Reklama

Reklama

Matka prosiła go żeby nie nokautował rywali. Został dżentelmenem ringu

W rocznicę śmierci wspaniałego pięściarza Zbigniewa Pietrzykowskiego, przypominamy siedem powodów dla których warto go pamiętać

Zbigniew Pietrzykowski zmarł dokładnie osiem lat, temu - 19 maja 2014 roku. Dlaczego warto pamiętać tę wspaniałą postać polskiego sportu?

Po pierwsze: trzy razy z rzędu zdobył medal olimpijski

Trzy starty na igrzyskach przyniosły trzy medale. Ilu sportowców może pochwalić się takim osiągnięciem? W Melbourne w 1956 roku, jako 21-latek zdobył brąz kategorii lekkośredniej, w półfinale przegrał ze słynnym Laszlo Pappem. Cztery lata później, w Rzymie, wywalczył srebro w kategorii półciężkiej, opowiadamy o tym w punkcie trzecim. Z kolei w Meksyku, w 1964 roku znowu był brązowy, bo w półfinale przegrał - co było niespodzianką - z Aleksiejem Kisielowem ze Związku Radzieckiego. Pietrzykowski był ulubieńcem słynnego trenera Feliksa Stamma. "Papa" nazywał go "Piskorzem", bo był trudny do trafienia i wyślizgiwał się rywalom. Był mańkutem, walczył z odwrotnej pozycji i to też było jego siłą. 

Reklama

Po drugie: cztery razy był mistrzem Europy w trzech kategoriach wiekowych

Pięć startów w mistrzostwach Europy przyniosło pięć medali, w tym cztery złote. Tylko w debiucie, podczas turnieju w Warszawie był brąz w wadzie lekkośredniej (w półfinale przegrał z Anglikiem Bruce'em Wellsem). To był niezwykłe mistrzostwa, Stalin nie żył od dwóch miesięcy, bezpieka szalała, ale w jeden dzień - 24 maja 1953 roku - Polacy zdobyli pięć złotych medali To był sukces, przecież nastolatek wcześniej nigdy nie walczył z zagranicznym rywalem! A potem było już tylko najwyższe podium: 

- w Berlinie Zachodnim w wadze lekkośredniej w 1955. Jak opisuje Leszek Błażyński w "Pięściach Anioła" - świetnej biografii poświęconej Pietrzykowskiemu, bokser musiał nieźle się wysilić żeby zrzucić 3 kg. Najpierw wchodził na kwadrans do wanny z gorącą wodą. Potem wskakiwał do łóżka na godzinę, przykrywając się kołdrą i kocami. Przed wypoceniem odżywiał się żółtkami z cukrem, pił sok z cytryny i herbatę. Takie zabiegi stosował ponad tydzień. Pomogło. W pierwszej walce rozbił reprezentanta gospodarzy Hansa Rienhardta, który w przerwie po pierwszej rundzie zrozumiał, że nie ma szans; W finale Polak pokonał Ormianina Dżaneriana.

- w Pradze w wadze średniej w 1957 - w finale pokonał Jugosławianina Dragoslava Jakovljevicia;

- w Lucernie w wadze półciężkiej w 1959 - w finale pokonał Rumuna Gheorge Negreę;

 - w Belgradzie w 1961 - nie... wystartował ze względu na naukę. Zaocznie ukończył Technikum Przemysłu Spożywczego w Szopienicach i zdał maturę;

- w Moskwie w wadze półciężkiej w 1963 - w finale pokonał reprezentanta gospodarzy - Dana Pozniaka.

W mistrzostwach świata nie miał okazji się wykazać, bo w czasie gdy startował nie były jeszcze rozgrywane. 

Po trzecie: stoczył wspaniałą walkę z najsłynniejszym pięściarzem świata wszech czasów

W finale igrzysk w Rzymie Pietrzykowski bił się z olśniewającym talentem Cassiusem Clayem, który przejdzie potem do historii jako Mohammad Ali. Amerykanin łamał wiele obowiązujących wówczas bokserskich kanonów, ale to nie było ważne, bo zachwycał publiczność i był skuteczny. Polska ekipa nie miała pojęcia, że ten osiemnastolatek stanie się legendą boksu. 

Wyszedł do ringu bez ochraniacza na zęby, jego ekipa o nim zapomniała. Sfrustrowało to Polaka. Pietrzykowski zaczął jednak świetnie, trafił mocno rywala, ale na nim nie zrobiło to wrażenia. Potem naszemu pięściarzowi zabrakło kondycji, stoczył jedną walkę więcej niż Clay. Po dwóch rundach prowadził na punkty, ale nie miał już sił i... chciał się poddać. Stamm na to nie pozwolił, ale w trzeciej rundzie Clay wszystko z naddatkiem odrobił. Po walce bardzo zmęczony Pietrzykowski wisiał na linach. W wywiadach zawsze podkreślał, że rywal zwyciężył zasłużenie. Dla Amerykanina był to ostatni pojedynek na amatorskich ringach, rozpoczął wspaniałą karierę zawodowego pięściarza. Potem obaj pięściarze jeszcze się spotykali, darząc szacunkiem;

W 2001 roku przylecieli do Bielska-Białej żeby nakręcić spot reklamowy "Nikt nie pamięta kto był drugi". Oprócz Pietrzykowskiego wystąpili w nim Sergio Oliva, najlepszy kulturysta świata, którego pokonał potem Arnold Schwarzenegger oraz Alan Bean, który stanął na Ksieżycu niecałe pół roku po Neillu Armstrongu. 

Po czwarte: był mistrzem Polski aż jedenaście razy

To cała epoka: między 1954 a 1965 mistrzem nie był zaledwie raz: w 1958 roku. W wadze lekkośredniej najlepszy był w 1954, 1955 i 1956. W średniej - w 1957, a w półciężkiej - w latach 1959-1965. Żaden polski pięściarz nie zdobył więcej tytułów mistrza Polski, a jego rekord wyrównał w 2005 Andrzej Rżany, który nie dorównuje jednak Pietrzykowskiemu międzynarodowym dorobkiem.

W latach 1954-67 zwyciężył we wszystkich pojedynkach ligowych, przez prawie 15 lat nie przegrał z innym Polakiem! Co za seria!

CZYTAJ TAKŻE: Dzięki boksowi można być lepszym człowiekiem

Po piąte: jest rekordzistą pod względem występów w reprezentacji Polski

Walczył w niej 44 razy, wygrywając 42 pojedynki i przegrywając dwa. Łącznie stoczył 350 walk, z których 334 wygrał, 2 zremisował i 14 przegrał.

Po szóste: udowodnił, że... nie zawsze trzeba słuchać starszego brata

Mistrz wychował się w rodzinie inteligenckiej, mama (co ciekawe - z domu... Pietrzykowska) była nauczycielką. Z boksem zetknął się po raz pierwszy jesienią 1950 w Bielsku-Białej. Jego starszy brat, Wiktor, na którego wołali "Wirek" chodził na boks do Bielsko-Bialskiego Towarzystwa Sportowego, nie zgadzał się jednocześnie na wspólne trenowanie w sekcji. Bał się, że młodszy o pięć lat brat przyniesie mu wstyd. Zbyszek zapisał się więc w tajemnicy do nowopowstałej sekcji bokserskiej Bialskiego Klubu Sportowego. Ostatecznie - kiedy okazało się, że ma talent, robi postępy - Wiktor ściągnął go do BBTS-u.

Po siódme: nigdy nie chciał ośmieszyć rywala

Pietrzykowski miał na polskich - i nie tylko - ringach olbrzymią przewagę. Nie chciał jednak kończyć pojedynków przed czasem, często oszczędzał rywali, a polskim kibicom to się nie podobało. Zdarzało się, że wygwizdywali pięściarza. Na krytykę zareagowała jego matka, która w latach 50. wysłała list do radia. Jej słowa cytuje Leszek Błażyński. "Mój syn realizuje marzenia zgodnie z rodzicielską radą, idąc na szczyt, ale nie po trupach. Byłoby mi przykro gdyby Zbyszek nadużywał siły wobec słabszych. Nie tak został wychowany" - pisała Jadwiga Pietrzykowska. Jego postawa ostatecznie znalazła uznanie. W 1963 roku, w plebiscycie "Sztandaru Młodych" i Klubu Dziennikarzy Sportowych pięściarz został wybrany najbardziej dżentelmeńskim sportowcem roku. Potem dostał też nagrodę Fair Play.  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL