznych bezpośrednich pojedynkach i w całej klasyfikacji medalowej potęgę numer jeden, czyli reprezentację ZSRR. Kolejno odnoszone wiktorie i zacięte boje, w tych ponurych czasach stalinizmu, gdy Polska była pod butem radzieckiego mocarstwa, dalece wykraczały poza sport. Niosące się hasło "bij Ruska" wznosiło polskich pięściarzy na absolutne szczyty swoich zdolności, a coraz bardziej ośmielana kolejnymi zwycięstwami publiczność szalała z radości. "Jeszcze Polska nie zginęła...". Nasi pięściarze stali się wówczas bohaterami narodowymi, w dniu finałów obiekt pękał w szwach (oficjalnie wypełnił się nadkompletem około 5 tysięcy kibiców), a rozentuzjazmowani rodacy nosi ich na rękach. I to dosłownie, bo niektórzy, w tym trener Stamm, mieli być w doskonalszej wersji lektyki zanoszeni na rękach prosto do hotelu "Polonia" w Alejach Jerozolimskich, który był ich bazą.
- Nie pamiętam już, po jakiej imprezie mistrzowskiej to było, ale znam z opowiadań, jak kibice nieśli na rękach tatę i pana Mariana Kasprzyka tu w Bielsku, z dworca kolejowego na plac Chrobrego - nadmieniła pani Dorota.
Ofiarą pozostawania ojczyzny pod przemożnymi wpływami "Wielkiego Brata" zza wschodniej granicy był inny z gigantów w polskiej talii, Zygmund Chychła, nasz legendarny mistrz olimpijski (Helsinki ’52). Wspominam o tym na marginesie, ale przy okazji tej lektury polecam dotąd jedyną taką rozmowę z synem Siegmundem Chychlą, której jestem autorem, by przekonać się, do jakiego stopnia łaska pańska na pstrym koniu jeździ.
To właśnie w tych okolicznościach, w prowizorycznie odbudowanej hali Gwardii na stołecznym Mirowie, od brązowego medalu w kat. lekkośredniej (do 71 kg) rozpoczęła się światowa kariera 19-letniego debiutanta w kadrze seniorów Pietrzykowskiego. Jeszcze nikt wtedy nie śmiał przypuszczać, że na kolejnych czempionatach Starego Kontynentu nie będzie mocnego na "Piskorza".

Przyjęło się powtarzać, że to "Papa" Stamm nadał swojemu młodemu asowi w talii, co do którego szybko przekonał się, że jest niezawodny, taki właśnie pseudonim. Córka nieodżałowanego pięściarza wprawdzie zaczyna od tego, że tej zagwozdki nigdy nie rozstrzygnęli na sto procent, ale z rodzinnych rozmów ma inne skojarzenia. - Wymyślił to chyba jego brat Rysiek, ale czy chodziło mu o to, że tata był taki zwinny? Wiele razy go o to pytałam i nigdy nie dostałam jasnej odpowiedzi - rozkłada ręce.
Genetycznie silny cios. Mistrz kontry z "oczkiem"
Estetyka boksowania Pietrzykowskiego od początku budziła ciekawość, bo prezentował on w ringu, gdybyśmy chcieli znaleźć jedno możliwie najbardziej pasujące słowo, "dumny" styl walki. Wysoki, choć nie zawsze najwyższy na tle rywali (181 cm wzrostu), lecz ustawicznie doskonale wykorzystujący ten naturalny walor, przybierając pozycję z lekkim odchyleniem całego ciała ku tyłowi. I to już czyniło go szalenie wymagającym zawodnikiem. W szybkim tempie dary od matki natury obudowywał ładną tężyzną i stricte bokserskimi majstersztykami, takimi jak firmowa kontra z lewej ręki. Wycyzelowana tym bardziej, że był młodzieńcem leworęcznym.
- Zbyszek miał genetycznie silny cios, a wielką mocą dysponował zwłaszcza w lewej ręce. Jak czysto trafił, to nie było co poprawiać, bo rywale lądowali na deskach. Poza tym miał "oko", czyli wyczucie przy zadawaniu ciosów, zwłaszcza lewych haków bitych na korpus pod prawy łokieć rywala, a ponadto świetnie poruszał się na nogach - komplementuje swojego wielkiego krajana Kasprzyk. Nigdy nie zapominając, że w najgorszym czasie, gdy znalazł się za kratkami i został początkowo dożywotnio zdyskwalifikowany, a jego kariera zawisła na włosku, to właśnie starszy o kilka lat as został jego kuratorem i pomógł uratować dla boksu oraz olimpijskiego złota.
- Mnie imponowało przede wszystkim boksowanie Zbyszka z kontry. Dziś nie mamy takich zawodników, a on był w tym elemencie po prostu świetny. Obcowanie z nim stanowiło dla mnie wielkie wyróżnienie. Był bardzo życzliwy, ale też cieszył się wielkim szacunkiem - to z kolei głos młodszego o jedno pokolenie Jerzego Rybickiego, ostatniego polskiego złotego medalisty olimpijskiego w boksie (1976 rok).

Dwa wielkie rozdziały Pietrzykowski zaczął pisać w 1954 roku. Jeden ponownie w Warszawie, gdzie pięściarz z Podbeskidzia pod koniec lipca wywalczył premierowy tytuł mistrza Polski. To wprost nieprawdopodobne, wziąwszy pod uwagę, że nasz boks wówczas święcił największe sukcesy, a znakomitych zawodników było na pęczki, iż absolwent Technikum Przemysłu Spożywczego (ukończył w 1953 roku) do tego stopnia zdominował rywalizację na krajowym podwórku. Łącznie, uwaga, aż 11-krotnie sięgał po złote medale, najpierw w kategorii lekkośredniej (1954-1957), a następnie w półciężkiej (1959-1965). Ten dwunastoletni okres został przerwany tylko raz, w 1958 roku, a wynikał wyłącznie z absencji sportowca. Ta spowodowana była narodzinami pierworodnej córki Jolanty, która przyszła na świat dokładnie w dniu otwarcia zawodów.
Jako ciekawostkę dodajmy, że gdy Pietrzykowski płacił frycowe na swoich pierwszych mistrzostwach kraju w 1953 roku, w półfinale pokonał go starszy o dwa lata Leszek Leiss z Grudziądza. Zaliczany do czołowych pięściarzy lat 50. nad Wisłą Leiss należał do absolutnie wąskiego grona pięściarzy, którzy byli utrapieniem dla młodzieńca. Drugim był z kolei starszy aż o sześć lat Jerzy Krawczyk, olimpijczyk z Helsinek. Swego czasu córka nieżyjącego już pana Leissa, pani Elżbieta, na jednym z forów internetowych na bazie wpisów w książeczce zawodniczej napisała, że jej tata i pan Zbigniew stoczyli łącznie trzy pojedynki. Pierwszy przez techniczny nokaut wygrał Leiss, w drugim górą był Pietrzykowski, a ostatnia próba sił - na rzeczonym czempionacie w Poznaniu - znów zakończyła się zwycięstwem jedenastokrotnego mistrza Pomorza i trzykrotnego MP. - Więcej ze sobą nie walczyli, gdyż mój tata już w przygotowaniach do mistrzostw musiał zrzucić 6 kg z wagi. Później boksował w wyższej kategorii - napisała.
Pani Dorota: - Tata mówił, że to był ciężki zawodnik.
Pietrzykowski stawał się coraz bardziej kompletnym pięściarzem, niezwykłą passę zapoczątkowując na legendarnych mistrzostwach Europy w hali Mirowskiej. Od 1953 roku do 1967 roku, czyli przez 14 kolejnych lat, nie przegrał w ojczyźnie choćby jednej walki. Czasami miał trudniej, był zmuszony zmienić barwy klubowe na czas służby wojskowej w stolicy (dla Legii Warszawa walczył w okresie 1955-1956), po czym wrócił do BBTS-u, lecz nikt nie był w stanie ostatecznie dobrać mu się do skóry.
- Tata bardzo ukrywał się przed wojskiem, aż w Bielsku-Białej, gdy po jednej z walk schodził z ringu, podeszli do niego kibice z gratulacjami. W to grono wtopił się pan z wojska, który podając mu rękę wręczył mu bilet do wojska - odświeżyła wydarzenia córka.
Moralność wystawiona na próbę. List do redakcji
Kibice w ciemno zakładali, widząc w składzie lub na afiszu Pietrzykowskiego, że wygrana jest już w kieszeni i awansem dopisywali punkty. Arcymistrzostwo bielszczanina zaczęło jednak pobudzać też te niezdrowe instynkty. Wielu kibiców już tak przyzwyczaiło się do zwycięstw, że zaczęli wymagać czegoś więcej.
- Niektórzy wręcz żądali, by mąż był w ringu zabijaką. A on starał się nie nokautować, gdy wiedział, że ktoś jest od niego słabszy. Walczył twardo dopiero z tymi przeciwnikami, którzy dorównywali mu poziomem - wspominała mi pani Halina Pietrzykowska, gdy w czerwcu 2020 roku zadzwoniłem do niej na okoliczność wspomnianej już pierwszej biografii "Dżentelmena Ringu".
Swoją dewizą dzielił się niejednokrotnie, ale nie wszyscy chcieli tego słuchać. Liczni fani uważali, że skoro wchodzi do ringu, to zawsze ma być gwarantem igrzysk, a nie kunktatorstwa. To w takich okolicznościach narodowe hasło "bij Ruska" na potrzeby krajowego podwórka zaczęło być wypierane przez okrzyk "bij mistrza", a Pietrzykowski - w określony sposób wychowany, empatyczny i ze swoim kręgosłupem etyczno-moralnym - znalazł się w położeniu nie do pozazdroszczenia.
Gdy za honorowe obchodzenie się z rywalami na niższym poziomie Zbigniew obrywał kolejne razy, w końcu nie wytrzymała ta sprawiedliwa nauczycielka, która kiedyś przykładnie ukarała swojego syna, czyli mama Jadwiga. Miarka przebrała się w 1955 roku, po meczu międzypaństwowym z Jugosławią w hali warszawskiej Gwardii. Zbigniew wygrał walkę, ale łagodnie obchodził się z przeciwnikiem. Szybko mógł go skończyć przed czasem, ale wiedząc, że korzystny wynik w całym meczu jest już zagwarantowany, zrezygnował z mocnych uderzeń. Jednogłośna wygrana na punkty w takim stylu zamiast ucieszyć publiczność, wielu rozsierdziła. - Gdy reakcje wobec mojego męża zaczęły przekraczać granice, doszło do tego, że moja teściowa napisała list do redakcji. Wówczas publicznie wstawiła się za synem.

Adresatem emocjonalnego listu mamy, wysłanego drogą pocztową, było Polskie Radio. "Mój syn realizuje marzenia zgodnie z rodzicielską radą, idąc na szczyt, ale nie po trupach. Byłoby mi przykro, gdyby Zbyszek nadużywał siły wobec słabszych. Nie tak został wychowany" - nie godziła się na taki stan rzeczy rodzicielka.
Kazus Pietrzykowskiego sprawił, że w redakcji "Sztandaru Młodych" zaczęto debatować nad tym, co zrobić, aby ideałom prezentowanym przez czołowego pięściarza w kraju nadać większe znaczenie, które byłoby przeciwstawieniem się pierwszych objawów zdziczenia widowni. - Postanowiliśmy wymyślić coś w rodzaju wyboru najbardziej dżentelmeńskiego sportowca roku. I tak w 1963 roku Zbyszek Pietrzykowski został pierwszym laureatem z tytułem "dżentelmena ringu", a Polska wyprzedziła UNESCO, które dopiero rok później uruchomiło nagrodę fair play - wiele lat temu zapamiętale opowiadał mi red. Tadeusz Olszański, już nieżyjący wielki znawca sportu, erudyta i hungarysta, a w latach sześćdziesiątych kierownik działu sportowego w redakcji "Sztandaru Młodych". W takich oto okolicznościach Polska stała się prekursorem ruchu fair-play na skalę międzynarodową.
Odchorowywał walki. Nie chciał zadawać bólu
Nigdy nie zapomnę też słów, które red. Olszański wypowiedział, gdy dociekałem o szczegóły tego wszystkiego, co wówczas miało miejsce i spojrzenie samego Pietrzykowskiego na sytuację, gdy w oczach rywala dostrzegał strach. Oto co usłyszałem: - Swego czasu rozmawiałem ze Zbyszkiem na ten temat i odpowiedział mi pytaniem: "czy pan sobie wyobraża jaką krzywdę zrobiłbym jego matce? Jak ona by to przeżywała? Po prostu pewnego dnia moja mama powiedziała mi: "nie rób tego". Słuchanie tych słów było dla mnie czymś bardzo ujmującym - opowiadał dziennikarz.
Nieraz, gdy musiał boksować na maksymalnym poziomie, bo rywal był najwyższej klasy i w ringu robiło się nawet dosyć brutalnie, później miał mieć poczucie, że zrobił komuś krzywdę.
Córka Dorota: - A tak, to prawda. Wiem, że tata odchorowywał takie walki. Przeżywał to i myślał nad tym. Rzadko o tym mówił, ale widać było, że gdy taki temat powracał, to go bolało. Fakt faktem, że satysfakcję czuł dopiero wtedy, gdy boksował z przeciwnikami równymi sobie lub lepszymi, by musiał się wysilać, ale nigdy nie lubił zadawać komuś bólu. A gdy już miał pokonać zawodnika słabszego, wtedy blokowało go sumienie. Tata mówił często, że boks nie ma nic wspólnego z miłością, natomiast po walkach można było być przyjacielem.

Blokowało także niektórych przeciwników do tego stopnia, że pewnego razu tuż przed tym, jak miał wejść do ringu, jego przeciwnik uciekł i rozpoczęły się poszukiwania. Ogółem niespełna 50 pojedynków wygrał w wyniku walkowerów. - Zbyszek miał w kraju mało sparingpartnerów na odpowiednim poziomie, co utrudniało mu zadanie. To znaczy później przeszkadzało mu w walkach z zawodnikami zagranicznymi - przypomniał pan Kasprzyk.
Drugi z wielkich rozdziałów 1954 roku Pietrzykowski otworzył premierową walką ze starszym od siebie aż o osiem i pół roku Laszlo Pappem, światowej sławy wirtuozem szermierki na pięści. Węgier już wtedy miał w dorobku dwa tytuły mistrza olimpijskiego (’48 Londyn i ’52 Helsinki), a także dwa złote medale mistrzostw Europy. Swoją hegemonię najpierw budował w kategorii średniej, po czym zszedł do kategorii lekkośredniej.
Papp to była wówczas persona, po latach wprowadzony do Międzynarodowej Galerii Sław, a w 1989 roku został uznany za najlepszego pięściarza wszech czasów w swojej kategorii wagowej. Tymi honorami nagrodziła go prestiżowa federacja WBC.
Trylogia legendy z legendą. Do historycznego nokautu
Pierwszy z trzech bojów rutynowanego Pappa ze wschodzącą gwiazdą Zbigniewem Pietrzykowskim odbył się w szczególnych okolicznościach. Nie dość, że na terenie przeciwnika w Budapeszcie, to w dodatku w debiucie Polaka w międzynarodowym meczu z Węgrami. Tamten pojedynek zakończył się punktową porażką niespełna 20-latka. Do polskiej legendy przeszedł rewanż, a zarazem pojedynek numer dwa, do którego doszło w 1956 roku w Warszawie.
Jeśli z boksu zawodowego i z niektórych walk znane jest nam powiedzenie, że "śmierć unosiła się w powietrzu", to ten pojedynek odbyty na przedolimpijskim turnieju o Puchar Warszawy - naturalnie krótszy od zawodowych maratonów, zdążył mieć również niezwykłą dramaturgię. Pierwszy w tarapatach znalazł się Pietrzykowski, ale nie dał się wyliczyć. Z impetem zadawane ciosy raz po raz dochodziły celu, ale w drugiej odsłonie pojedynku boksujący bardziej na dystans nasz pięściarz wystrzelił świetną, bitą w tempo kontrą. Tym razem to Papp znalazł się na deskach, ale rozjuszony wrócił do walki i znów nacierał, chcąc ze wszystkich sił przełamać Polaka i odzyskać prowadzenie. Znakomicie dysponowany Zbigniew trafił jednak z chirurgiczną precyzją swoją "specjalnością zakładu", lokując bardzo mocny i precyzyjny lewy sierpowy, którym kompletnie zamroczył przeciwnika. "Lewa jak potężny taran spada na podbródek Pappa, Laszlo zakręcił się w miejscu, wpadł głową między liny i wreszcie zupełnie zamroczony padł na deski. Szybko jednak zerwał się. Rozlatane oczy, pląsający krok i opuszczona garda świadczą, iż jest niezdolny do dalszej walki. Koniec. Stary czempion przegrał. Przegrał wielki pojedynek, który go miał upewnić, iż do Melbourne pojedzie z szansami na trzeci złoty medal. Szał radości opanował salę. Sto lat śpiewają wszyscy od najmłodszych do najstarszych. Pietrzykowski promienieje radością, Stamm jest nie mniej wzruszony, niż sam zwycięzca, niż cała sala. Jeszcze raz odżywają niezapomniane chwile z pamiętnych mistrzostw Europy" - relacjonował wydarzenia z hali Gwardii na łamach Przeglądu Sportowego dziennikarz, Jerzy Zmarzlik.

Był to jeden jedyny raz w całej karierze Pappa, gdy wielki Papp został znokautowany.
Dwa miesiące później, 30 listopada 1956 roku, w półfinale igrzysk w Melbourne doszło do trzeciej i ostatniej potyczki dwóch godnych siebie pięściarzy. "Po raz pierwszy podczas olimpijskiego turnieju bokserskiego wielka hala West Melbourne Stadium wypełniła się do ostatniego miejsca" - pisał red. Zmarzlik. Tym razem nie napisał się tak wspaniały scenariusz, Pietrzykowski po dwóch liczeniach nie był w stanie odwrócić losów potyczki, "stary lis" w najlepszym możliwym momencie wziął rewanż. A później świętował trzeci z rzędu tytuł mistrza olimpijskiego. Asowi w polskiej talii przyszło szukać pocieszenia w brązowym medalu, swoim premierowym na igrzyskach.
- W momencie, gdy Zbyszek był bardzo bliski triumfu w Australii, cała nasza ekipa spisała się poniżej oczekiwań. Złożyło się na to kilka przyczyn: poważniejsze błędy w przygotowaniu, aklimatyzacja oraz choroba Stamma. Niepowodzenia w Melbourne szkoda było tym bardziej, że chwilę wcześniej w przedolimpijskim turnieju w Warszawie Zbyszek wygrał z Pappem przed czasem. Los chciał, że jako czterokrotny triumfator w Europie nie ukoronował swojej kariery złotym medalem olimpijskim - ubolewał Tadeusz Olszański.
Pietrzykowski i Papp w ringu rozpalali emocje, a później zostali serdecznymi kolegami, a wręcz można by było powiedzieć, że przyjaciółmi na odległość. Pani Dorota pamięta doskonale, jak dawno temu Węgier przyjechał do ich domu razem ze swoją żoną. Rodzinne relacje przetrwały i dziś kultywują je oba młodsze pokolenia, czyli dzieci dwójki legendarnych sportowców. Relatywnie niedawno misję ojca do domu przy ulicy Górniczej powtórzył Laszlo Papp junior, a nie dalej, jak w 2019 roku, doszło do uroczystego spotkania na Węgrzech.
Polsko-węgierska przyjaźń. Papp ponad Clayem
Na specjalne zaproszenie do Budapesztu wybrały się siostry Dorota i Jolanta, a okazją była specjalnie zorganizowana gala bokserska na okoliczność 93. rocznicy urodzin Laszlo Pappa, który odszedł do wieczności w 2003 roku. Wizyta wpisywała się także w obchody święta przyjaźni polsko-węgierskiej.
- Ugościli nas tam niesamowicie. Kiedyś już poznałam syna Pappa, bo był u nas w domu, ale na krótko, a tym razem spędziliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. Na konferencji prasowej pokazali film i to z tej walki z Pappem, którą tata wygrał. To nam pokazało, jak bardzo był honorowany, bo przecież Papp znalazł się wtedy na deskach. Piękny hotel, miałyśmy cały apartament. No przepięknie! Tam poznałam jednego z dynastii Habsburgów. Gościli nas prawie cały tydzień, a przewodnikami byli syn Pappa i jego żona. Byliśmy na grobie, zobaczyliśmy też jego pomnik w centrum Budapesztu. Zdziwiło nas, gdy żona Pappa powiedziała, że nie afiszują się tym, kim był teść, bo jako spadkobiercy są niefajnie traktowani, wskazując na zawiść i zazdrość. Doszło do tego, że ich syn w pracy w ogóle nie mówi o dziadku - opowiedziała pani Dorota.
- Tata zawsze dawał do zrozumienia, że z wszystkich rywali, jakich miał w swojej karierze, największym autorytetem cieszył się u niego Laszlo Papp. Twierdził, że to Węgier był najlepszy, a nie Clay - nadmienia.
Cassius Clay, czyli... Zbigniew Pietrzykowski właściwie nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego największy splendor zapewniła mu walka, którą przegrał. Przy czym właściwie tylko bazując na suchych danych można było rwać sobie włosy z głowy, jak to możliwe, że będący w życiowym momencie kariery niespełna 26-letni Polak, w olimpijskim finale w Rzymie dał się pokonać wcześniej szerzej nieznanemu 18-letniemu Amerykaninowi. Zawodnikowi, który już wtedy po raz pierwszy rzucił świat na kolana, a później został jednym z najsłynniejszych obywateli świata - Muhammadem Alim (to imię i nazwisko przybrał w 1964 roku wraz z przejściem na islam).

Początek walki pokazał, że Polak był świetnie dysponowany, ale nigdy wcześniej nie zmierzył się z przeciwnikiem tej klasy. Clay "latał jak motyl, żądli jak osa" i tak zamęczył Polaka swoim unikalnym stylem, opartym na wręcz niebywałej pracy nóg, tak że trzecia runda była już tylko walką o przetrwanie. Gdy cztery lata później, tuż przed tym, jak został Alim, po pokonaniu Sonny’ego Listona wydzierał się w niebogłosy: "wstrząsnąłem światem" i "jestem największy", świat już mu wierzył. Boks wkroczył w erę "The Greatest", geniusza boksu i showmana w jednym.
Pietrzykowski rzadko o tym mówił, ale do walki z Alim wyszedł bez ochraniacza na szczękę, która gdzieś się zawieruszyła. To dlatego dolnymi zębami przebił sobie wargę, co wywołało krwawienie i także wybiło go z rytmu. - Miał pretensje do sztabu, że sam miał jej sobie szukać. Mówił, że to także go zdeprymowało, bo tuż przed pojedynkiem zatracił pełną koncentrację. Jednak nigdy nie szukał w tym usprawiedliwienia, tylko niektóre rozmowy skłaniały go do tego, by opowiedzieć, że dławił się własną krwią i to odbierało mu wiele animuszu.
Muhammad Ali oniemiał. Spotkanie w Londynie
Prowadzący: "Minęło 18 lat od waszej walki, prawda? Widzieliście się od tego czasu?"
Ali: "Nie, nie. To niemożliwe, że ściągnęliście go tutaj z Polski".
Prowadzący: "Prosto ze swojego domu niedaleko Krakowa przyleciał do nas... Ziggy Pietrzykowski".
W ciągu kilkunastu sekund na twarzy Muhammada Alego niewiara ustępowała miejsca napięciu, a gdy po chwili specjalne elementy choreografii automatycznie się rozsunęły i zebranym ukazał się uśmiechnięty Polak, Amerykanin sprawiał wrażenie dziecka, które nagle otrzymało najbardziej wyczekiwany prezent.
"Nie, nie!" - krzyknął, poderwał się z krzesła i aż skoczył z radości. Po czym jego twarz nadal sprawiała wrażenie, jakby w pełni nie dowierzał, czy to jawa, czy sen. Pietrzykowski podszedł, podali sobie dłoń i od razu wpadli w objęcia. 36-letni Ali, będący wówczas na finiszu kariery, w jednej chwili przestawił się na taneczny tryb, uniósł obie pięści i zachęcił wielkiego rywala z przeszłości, by zademonstrowali kilka pokazowych akcji. 44-letni Pietrzykowski pokojowo rozłożył ręce i Amerykanin się powstrzymał. Żałował, że dzieli ich bariera językowa i od razu nie mogą zamienić kilku słów po angielsku. Opisane spotkanie miało miejsce w 1978 roku w jednym ze studiów telewizyjnych w Londynie.
Odkurzenie znajomości po tylu latach sprawiło, że już w kolejnym roku, w marcu lub kwietniu, państwo Pietrzykowscy na specjalne zaproszenie Alego wybrali się na tydzień na Półwysep Apeniński. Okazją był festiwal filmów sportowych w Dolinie Aosty, a konkretnie w miejscowości Saint-Vincent we Włoszech.
- Wówczas mieliśmy okazję poznać go osobiście i okazał się być naprawdę przyjacielskim człowiekiem. Wprawdzie na osobności nie bardzo umiałam się z nim dogadać, ponieważ nie znałam angielskiego, ale dzięki tłumaczowi znaleźliśmy wspólny język. Ali stwierdził, że mierzył się z wieloma wyśmienitymi zawodnikami w boksie amatorskim i zawodowym, ale takiego przeciwnika, jak Zbyszek, nie miał nigdy wcześniej, ani później. Te słowa zrobiły na nas wielkie wrażenie, zwłaszcza że Ali stwierdził, że mąż miał szansę z nim wygrać - opowiadała mi pani Halina Pietrzykowska.

Dodała, iż w tych prywatnych okolicznościach legendarny pięściarz miał wyznać, że jego wizerunek pod wpływem różnych sugestii został specjalnie wykreowany. Z jednej strony po to, aby jak najwięcej o nim mówiono, a z drugiej chciał w ten sposób dodatkowo potęgować strach u rywali jeszcze przed pierwszym gongiem. - Nie mieliśmy podstaw, aby mu nie uwierzyć, ponieważ przez cały okres naszego pobytu istotnie był bardzo serdecznym i wyjątkowo kulturalnym człowiekiem - dodała.
- Tuż przed tym wyjazdem mama pożyczała od koleżanek kreacje, bo tam cały czas trzeba było się przebierać i efektownie się stroić. Ali był tam z ówczesną żoną, a rodzice opowiadali, że był taką gwiazdą, iż cały czas miał przy sobie ochroniarzy - uśmiechnęła się córka. - Niedawno mój syn Piotr, będąc w USA z dziewczyną, wybrał się z kwiatami na cmentarz, gdzie spoczywa Ali. Niestety okazało się, że akurat w tym czasie cmentarz był zamknięty. Natomiast u mojego taty na grobie, gdy zmarł Ali, ktoś symbolicznie umieścił dwie flagi, polską i amerykańską.
Ali obdarował Polaka złotem. Trwały ślad w Bielsku
Historia relacji z Alim niedługo później miała jeszcze swój epilog, po czym napisała się historia, która do dzisiaj stoi na twardych fundamentach pod adresem, gdzie z panią Dorotą odbywamy rozmowę. Otóż na pożegnanie we Włoszech Ali sprezentował panu Zbigniewowi złoty medal, z którego wartości nasz as początkowo nie zdawał sobie sprawy. Zakładał nawet, że może to być tylko pozłacany podarek, aż któregoś dnia - jako że mniej więcej w tym czasie zaczęli budowę domu przy ulicy Górniczej i potrzebowali pieniędzy - gospodarz postanowił przekonać się, jaka jest wartość tego klejnotu.
- U jubilera okazało się, że jest to czyste złoto. Następnie rodzice komuś ten medal odsprzedali, ale miało być tak, że jak kiedyś staną finansowo na nogach i będą mieli pieniądze, to go odkupią. Niestety później ten złoty medal już nigdy nie wrócił, nawet nie pamiętam, jak on wyglądał. Rodzice się nie upominali, aż ta osoba zmarła i temat przepadł - mówi Dorota Pietrzykowska. Przy tej okazji jednak od razu prostuje narrację, którą kiedyś przedstawił przyjaciel jej taty, że pieniędzy z medalu wystarczyło na pół domu. - Uzyskali za ten medal wysoką wartość, ale nie aż tyle. Jak to przeczytałam, to żartobliwie pomyślałam sobie, że jeszcze przyjedzie do nas rodzina Alego przejąć połowę domu - roześmiała się córka.
- Tata majątku na sporcie nie zrobił, ale to może nawet i dobrze, bo pieniądze nieraz zmieniają ludzi - zaznacza pani Dorota. Tym niemniej na tle szaro-burej PRL-owskiej rzeczywistości, rodzina Pietrzykowskich była dobrze sytuowana. Pan Zbigniew, jako jeden z nielicznych w Bielsku, przemieszczał się samochodem, a w domu zawsze widać było powiew zachodu. - Jak wchodziła telewizja kolorowa, to sąsiedzi od razu zakładali, że będziemy ją mieli jako pierwsi. Telewizor, jeden z pierwszych telefonów, najpierw jeszcze na numer czterocyfrowy. Kiedyś były jakieś mistrzostwa, ja patrzę przez okno, a na drzewo wspiął się sąsiad i patrzył w nasz telewizor.
Duch Alego dużo wcześniej pojawił się w rodzinie, zanim przestronny dom stanął nieopodal Cygańskiego Lasu. Starsza z sióstr Jolanta pamięta jeszcze mieszkanie przy ulicy PCK, a później po jednym z osiągnięć sportowych pięściarz otrzymał w przydziale dodatkowy pokój. Wtedy czteroosobowa familia przeprowadziła się na ulicę Hanki Sawickiej, obecnie Towarzystwa Szkoły Ludowej, urządzając się w trzypokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze. - Tam mieszkaliśmy bardzo długo i mieliśmy pierwszego psa dobermana, który nazywał się Ali.

Dlaczego Ali? Tata z córkami pojechał pod adres, gdzie do sprzedaży były rasowe dobermany. Gdy wybrali tego, który im się najbardziej spodobał, od właścicieli usłyszeli, że akurat jest to pierwszy piesek z miotu, w związku z czym musi się wabić na literkę "A". - No to Ali - w sekundzie zareagowała głowa rodziny. I tak zostało.
- Tata chciał o tym powiedzieć Muhammadowi podczas spotkania, ale tłumacz wtrącił, żeby lepiej tego nie mówić, bo nie wiadomo, jak Ali to odbierze - roześmiała się pani Dorota.
Ali nie był groźny, ale bardzo często, gdy dzieci grały na podwórku, to przegryzał piłkę. - Przychodzili i tata od razu wypłacał, pamiętam tę kwotę, 29 złotych. I kiedyś przyszedł chłopak mówiąc, że Ali przegryzł mu piłkę, ale zawołał sobie 35 złotych. A tata mówi: "nie, piłka kosztuje 29 złotych". I tyle mu dał.
Bokserski ideał. Tylko ta kondycja...
Gdy kilka lat po zakończeniu wybitnej kariery zawodniczej Pietrzykowski został trenerem pięściarzy Wisły Kraków (w latach 1975-1982), zbliżyć się do niego i doskonale poznać zdołał Władysław Ćwierz. To sława bielszczanina sprawiła, że najpierw zdecydował się jeszcze przedłużyć karierę zawodniczą, a później oniemiał, gdy zaproponowano mu rolę asystenta takiej persony.
Podczas rozlicznych rozmów trener Ćwierz zawsze podkreślał, jaką ikoniczną postacią był Pietrzykowski. Poza klasą sportową, która nieprzerwanie działała niczym magia na wyobraźnię, był pod wrażeniem zwłaszcza osobowości i kultury bycia. Twierdził, że miał opinię rygorystycznego trenera, tak że początkowo chłopaki z drużyny narzekali na ciężkie treningi, ale on osobiście bardzo sobie cenił metody sumiennej pracy. Zapamiętał, że konikiem trenera stało się bieganie. Znając z autopsji wszystkie sztuczki, jak wystrychnąć na dudka sztab szkoleniowy, swoich podopiecznych rozliczał z każdego okrążenia. - To prawda, biegaliśmy bardzo dużo i Zbyszek tak bacznie nas obserwował, że nie dało się go oszukać. Pamiętam, jak stał na koronie starego stadionu Wisły, a my musieliśmy zasuwać tyle okrążeń, ile sobie zażyczył - wspominał trener Ćwierz.
O Pietrzykowskim usłyszałem kiedyś niezapomniane słowa, że był jak zlepek kilku pięściarzy z ich najlepszymi walorami, ale być może do kilku więcej spektakularnych zwycięstw brakowało mu jednego - jeszcze lepszej kondycji. Poza trenerem Ćwierzem, zwracali na to uwagę nieżyjący już dwukrotny mistrz olimpijski Jerzy Kulej, a także Marian Kasprzyk. 86-letni krajan czasy wspólnych obozów sportowych wspominał tak: - W Cetniewie biegaliśmy w parku i co któreś "kółko" Zbyszek chował się za drzewem. Nieraz się przejechał, bo trenerzy nas liczyli i od razu wiedzieli, kogo brakuje. Próbował przekonać trenerów, że musieli go przeoczyć, ale to złudne postępowanie, bo później wszystko wychodzi w ringu - opowiadał. Poza tą jedną słabostką również na wszystkie sposoby mnożył komplementy, wymieniając mnóstwo atutów w bokserskim rzemiośle wielkiej legendy.
Córka Dorota: - Docierało to do nas, ale tata się do tego nie przyznawał. Twierdził, że miał kondycję. A nawet jak z Clayem mu wysiadła, to mówił, że przecież przegrał na punkty. Twierdził, że jak inni biegali, to on też biegał, ale prawdopodobnie w Cetniewie to ściemniał i gdzieś uciekał. Nie przypominam sobie takiego momentu, by powiedział, że mógł sumienniej wypracowywać kondycję.
Zaproszony do pokoiku na piętrze, rozglądam się na wszystkie strony, bo cały wypełniony jest medalami, pucharami, wręczanymi już wtedy mniejszymi pasami, dyplomami, obrazami, zdjęciami, a nawet niezwykle pomysłowymi górniczymi figurkami, wręczanymi z racji przynależności klubowej, a odzwierciedlającymi rzemiosło pracy pod ziemią.
Z największą uwagą przyglądałem się medalom olimpijskim i trofeom za cztery tytuły czempiona Europy wraz z jednym brązowym. Za przeszkloną półką, podobnie jak cała meblościanka pamiętająca czasy pracy w Wiśle Kraków, skąd później przyjechała do Bielska, nie mogłem dostrzec jedynie srebra z rzymskiego finału. Sprawę szybko wyjaśniła pani Dorota.
- Akurat ten medal jest u mojego siostrzeńca. Tata jeszcze za życia wydał zgodę, bo wnukowi marzyło się, aby mieć przy sobie ten srebrny medal, wywalczony w pojedynku z Clayem.
"Nie lubił się wywyższać, ale wiedział, co jest wart"
Dziś jestem jednym z niewielu szczęśliwców, którzy mają przywilej napawać wzrok tymi wybitnymi trofeami. Ta myśl także towarzyszy mojej kustoszce, dlatego od razu po tym, jak wróciliśmy do stołu, przyznała, że sama zastanawia się, jakie kroki teraz poczynić.
- Szkoda, żeby to było w domu, gdzie nikt tego nie widzi. Lepiej byłoby gdzieś wydać w odpowiednie miejsce. Rozmawiałam kiedyś z panem z Muzeum Sportu w Warszawie o wypożyczeniu medali. Nie wiem, czy tam zmieniło się kierownictwo, bo później druga strona zaniechała kontaktu. Pierwszy raz spotkałam się z tym panem, nie pamiętam niestety nazwiska, w kwietniu 2023 roku z okazji nadania imienia taty hali sportowej tutaj w Bielsku wraz z obchodami 59. Dni Olimpijczyka. Później jeszcze parę razy dzwonił, po czym kontakt się urwał - mówi córka.
Spadkobiercy rozważają także opcję lokalną, podkreślając że prężnie działa Beskidzka Rada Olimpijska pod prezesurą pana Pilarza. A może stadion, gdzie także byłaby odpowiednia sala? - Coś wkrótce wymyślimy, bo dotąd mama mówiła, że dopóki żyje, chciałaby mieć je w domu. Dla taty Haluś była najważniejsza, ale to działało też w drugą stronę. Jaka ja byłam zła, gdy czasami kłóciłam się z mamusią, a tata zawsze brał jej stronę. Natomiast nigdy nie miałam poczucia pustki wynikającego z częstej nieobecności taty. Gdy przyjeżdżał, potrafił nadrobić ten czas.
Obecność w tym niewielkim pokoiku, tak mocno naznaczona całym życiem Pietrzykowskiego, raz jeszcze przywołała najdawniejsze wspomnienia. Sięgające lat dziecięcych.
- Tata w domu był ojcem, a nie zawodnikiem. A tym bardziej nie mistrzem. Był dobrym ojcem, dbał o nas i zawsze dostawałyśmy ładne prezenty. Z siostrą miałyśmy fantastyczne zabawki. Najbardziej pamiętam lalkę "Paulinkę" i klocki. Miałam już wtedy też barbie - roześmiała się z nostalgią. W przeciwieństwie do swoich rówieśników, co czasami wywoływało zazdrość, były też o tyle uprzywilejowane, że nieraz wyjeżdżały za granicę, co wiązało się z niezapomnianymi przeżyciami.
- Razu pewnego, gdy byłam dorastająca i miałam okres buntu, a tata czegoś nie pozwalał mi zrobić, wykrzyczałam mu: "już nie jesteś taki znany jak myślisz, mogę robić co chcę". A w tym czasie mieliśmy jechać gdzieś za granicę. Podjeżdżamy pod przejście graniczne, celnicy podchodzą i mówią: "dzień dobry, panie Pietrzykowski, proszę jechać". Tata wtedy spojrzał się na mnie, a ja udawałam że tego nie widzę, ani nie słyszę - przytoczyła anegdotę.

Miałem przywilej spotkać Zbigniewa Pietrzykowskiego kilka razy, głównie podczas corocznych turniejów "O Złotą Rękawicę Wisły" w Krakowie, na które był zapraszany w roli gościa honorowego. Pozornie ta jego charakterystyczna, bardzo wyprostowana postawa ciała, czyniła go niedostępnym. Wręcz miałem poczucie, że jest mu z tym dobrze, bo dzięki temu nie każdy nabierał odwagi, by podejść i nie musiał prowadzić niekończących się rozmów. Gdy jednak odchodziliśmy na bok, by troszkę oddalić się od zgiełku i hałasu, okazywał się być bardzo życzliwym rozmówcą.
- Tata był skromny, nie lubił się wywyższać, ale wiedział, co jest wart. Nie umniejszał sobie zasług i tego, kim był - mówi córka.
Tatusiowe i mamusine wychowanie. "Chcesz, żeby cię tak wyzywali?"
Nieoficjalny podział w domu był taki, że siostra Jolanta była mamusina, a pani Dorota - tatusiowa. To wiązało się z tym, że była wychowywana bardziej po chłopięcemu. Na przykład, chcąc mieć prawo jazdy, musiała już wcześniej umieć naprawiać samochód i dobrze go myć, więc całe godziny siedziała razem z nim w garażu, gdzie w wolnym czasie majsterkował. - Ale to mi się przydało, bo później, jak miałam pierwszego malucha, to faktycznie umiałam sobie przy nim dużo zrobić - nadmienia.
Wróciły wspomnienia z rodzinnych wyjazdów. Z domku w Tresnej nad jeziorem żywieckim, gdzie z rodzicami jeszcze bardziej zacieśniały więzi. Kajak, wspólne pływanie, gra w chińczyka...
Na czym jeszcze polegało to bardziej chłopięce wychowanie? - Jak byłam chora, to tata wrzucał mnie do gorącej kąpieli. Wypociłam się i wychodziłam zdrowa. I tak mam do dzisiaj. Mało co choruję, ale gdy coś mnie bierze, to idę do gorącej wody i to działa. On, jako pięściarz, w ten sposób robił wagę, czyli zrzucał zbędne kilogramy. I jeszcze jedno pamiętam, otóż tata nie miał cierpliwości do nauki. Jak uczył mnie jeździć na rowerze, to przytrzymał mi go, kazał usiąść, po czym popchnął rower. I tyle, dalej uczyłam się sama.
Córka Jola miała z kolei taki okres, gdy bardzo chciała zostać sędzią bokserskim. W owych czasach to byłby swego rodzaju precedens, ale nie to sprawiło, że tata jej nie pozwolił. Głosem niedopuszczającym sprzeciwu użył następującego argumentu: - Chcesz, żeby cię tak wyzywali? - pani Dorota przez chwilę zanosiła się śmiechem, a ja razem z nią. - Natomiast nigdy nie chciałyśmy boksować. Tutaj tata nawet nie musiał wkraczać do akcji.
Kroczenie olimpijskim szlakiem Pietrzykowski zakończył drugim brązowym medalem w Tokio w 1964 roku, gdzie zdaniem Mariana Kasprzyka był najbliżej wdrapania się na Olimp. Jego zdaniem w półfinale dała znać o sobie szlachetność przyjaciela, bo mając na widelcu reprezentanta ZSRR Aleksieja Kisielowa, dał mu dojść do siebie i złapać drugi oddech. Mógł pojechać na jeszcze jedne igrzyska, w 1968 roku w Meksyku, ale sam uznał, że już nie był pewny swojej formy, a nie chciał pozostawić po sobie złego wrażenia.
Zobacz również:
Fenomenalny jest natomiast ten dorobek medali mistrzostw Europy, rozpoczęty od brązu w Warszawie, przez kolejne cztery złote. Swoje królowanie na Starym Kontynencie zapoczątkował w Berlinie Zachodnim w 1955 roku (kat. lekkośrednia), a zakończył w Moskwie w 1963 roku (kat. półciężka). Dopiero w domu, który ukończył budować w 1983 roku, dowiedziałem się, że tak naprawdę "wywalczył" jeszcze jeden życiowy skalp, a wydarzenie miało miejsce w 1993 roku.
- Tata najbardziej chwalił sobie mistrzostwa Europy, a gdy został posłem z ramienia BBWR-u powiedział, że to tak, jakby zdobył piąty tytuł mistrzowski - zaznaczyła córka. Istotnie, metalowa plakietka z ławy parlamentarnej ma swoje honorowe miejsce na tej samej półce, co najważniejsze trofea.

Dosyć dobrego wynagrodzenia dzięki boksowi w końcu doczekał się, gdy trenował aktora Willema Dafoe do głośnego filmu "Zwycięstwo ducha". Akcja amerykańskiej produkcji toczy się za drutami obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Dafoe wcielił się w postać Salamo Aroucha, greckiego Żyda z Salonika, który walczył by przeżyć, a zwyciężał dla porcji jedzenia.
Choroba
- Gdy wyczuwaliśmy, że chyba coś niedobrego zaczyna się dziać, tata był sprytny i próbował nas przechytrzyć - tak początki choroby Alzheimera wspomina pani Dorota. Wcześniej to mu się nie zdarzało, a coraz częściej można go było przyłapać na tym, że czegoś zapomniał.
Gdy ktoś próbował wziąć go sposobem i zapytać, kiedy dane zdarzenie miało miejsce, zachowywał się jak w najlepszych latach kariery, gdy sam był asem kontry. - Ja dobrze pamiętam, który to był rok - odpowiadał.
Któregoś razu rodzina sposobem doprowadziła do konsultacji z neurologiem. Przy nim też próbował blefować, ale po rozmowie specjalista nie miał dla córek dobrych wieści: "To jest alzheimer". Ten wielki mistrz, który nie znosił przegrywać i kiedyś do skutku potrafił grać w karty, głównie w remika, aż w końcu wygra, teraz siedział przy tym samym stole w salonie i bez końca liczył stare pieniądze. A gdy zasłyszał w telewizji, że jest dzień kobiet, wziął dwa banknoty sprzed denominacji i wręczył, po jednym, żonie i córce. Gdy tego słuchałem, powracały moje wspomnienia. Miałem prababcię, która też zapadła na tę chorobę i w poważnym stadium, stając przed lustrem, przestała poznawać siebie. Wymieniliśmy się z panią Dorotą wieloma osobistymi doświadczeniami.
- Boże kochany, w ostatnim czasie żal było patrzeć na męczarnię Zbyszka. Nie mogłem uwierzyć, co choroba może zrobić z człowiekiem... - smucił się Kasprzyk.

Zbigniew Pietrzykowski zmarł 19 maja 2014, pochowany na cmentarzu parafii Opatrzności Bożej w Bielsku-Białej. To, jaki był, oddaje także płyta nagrobna. Nie ma na niej ani jednego słowa o tym, że tu leży gigant nad gigantami. Jeden z najznakomitszych pięściarzy, jakich wydała polska ziemia. Z lewej strony, na dole krzyża, wygrawerowane dwie niewielkie rękawice. Ot, symbolika. I jego zdjęcie w bokserskiej pozycji. Tyle.
Marian Kasprzyk: - Zbyszek nie jest jednym z najwybitniejszym pięściarzy w naszej historii, ale moim skromnym zdaniem zasłużył na tytuł najlepszego. Dwa złote medale olimpijskie Jurka Kuleja oczywiście mają swoją wymowę, ale to naprzeciwko Zbyszka stawali najtrudniejsi rywale na arenie międzynarodowej, prawdziwe gwiazdy tamtych lat.
Wilkowice zawstydziły Bielsko-Białą. "Za życia na piedestale"
Ponad dwa lata od śmierci, w 2016 roku, odbył się I Memoriał upamiętniający legendę. Jednak nie w Bielsku-Białej, które nieodżałowany sportowiec rozsławiał na całą Polskę i świat, ale w Gminnym Ośrodku Sportu i Rekreacji w Wilkowicach. Związek z tą miejscowością zapoczątkowała mama, pani Jadwiga, ucząc w tamtejszej szkole. Natomiast pan Zbigniew, choć stoczył tam kilka pojedynków, nigdy nie był mieszkańcem tej miejscowości, ale często przyjeżdżał do tamtejszej szkoły na spotkania z młodzieżą.
- Byłam bardzo wdzięczna wójtowi i całej radzie, że pierwszy memoriał na cześć mojego męża wreszcie doszedł do skutku - mówiła mi wtenczas wzruszona wdowa, pani Halina.
Dlaczego Wilkowice, a nie Bielsko-Biała? - Wie pan, ja sama zastanawiam się, dlaczego w Bielsku-Białej nikt nie wpadł na taki pomysł, ale co zrobić... W sumie ludziom decyzyjnym powinno coś zaświtać w głowach, ponieważ styczniową uchwałą zarządu Polskiego Związku Bokserskiego rok 2016 został ustanowiony rokiem mojego męża. Zobaczymy, co wydarzy się w przyszłości - dodała, nie kryjąc rozczarowania.
Córka Dorota: - Tutaj mamy duże pretensje. Gdy tata żył, zawsze był na piedestale, wszystko zawsze odbywało się z wielką pompą. Kiedyś, na spotkaniu z władzami miasta już po śmierci taty, powiedziałam, że bardzo się dziwię, iż za życia był chlubą i miasto lubiło się nim chwalić, a teraz jakby wszyscy o nim zapomnieli. Był przy tym obecny pan prezydent, z którym mamy dobre relacje. Do dzisiaj w Bielsku-Białej nie odbyła się ani jedna edycja memoriału. Gdyby Tadek Pilarz nie zajął się sprawą nadania jego imienia hali, na co pan prezydent wydał zgodę i miasto wyremontowało ścianę, to do teraz pewnie nic by nie było. W Straconce jest tylko pomnik olimpijczyków z taty tablicą, ale to dzieło rady olimpijskiej - nie kryje smutku córka. W minionym roku niestety także w Wilkowicach nie odbył się memoriał, ponieważ zaangażowanemu w sprawę głównemu organizatorowi zabrakło sponsorów.
Tak bardzo chciałem spotkać się z panią Haliną, by wreszcie móc poznać ją osobiście. Nie zdążyłem... Zmarła 23 stycznia 2025 roku.
*Wypowiedzi śp. Haliny Pietrzykowskiej, śp. Tadeusza Olszańskiego oraz panów Mariana Kasprzyka, Jerzego Rybickiego i Władysława Ćwierza zaczerpnąłem z moim dawnych publikacji m.in. w "Dzienniku Polskim".
Artur Gac, Bielsko-Biała
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl















