Reklama

Reklama

Mateusz Borek: Wasilewski chce zafundować sportowy pochówek Adamkowi

- Boks to biznes, w którym jest wielu hochsztaplerów, udających kogoś innego niż są w rzeczywistości. Udają bogatych, a tak naprawdę tylko patrzą, żeby coś urwać promotorowi lub zawodnikowi. Tu każdy o każdym gada, temu zawsze towarzyszy polityka, kulisy, gierki, intrygi i drugie dno - mówi w bezkompromisowej rozmowie z serwisem eurosport.interia.pl dziennikarz Mateusz Borek, od niedawna promotor w boksie zawodowym.

Artur Gac, eurosport.interia.pl: Co, od pewnego czasu, w największym stopniu poróżnia pana z promotorem Andrzejem Wasilewskim? Innymi słowy, co jest osią niezgody, która momentami mocno przybiera na sile?

Mateusz Borek, dziennikarz Polsatu i promotor bokserski: - Myślę, że ludziom czasami jest bardzo ciężko przyzwyczaić się, że zmienia się sytuacja w płaszczyźnie ich działania. Andrzej Wasilewski zrobił bardzo dużo dobrego dla polskiego boksu, na tej dyscyplinie sportu się wychował, kocha ją i się zna. Tego mu nigdy nie odmówię, z tym że przez lata był "królem lwem" na polskim rynku. Nie wiem, czy nie przyzwyczaił się do braku konkurencji, czy wcześniej tych, którzy pojawiali się na rynku, nie traktował w kategorii poważnego zagrożenia.

Reklama

A panu jaki przyświeca zamiar?

- Na pewno nie taki, by robić zamach na biznes Andrzeja. Natomiast nikt mi nie może odmówić prawa do tego, że jeśli mam ochotę realizować swoje zainteresowania i pasję, to chcę się w tym sprawdzić. Używam do tego swoje zdolności promowania oraz umiejętności pozyskania partnerów biznesowych, co niewątpliwie robię trochę inaczej od niego. Nikt nie ma prawa się wtrącać, a jeśli już ktokolwiek, to na pewno nie Andrzej Wasilewski.

Co chce pan przez to powiedzieć?

- Uważam, że na każdym rynku jest miejsce dla wielu promotorów, na gale mniejsze i większe, o różnym kształcie biznesowym. Jeden woli od początku wychowywać zawodników i wystawiać ich na małych galach, by następnie wchodzić w kooperację z istotnym graczem. Drugi woli przyjść na gotowe, trzeci odkurzyć stare gwiazdy, a czwarty ma prawo mieć przeświadczenie, że można zebrać z rynku zawodników z różnych grup promotorskich i sprawdzić się w roli dobrego organizatora, dobrego matchmakera, człowieka wiarygodnego oraz osoby, która stworzy niestandardową promocję swojej gali.

Pan chce hołdować ostatniemu modelowi?

- Owszem, to najbliższy mi wariant. Niemniej z pewnym zdziwieniem czytam wypowiedzi Andrzeja. Pamiętam pierwszą sondę w polskich mediach, gdy stało się jasne, że to ja organizuję galę Polsat Boxing Night w Gdańsku. Zapoznając się z opinią polskich promotorów poczułem się fajnie, w wypowiedziach panował jednogłos i wydawało się, że wszystko zmierza we właściwą stronę. Teraz sytuacja jest inna, zaczęły padać niepotrzebna słowa...

Zgoda, ale absolutnie nie można powiedzieć, że w gorących dyskusjach i zaciekłych polemikach pan jest barankiem.

- Nie jestem, bo na pewne rzeczy sobie nie pozwolę. Jeśli pracy nad galą poświęcam cztery miesiące, co kosztuje mnie mnóstwo nieprzespanych nocy i walczę o budżet, a na koniec i tak podejmuję ryzyko finansowe, to nie życzę sobie, by ktoś dezawuował mój wysiłek. Do tej pory przez wiele lat bardziej pomagałem polskim promotorom niż im przeszkadzałem, choć nie zgadzałem się z wszystkimi zasadami funkcjonowania ich biznesu.

Z czym się pan nie zgadzał?

- Nie podobało mi się nabijanie rekordów oraz to, że za dużo w tym wszystkim jest polityki i dyplomacji przy doprowadzaniu zawodników do walk o mistrzostwo świata bez poważnych przetarć. Przecież Andrzej Wawrzyk, zanim zmierzył się z Aleksandrem Powietkinem, boksował co najwyżej z przeciętnymi rywalami. To samo stało się z Pawłem Kołodziejem. Nawet Artur Szpilka nie przeszedł modelowej drogi do najlepszej w swoim życiu walki z Deontayem Wilderem. Najbliżej właściwej drogi był Krzysztof Głowacki, którego zawsze ceniłem jako sportowca. Podobał mi się jego charakter i zawziętość, czego efektem było znokautowanie po niesamowitej walce Marco Hucka. Za to pełen szacunek.

Dlaczego tak zdecydowanie nie uderzył pan w te tony wcześniej, gdy jako dziennikarz był pan blisko tych decyzji i wydarzeń? Pewne rzeczy się panu nie podobały, ale koniec końców swoim nazwiskiem na antenie stacji stemplował pan owe wybory.

- Wiele tego typu kwestii wypowiadałem na antenie. Przecież nieraz iskrzyło w studiu telewizyjnym, m.in. w programie "Puncher". Po prostu wtedy nie chciałem nikogo w sposób agresywny atakować, bo sam uczyłem się tego sportu od innej strony, obcując z największymi galami na świecie i w Polsce. Oceniam, że Andrzej na pewno zgrabnie porusza się w świecie dyplomacji bokserskiej, bo przez lata jako jedyny z Polski jeździł na niemal wszystkie konwencje i kongresy. Przyznam, że kiedyś sam miałem okazję być na takim zjeździe federacji WBC w Chengdu w Chinach, przy okazji walki Andrzeja Gołoty z Rayem Austinem. Tam zobaczyłem, jak to wszystko się odbywa.

Co najbardziej pana zaskoczyło?

- Że można przesuwać zawodników o 20-30 miejsc w rankingach, bez stoczenia choćby jednej walki.

Co było potrzebne, by wykonać taki manewr?

- Wystarczy mieć znajomych dwóch-trzech wpływowych matchmakerów. Odbywało się to w taki sposób, że osoba z komisji WBC wyczytywała miejsca poszczególnych zawodników, po czym kierowała zapytanie do sali, czy ktoś się z tym nie zgadza. Wówczas wstaje matchmaker, który ma znane nazwisko i współpracuje z danym promotorem, tłumacząc, że jego zdaniem określony zawodnik powinien być zdecydowanie wyżej w zestawieniu, ponieważ ostatnio zdobył np. pas "Baltic" lub "młodzieżowe mistrzostwo świata". - To na którym miejscu widziałby pan zawodnika, który w tej chwili zajmuje 35. miejsce? - pyta facet z komisji matchmakera. - Na piątym - odpowiada. Zaczyna się kilkuminutowa narada, po czym pada propozycja, że może awansować na 13. pozycję. - Zgadzam się - akceptuje matchmaker. Czy to jest normalne? Nie, to właśnie są te absurdy, przeciwko którym się buntuję, ale mówimy o bardzo dużym układzie biznesowym.

Wróćmy na krajowe podwórko i pana debiutancką galę w Gdańsku z czerwca zeszłego roku.

- Od razu muszę powiedzieć, że Andrzej Wasilewski chciał robić tę galę ze mną, ale ja tego nie chciałem.

Dlaczego?

- Bo uznałem, że chcę to zrobić jako swój osobisty projekt i albo się na tym sparzyć, albo lepiej poznać materię i zostać.

Czy tak było do końca? Chyba jednak miał pan głównego partnera w osobie innego promotora, czyli Mariusza Grabowskiego.

- Tak, Mariusz pomagał mi organizacyjnie, bo okazało się, że dla mnie pewne rzeczy, które powinny być oczywiste w wyniku podpisania umowy na wynajem hali, wcale takie oczywiste nie są dla drugiej strony. Podam prosty przykład: kilka dni przed galą zadzwonił do mnie ktoś z Ergo Areny z informacją, że jeśli chcę zorganizować konferencję i ceremonię ważenia, to muszę dodatkowo zapłacić za gumy, które pokryją parkiet. To wymagało dopłaty około 2 tysięcy złotych, co uczyniłem. Problem w tym, że na godziny przed rozpoczęciem wydarzenia medialnego okazało się, że ważące kilkaset kilogramów gumy leżą w rogu sali. Gdy zadzwoniłem, poinformowano mnie, że w cenie nie było robocizny i musieliśmy sami wziąć się do roboty. W takich aspektach pomagał mi Mariusz, natomiast absolutnie nie był zaangażowany pod względem finansowym. Pewnie czuł się zobowiązany, że zaprosiłem na kartę walk kilku jego zawodników, co niewątpliwie dało im promocję. Przy okazji na mój temat pojawiły się krzywdzące opinie.

Które były najbardziej bolesne i czego dotyczyły?

- Rzekomo zostałem wystawiony przez Telewizję Polsat, będąc tylko twarzą gali i udawałem promotora, a tak naprawdę wszystko sfinansował Polsat. Jeszcze raz chciałbym to zdementować. Prawda jest taka, że przez dłuższy czas zabiegałem o rolę organizatora, rozmawiałem z ludźmi decyzyjnymi i faktycznie przez pewien okres nie było zgody na moją galę, aż któregoś dnia pojawiło się zielone światło. Być może to dlatego, że koniunktura na boks zawodowy trochę spadła i Polsat może nie miał przekonania, że warto angażować kilkudziesięciu ludzi w organizację PBN, wobec czego dostałem szansę.

Jest trochę prawdy w tym, że organizację tej gali wykorzystał pan jako okazję do dania prztyczka w nos Wasilewskiemu, a jednocześnie by okazać sympatię i wsparcie Grabowskiemu?

- Czy ja wiem... Przecież od Andrzeja wziąłem dwóch zawodników, dając okazję zaboksować Krzysztofowi Głowackiemu i Maciejowi Sulęckiemu. Rzecz jest w czym innym: idea PBN zakłada, żeby pod tym szyldem zawsze boksowali zawodnicy z różnych grup promotorskich. Wydawało nam się, jako Polsatowi, że zasada jest święta. Po raz pierwszy to "sacrum" zostało złamane we wrześniu 2016 roku na gali z walką wieczoru Głowackiego z Ołeksandrem Usykiem, gdy Wasilewski niejako wypożyczył markę PBN. Dzięki temu, co jest udowodnione biznesowo, zainteresowanie galą i sprzedaż wydarzenia były wyższe. "Wdzięczność" Andrzeja polegała na tym, że na tej gali nie zaproponował walki nikomu spoza swojej grupy.

Jakiś czas temu Andrzej Wasilewski w nawiązaniu do animozji z panem napisał: "optykę mamy zdecydowanie podobną, tylko że nagle pojawiła się barykada, a my dziwnym trafem zostaliśmy po dwóch jej stronach". Jak interpretuje pan te słowa promotora? Istotnie ktoś zasiał między wami ferment i was poróżnił?

- Andrzej Wasilewski jest mocną osobowością i dużym indywidualistą.

A Mateusz Borek?

- Ja też jestem silnym indywiduum. Dlatego uważam, że bardzo ciężko byłoby nam współpracować, bo do tego każdy z nas ma trochę inną wizję promowania biznesu oraz inny pomysł na stworzenie karty walk. Znając Andrzeja, on przede wszystkim "ciągnie" promocję swoich zawodników, a ponadto prawdopodobnie mielibyśmy duże różnice zdań, jeśli chodzi o wartość sportową rywali. On zawsze z tyłu głowy ma to, że za chwilę może przyjść wielka szansa zarobienia kasy za granicą i trzeba minimalizować ryzyko porażki. Załóżmy przez chwilę, że zrobiłbym to z Andrzejem, to jakie byłyby głosy? Że Borek przykleił się do Wasilewskiego, wykorzystał jego doświadczenie i tylko udaje promotora. Jest szereg elementów, które nie mogłyby do siebie pasować.

Jakie jeszcze?

- Andrzej od pewnego czasu ma chęć zafundowania sportowego pochówku Tomkowi Adamkowi.

Pana to mocno boli?

- No tak. Bo choć Tomek ma 40 lat, jest bogaty i spełniony, ale nadal chce mu się boksować i przez tyle lat jest wobec mnie lojalny, to naszą sprawą jest, czy wciąż będzie wchodził do ringu. Jak ktoś mówi, że Adamek nie powinien boksować, bo jest stary, taki i owaki, to ja pytam: gdzie są zawodnicy w szczycie kariery; jak zostali wypromowani; ile są w stanie sprzedać biletów na galę i jakie wzbudzają zainteresowanie? Przecież widzę na własne oczy, ile biletów na gale sprzedaje Adamek, a ile Włodarczyk lub Głowacki.

Spójrzmy na sprawę z innej strony. Zamiast wydawać pieniądze na Adamka, z całym szacunkiem do "Górala", który - umówmy się - już nie rokuje na przyszłość, można by pieniądze z walki wieczoru byłego mistrza świata przenieść na 2-3 inne walki czołowych polskich pięściarzy, w interesie szeroko pojętego dobra polskiego boksu.

- To jest publicystyka, bo chyba nie można oczekiwać, że Mateusz Borek będzie przenosił pieniądze swoje oraz swoich partnerów na zawodników Wasilewskiego po to, by jemu zrobić dobrze. Proszę pamiętać, że Andrzej zarezerwował datę 2 grudnia 2017 roku i miał zorganizować galę w systemie pay-per-view. I w momencie, gdy wypadła mu tak naprawdę nic nieznacząca sportowo walka Szpilki z Krzysztofem Zimnochem, skasował projekt, który sobie "wychodził". Przez to nie doszła do skutku także moja gala, planowana na początek grudnia, z pojedynkiem wieczoru Adamek - Dereck Chisora. Po prostu Andrzej przekonał partnera telewizyjnego, że jego karta może być ciekawsza, ale temat się rozsypał, czego konsekwencją był brak jakiejkolwiek dużej gali w drugiej połowie roku. I niech nikt nie próbuje mnie przekonywać, że nie miał alternatywy po porażce Szpilki z Adamem Kownackim i "wbiciu w ziemię" Zimnocha przez Joeya Abella. Można było w Krakowie zorganizować walkę eliminacyjną do tytułu Maciejowi Sulęckiemu, dać zaboksować Głowackiemu, zrobić eliminator Łaszczykowi, dużą walkę Szymańskiemu oraz obronę mistrzostwa świata Ewie Piątkowskiej.

To w czym, pana zdaniem, tkwił problem?

- Andrzej mówi w wywiadach o sporcie i wielkich szansach, a potem liczy, że ktoś za te szanse jego zawodnikom zapłaci. I najlepiej, żeby to był inny promotor w Polsce lub ktoś z zagranicy. A sam nie ma przekonania, że warto stworzyć taką kartę walk, bo boi się, że nie sprzeda biletów oraz pay-per-view. Dlatego w momencie, gdy wysypała się walka Szpilki z Zimnochem, wokół której próbowano po latach wzniecić trochę złej krwi i wmawiać Polakom, że to będzie świetny pojedynek, skończył się pomysł na PBN i cała gala legła w gruzach.

Jest Sulęcki i Głowacki, ale tu dochodzimy do innego problemu. Ich promotorzy należycie nie wypromowali ani nie promują tych zawodników. O byłym mistrzu świata "Główce" z szerokiego ogółu kibiców mało kto słyszał, a Sulęcki, poza kibicami boksu, to już w ogóle, bez obrazy dla jego klasy sportowej, zupełny no-name.

- A kto powinien zadbać o ich należyte wypromowanie? To proste jak drut. Przecież te wszystkie inicjatywy promotorskie, które w ostatnim czasie proponuję pod szyldem MB Promotions, nie spadają z nieba. Ja to muszę wymyślić, wyprodukować, zapłacić za to i zachęcić zawodników, że warto się w to zaangażować. W formie wydania polecenia lub zapisania w kontrakcie, że są do promocyjnej dyspozycji moich ludzi o każdej porze dnia i nocy, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Głowackiego możemy lubić, ale...

- Doskonały przykład. Ja Krzyśka bardzo lubię, dogadaliśmy się z Andrzejem na jego czerwcowy występ, ale szczerze? To najgorszy zawodnik do współpracy przy Polsat Boxing Night; siedem razy odwołane zdjęcia, trzy razy nie miał czasu i wszystko na szybko bez wpuszczania kamery w te miejsca, gdzie chciałem, by móc pokazać go z innej strony. No niestety, jeśli ktoś dzisiaj uważa, że nie musi się promować i sprzedawać biletów, to jego sprawa, tylko musi się liczyć, co się stanie w przypadku pierwszego sportowego potknięcia i w ogóle chęci zarabiania dużych pieniędzy. Chciałbym się dowiedzieć, jaka jest przyszłość Łaszczyka, gdzie jest Szymański, który teraz nie będzie boksował na gali Andrzeja, tylko w Poznaniu; co stało się z Wawrzykiem, jakie są plany wobec Włodarczyka, dlaczego pasa nie broni Piątkowska, w stronę którego pasa i w jakiej kategorii podąża Sulęcki. Ponadto dlaczego karierę zakończył Krzysztof Kopytek, gdzie jest Runowski, dlaczego w grudniu nie zaboksował Syrowatka i nie chciał jechać do Rosji na starcie z Trojanowskim? Mógłbym mnożyć takie pytania. My, jako środowisko, za mało rozmawiamy o strukturze.

Chce pan dyskutować o strukturze boksu? Proszę bardzo. Czy jest pan za prawnym unormowaniem przejmowania zawodników z boksu amatorskiego przez promotorów, tak aby kluby, które wychowały np. Szpilkę i Wawrzyka, otrzymywały ekwiwalent za ich wyszkolenie?

- Mógłbym przychylić się do takiej regulacji, ale pod jednym warunkiem, że zawodnik przechodzi w połowie cyklu olimpijskiego. Bo z drugiej strony, jeśli facet jest już starszy, na igrzyskach mu nie wyszło i nie widzi dalszego sensu boksowania w boksie olimpijskim, to dlaczego zawodowy promotor, budujący jego karierę od początku, miałby za niego płacić?

Ja mówię o młodych zawodnikach, a nie wyboksowanych weteranach.

- W takiej sytuacji, rzeczywiście, zawodnik objęty programem olimpijskim, w którego przez lata inwestuje państwo i klub, a on nagle wykonuje woltę i wybiera atrakcyjniejszą ofertę promotora, nie powinien zostać przejęty bezgotówkowo. Klubowi należy się ekwiwalent za wyszkolenie lub kara umowna, gdyby została zerwana jakaś umowa.

Płatnikiem miałby być rzecz jasna promotor?

- Oczywiście, to trzeba by w jakiś sposób unormować, bo praktyką jest, że za takie rzeczy się płaci.

Pana zdaniem to w praktyce możliwe, czy tak jak mówi Wasilewski to nie do zrobienia, bo w boksie brakuje jednej, światowej federacji, która byłaby najważniejszą instancją regulaminową?

- Proszę zobaczyć, jak wszystko w boksie szybko się zmienia. Jeszcze jakiś czas temu zawodowstwo i amatorstwo było jednym związkiem, aż pewnego razu AIBA zdecydowanie powiedziała "stop" i nie było możliwe, żeby Polski Wydział Boksu Zawodowego mieścił się w tej samej siedzibie. W ten sposób kompletnie wykluczono współpracę między dwoma środowiskami, co w tej chwili już jest możliwe, bo zawodowcy boksują na zawodach boksu olimpijskiego. Ważna jest inna kwestia: jaką konkurencją dla promotora zawodowego jest dzisiaj boks olimpijski? Razem z Ministerstwem Sportu i za aprobatą związku planujemy stworzyć program, który objąłby część zawodników szkoleniem oraz opieką finansową. Twarzą takiego projektu, jeśli tylko wejdzie w życie, zgodził się być Tomasz Adamek. Fajnie, że chłopcy toczą mecze olimpijskie, które chętnie oglądam w Telewizji Polskiej, ale patrząc na poziom czasami człowiek nie wierzy, jak zawodnik może mieć kłopot z właściwym stawianiem kroków i wyprowadzaniem lewego prostego, nie mówiąc o bardziej zaawansowanych akcjach. Natomiast absolutnie nie "kupuję" tłumaczenia, że u nas nie ma zdolnych chłopców.

Co jest największym problemem?

- Zdecydowanie brak szkolenia trenerów. Brakuje u nas wartościowych szkoleniowców, dlatego liczę, że ministerialny program, który powstanie być może w oparciu o wizyty trenerów zagranicznych, zacznie przynosić owoce. Naprawdę nieraz jestem przerażony poziomem jednego lub drugiego trenera, który młodego chłopca musi nauczyć podstaw.

Temat jest bardziej skomplikowany, bowiem brakuje całego systemu. Dzisiaj trener boksu musi potrafić świetnie zorganizować klub, łącząc szkolenie młodych chłopców z zarobkową pracą komercyjną, albo na co dzień chodzi do innej pracy, a na sali pojawia się po godzinach.

- Zgadza się, więc dopóki tak to będzie wyglądać, to taki będziemy mieli poziom. To tak samo, jak dowiaduję się z rozmów z trenerami piłki nożnej. Chłopak wieczorami idzie za drobne popracować z dziećmi, a w ciągu dnia wykonuje inną pracę, bo ma na utrzymaniu swoje pociechy i żonę. Taki ktoś z konieczności jest tylko pasjonatem, bo nie ma czasu, by podnosić swoje kwalifikacje, jeździć na szkolenia, ani nie ma za co w siebie inwestować. Mając do wyboru: wyjechać na własny koszt na szkolenie lub nakarmić swoje dzieci, dokonuje oczywistego wyboru. Do czasu, aż nie stworzymy systemu, aby trener najmłodszych w polskim sporcie był człowiekiem wykształconym i cały czas miał możliwość podnoszenia kompetencji, nic nie ruszy. Nadal wszystko będzie oparte na kilku standardowych ćwiczeniach i starej szkole, a cały świat poszedł do przodu.

Wróćmy do boksu zawodowego. Jeśli zgodzimy się, że jego stan jest w naszym kraju fatalny, to mam wrażenie, że za chwilę będzie jeszcze gorzej. Kilku rokujących zawodników zostało boleśnie zweryfikowanych i, chcąc nie chcąc, szykuje się wieloletnia wyrwa. Czym wtedy ratować polski boks zawodowy?

- To ja zapytam w ten sposób: jaka jest różnica dla polskiego kibica, czy na dużej komercyjnej gali w Polsce zaboksuje niewypromowany zawodnik od Andrzeja Wasilewskiego, czy na przykład Adam Kownacki? Dla mnie te nazwiska mogą zapewnić większe zainteresowanie, łatwiejszą promocję i zdecydowanie przyjemniejszą współpracę. Moim zdaniem mówienie, że nie jest możliwie zrobienie wielkiej gali w Polsce bez zawodników Wasilewskiego, jest w ogóle śmieszne.

Z całym szacunkiem do Kownackiego, ale Adama dopiero czeka poważna weryfikacja. Dziś liczących się nazwisk jest garstka, a co będzie dalej?

- Kownacki nie jest zweryfikowany? Na razie to wszyscy w Polsce śmiali się z niego i mówili, że Szpilka weźmie go do szkoły. Teraz trzeba powiedzieć, że Adam zafundował Arturowi widowisko do jednej bramki. Po prostu go zniszczył. Jaka dzisiaj jest różnica między Szpilką, a Zimnochem? Tak naprawdę nie wiemy. W każdym razie to nie jest tak, że nie ma chłopaków do boksowania. Oni są, ale brakuje wokół nich wielu rzeczy. Ja jestem zainteresowany współpracą z zawodnikami, którzy chcą pracować, boksować, za bardzo nie kalkulują, chcą uczestniczyć w procesie planowania oraz w procesie sprzedażowym. I za to są sowicie wynagradzani. Jeśli tego nie zrozumieją, to za chwilę będą boksować dla swojej rodziny.

Mówi pan o takim układzie, że zawodnik część gaży otrzymuje w formie biletów, które na własną rękę sprzedaje?

- Nie, mój system biznesowy jest podobny, jak u Mariusza Grabowskiego. Zawodnik dostaje swoją gażę wynikającą z kontraktu lub umowy na galę plus bardzo dobry procent od każdego biletu, który sprzeda. Po pewnym czasie, po kilku galach, można zauważyć, który z zawodników generuje zainteresowanie i on idzie dalej, na niego się stawia, dostaje promocje na większe i bardziej prestiżowe gale za coraz większe gaże. Dla przykładu, Adam Kownacki na walkę z Arturem sprzedał 1300 biletów, a jeszcze niedawno boksował tylko za tyle, ile sprzedał wejściówek. Tą zdolnością musiał sobie zapewnić miejsce na karcie gali, a nie było tak, by ktoś od początku w niego inwestował i dawał mu kasę na wszystko. Mnie do takiego modelu jest najbliżej. Innym może się on nie podobać, ale to nie mój problem.

Zastanawiał się pan, dlaczego telewizja Polsat postanowiła dać szansę Wasilewskiemu na niedoszłą galę w grudniu, a odrzuciła pana ofertę?

- Być może telewizji Polsat czegoś zabrakło w mojej czerwcowej gali. Dodam tylko, że od kilku tygodni byłem w kontakcie z Chisorą. A w ogóle, jeśli Andrzej nazywa mnie promotorem z drugiej ligi, a siebie ma za ekstraklasowego gracza, to dlaczego tak wiele mówi na mój temat? Nie widzę tu logiki...

Pana szef Marian Kmita jakiś czas temu udzielił bardzo ostrych wypowiedzi, które stanowiły dla mnie kanwę do rozprawki nad kondycją polskiego boksu amatorskiego i zawodowego. W wypowiedziach dyrektora sportu jest krytyka głównie Wasilewskiego, ale panu przełożony też wbił szpilkę.

- To znaczy w jaki sposób?

Przede wszystkim konstatując, że boks znalazł się na samym dnie, a to pan chwilę wcześniej zorganizował swoją debiutancką galę z walką wieczoru Adamek - Haumono na antenie macierzystej stacji. To przekaz, może nie wprost, ale między wierszami mówiący, że pana praca dała - delikatnie mówiąc - niesatysfakcjonujący wynik.

- Może ktoś nieopatrznie zrozumiał Mariana. Akurat ja jestem z moim szefem, wydaje mi się, w bardzo dobrej relacji zawodowej i osobistej. Dużo rozmawiamy o wielu sprawach i pewnie nie byłbym w stanie pracować w jednej firmie 18 lat, gdybym się z kimś tak dobrze nie rozumiał. Uważam, że w polskim boksie za dużo jest knucia, gadania za plecami, wynoszenia informacji, konfabulacji oraz nadinterpretacji faktów. Przecież ja wiem, co mówiło się na temat mojej gali, a także wiem kto i do kogo mówił, bo te informacje błyskawicznie do mnie docierają.

Wróćmy do meritum.

- Nie wiem, być może Marian miał słabszy dzień i dlatego dostałem odłamkiem, ale nie mam z tym problemu. Zawsze byłem odporny na krytykę. Prawdopodobnie Marianowi coś się nie podobało, skoro takie myśli sformułował.

Dyrektor Kmita powiedział kiedyś panu prosto w oczy, co mu się w pańskiej gali nie podobało?

- Nie, nigdy. Polsat nie miał do mnie żadnych zastrzeżeń. Jak na pierwszą galę, chyba nie miałem się czego wstydzić, bo do hali przyszło kilka tysięcy ludzi. Sam wiem, jakie błędy popełniłem i co powinienem zmienić przed drugą galą.

To szczerze: jakie największe błędy pan popełnił?

- Przepłaciłem za wiele rzeczy.

Aż tak?

- Niestety, nie znałem niektórych realiów. Wierzyłem ludziom, że coś jest najtańsze, a później okazywało się, że mogłem to zrobić zdecydowanie taniej, niekoniecznie tracąc na jakości.

To po pierwsze. Co dalej?

- Po drugie nauczyłem się też, by nie ogłaszać walk przed podpisaniem kontraktów. Przez to zmieniły mi się warunki brzegowe Głowackiego w trakcie trwania procesu negocjacyjnego. Później musiałem dopłacić ubezpieczenia oraz za przygotowania, bo już nie chciałem robić z siebie głupa i z racji tych pieniędzy odwoływać walkę "Główki" oraz jego występ na PBN.

Czy coś jeszcze?

- Na pewno też nie do końca trafnie definiowałem miejsce odbycia się gali. To oczywiście trochę było związane z faktem, że wypadł mi termin w Londynie i szybko musiałem znaleźć halę w Polsce. Ergo Arena to z pewnością piękne i fajne miejsce do oglądania boksu, natomiast...

Niewdzięczne do organizacji?

- Może inaczej... Nie miałem problemu ze sprzedażą drogiego biletu oraz miejsc na najlepszą trybunę. Tyle tylko, że wokół Trójmiasta jest kilka większych miast, kilkanaście klubów bokserskich i... na tym koniec. Z tego wziął się problem i w efekcie zabrakło klienteli na tańsze wejściówki. Jeśli kogoś stać na tańszy bilet, który kosztował 59 złotych, to jest to tylko kibic lokalny. Przecież nikt taki nie przyjedzie z drugiego końca Polski, a nawet z Warszawy nad morze, gdy trzeba jeszcze doliczyć transport, jedzenie i nocleg w sezonie, bo był to pierwszy weekend wakacji. Na południu Polski ten problem odpada, bo przykładowo chłopaki z Krakowa złożą się na benzynę i przyjadą do Częstochowy, a zaraz po gali wrócą do siebie. Nie mówiąc o ośrodkach na Śląsku, skąd w ogóle łatwo wybrać się na wydarzenie, a zaraz po nim rozjechać się do domów, bez dodatkowych kosztów.

Promocja w Trójmieście też kulała. W drodze do hali zaczepiłem bodaj ośmiu mężczyzn, pytając jakie wydarzenie sportowe za chwilę rozpocznie się w arenie i tylko jeden potrafił odpowiedzieć, że będzie gala boksu z walką Adamka. Inni nawet nie mieli pojęcia.

- Oczywiście, słuszna uwaga, dlatego na bazie tego, co zdarzyło się w Gdańsku, więcej postawiłem na marketing bezpośredni. Wtedy byłem skoncentrowany głównie na promocji telewizyjnej i w mediach społecznościowych, ale to okazało się niewystarczające. Wnioski zostały wyciągnięte już w Częstochowie, dlatego wykupiliśmy miejsca na reklamę we wszystkich autobusach miejskich oraz na dużych billboardach. I rzeczywiście to sprawiło, że gala była tam obecna już dwa miesiące wcześniej. W związku z tym nie było możliwości, by mieszkaniec Częstochowy w ogóle nie wiedział o imprezie.

Dużo pan zarobił przy okazji organizacji gali w Trójmieście?

- Uważam, że jeśli na tej gali nawet nie zarobiłem, to wzbogaciłem się o coś znacznie cenniejszego, czego nie dowiedziałbym się po przeczytaniu stu książek. Tu błyskawicznie, ryzykując kasę na żywym organizmie, pozyskałem niesamowity know-how. O taką mądrość też chodzi w życiu.

W tym słynnym wywiadzie dyrektora Kmity padło też sformułowanie, pewnie nie przez przypadek, że marka PBN nie należy do Wasilewskiego, ani do Borka, co też wybrzmiało bardzo wymownie.

- Odczytałem to tak, że ani Andrzej, ani Mateusz Borek, ani żaden inny promotor w Polsce, jeśli kiedykolwiek dostałbym niejako w "leasing" do wykorzystania znak towarowy PBN, to nie ma prawa uzurpować sobie go na wyłączność. Każdego bowiem dnia, jeśli Polsatowi znudzi się wypożyczeniu tego brandu promotorom, może wrócić do samodzielnej organizacji. Tak to funkcjonowało przez kilka pierwszych edycji, gdy to Polsat podpisywał umowy z zawodnikami na gaże, sam kontraktował rywali, rezerwował hotele, sprzedawał bilety oraz brał na siebie odpowiedzialność i ryzyko finansowe. Tu powiem, że o jedną rzecz mam żal do Andrzeja...

O co chodzi?

- Andrzej Wasilewski kilka razy proponował mi, żebym zorganizował z nim galę, a ja mu odmawiałem. Tak się zastanawiam, co on dzisiaj mówiłby o mojej działalności dziennikarskiej, gdybym się zgodził z nim współpracować... To mnie boli.

A dlaczego mu pan odmawiał?

- Tak jak już powiedziałem, nie może być dwóch indywidualistów i ludzi z wielkimi ambicjami. Skończyłoby się to tak, że gdyby impreza dobrze wyszła z zawodnikami Andrzeja, to on zawsze by tworzył swoje teorie, że to sukces dzięki jego pięściarzom i jego doświadczeniu. A ja tego nie chciałem.

Jedna rzecz jest dla mnie niezrozumiała. Skoro po czerwcowej gali nie odbierał pan żadnych krytycznych sygnałów z Polsatu, dyrektor Kmita też ich nie artykułował, to dlaczego przegrał pan korespondencyjny termin na niedoszłą, grudniową galę?

- Bo może ktoś komuś nagadał, że walka Szpilka - Zimnoch to będzie wielki komercyjny sukces? Do mnie doszło takie zdanie, że jestem pracownikiem Polsatu, którego telewizja bardzo lubi, szanuje i docenia za wszystko, co robię dla stacji, ale doceniają to na niwie dziennikarskiej. Natomiast jeśli zająłem się też inną działalnością, to chcą mnie traktować w sposób sprawiedliwy w stosunku do innych promotorów. Czyli, gdy uznali, że ktoś inny ma lepszy pomysł biznesowy ode mnie, to mimo wstępnej umowy musiałem to zaakceptować, choć trochę ścięło mnie z nóg. Stacja wyszła z założenia, że na dany moment propozycja złożona przez konkurencję, jawiła się jako ciekawsza.

Ta sytuacja pokazuje, że na niwie biznesowej, gdzie w grę wchodzą pieniądze, nie ma wielkich sentymentów.

- I miałem wybór: zabrać zabawki z piaskownicy, mówiąc "raz i mi wystarczy", albo zacisnąć zęby, przełknąć to i ryzykować swoje brutalnie duże pieniądze przy okazji gali, pokazywanej w otwartym kanale (gala w Częstochowie - przyp. AG), by wysłać jasny sygnał, a dalej myśleć o kolejnym dużym projekcie. Może właśnie dzięki temu, że zrobiliśmy fajną galę pod Jasną Górą z obecnością w hali osób decyzyjnych w Polsacie, gdzie zostałem bardzo wsparty przez Mariusza Grabowskiego i Andrzeja Gmitruka, otrzymałem promesę na zorganizowanie następnej dużej gali już wiosną. Może w ten sposób sprawdzono mój charakter, czy nie podłamię się grudniową decyzją i jaki będę miał pomysł na inne sfinansowanie widowiska. Nie znam dokładnej motywacji drugiej strony, to tylko moje domniemania.

Wiosenna gala już ma konkretną datę i miejsce? A może, podobnie jak grudniowa, też może się wykoleić w ostatnim momencie?

- Nic się nie wykolei. Gala będzie w połowie kwietnia lub w połowie maja. Rozmawiam z kilkoma miastami i myślę, że w ciągu kilkunastu dni już powinienem ogłosić tę galę.

A może chodziło też o to, że ponoć wielką klapą zakończyła się sprzedaż gali Adamek - Haumono w systemie PPV?

- Myślę, że to była sprzedaż podobna do gali Głowacki - Usyk.

Tam ponoć też było słabo, ale procentowo znacznie lepiej.

- Dokładnie nie wiem. Wiadomo, że dzisiaj boks, nawet przy okazji wypromowanego Polsat Boxing Night, nie może równać się z KSW. I pewnie też, w związku z tym, biznes telewizyjny coraz bardziej przyzwyczaja się do cyferek KSW. Niemniej sądzę, że chcąc cały czas wzmacniać usługę pay-per-view, nie można koncentrować się tylko na jednej dyscyplinie, tylko trzeba to rozkładać między różne dyscypliny sportu. Nie wiem, być może ktoś komuś naopowiadał, że moja gala przyniesie jakąś zupełnie nieprawdopodobną sprzedaż i koniec końców dlatego upadł mój projekt organizacji gali.

Przy obecnej kondycji polskiego boksu, jaki wynik byłby dla pana satysfakcjonujący?

- Dla mnie każdy wynik sprzedaży biletów i pay-per-view, jeśli na końcu nie trzeba do gali dołożyć, tylko można się pobawić i zrobić coś fajnego dla kibiców, jest satysfakcjonujący. Przy tej okazji wrócę do jeszcze jednego błędu, który popełniłem w Gdańsku.

Proszę bardzo.

- Wprawdzie nie wszystko zależało ode mnie, ale zabrakło mi walki, jednej z głównych, ze "złą krwią" między zawodnikami, która bardziej napędziłaby biznes. Pamiętajmy też, że Tomek wracał po porażce, po której zakończył karierę. Dzisiaj mamy inną sytuację: on nadal jest blisko końca, ale jednak jest po dwóch zwycięstwach. Teraz do Tomka, a mogę to powiedzieć z 99-procentową pewnością, dołączy Adam Kownacki. W tej sprawie jesteśmy po wielu spotkaniach i nakreśliliśmy sobie poważny plan na życie. Nawet jeśli finalnie nie zostanę jego promotorem, to tego chłopaka lubię, wierzę w niego i uważamy wspólnie, że jego kariera powinna być prowadzona równolegle w Polsce i Stanach Zjednoczonych.

A może w sprawie Adamka brakuje panu dystansu? Czy dzisiaj "Góral", odsuwając na bok waszą sympatię i zażyłość, a kierując się jego obecną klasą sportową oraz patrząc przez pryzmat opinii i prasy, które nie są najlepsze za sprawą jego poglądów, niedawnego wejścia w politykę i kilkukrotnego kończenia kariery, istotnie jest pana przewagą na rynku?

- Nie widzę tu żadnego problemu. Proszę zobaczyć, ile biletów sprzedał "Diablo" Włodarczyk w Poznaniu i we Wrocławiu na walki eliminacyjne. Jestem ciekawy, ile wejściówek sprzeda Głowacki na następną galę, na której będzie boksował. Wiadomo, że Tomek jest poza swoim szczytem kariery, ale po pierwsze bardzo poważnie traktuje to, co robi i nigdy do ringu nie wchodzi nieprzygotowany. Nawet zadałem mu pytanie, czy dziś za wielką kasę wyszedłby do ringu nieprzygotowany walczyć z Anthonym Joshuą, gdyby dostał propozycję miliona funtów na trzy tygodnie przed walką? Odpowiedział: nigdy, bo nie mógłby spojrzeć w lustro, że nie poszanował własnego zdrowia i organizmu, choć wiadomo, że nawet po pełnych przygotowaniach miałby niewielkie szanse. Po drugie uważam jednak, że w realiach polskiego boksu, gdzie jest problem ze sprzedażą dwóch tysięcy biletów, frekwencja z Gdańska i Częstochowy, czyli łącznie 13 tysięcy widzów, była bardzo dobrym wynikiem sprzedażowym. Po trzecie, czy się komuś podoba czy nie, to gdy rozbrzmiewają pierwsze takty piosenki Funky’ego Polaka na wejściu Tomka do ringu, cała sala wstaje. Zawsze ożywają wspomnienia i dopóki on będzie boksował, dopóty ludzie będą go oglądać i przychodzić na walki. Oglądalność ostatniej walki Tomka z Fredem Kassim w Polsacie przekroczyła co najmniej dwukrotnie oczekiwania i była pięć razy lepsza niż Zimnocha z Abellem.

Nie przemawiają do pana argumenty, choćby fakt bycia poza szczytem kariery i unoszące się nad ringiem ryzyko, że "Góral" jednak powinien zakończyć karierę?

- Jeśli ktoś tak mówi i zamyka Tomka do sportowej trumny, to ja odpowiem, że większość nie powinna nigdy zaczynać.

Więc jak widzi pan przyszłość Adamka w ringu?

- Tomkowi zostały dwie walki. On sam tak mówi i takie też jest moje zdanie. Czyli 2018 rok jest ostatnim rokiem, gdy on boksuje i taką nakreśliliśmy sobie w planach perspektywę. Mamy już także parę planów na to, co będzie robił po zakończeniu kariery. Aby tę historię spuentować, to uważam, że my Polacy generalnie bardzo szybko zapominamy pewne rzeczy i ekspresowo tracimy respekt do ludzi.

W przypadku Tomka, co ma pan na myśli?

- Zgodzę się, że największym niewypałem w życiu Tomka była jego kariera polityczna. Z kolei to, że on jest "kościołowy" i idzie w stronę Boga być może świadczy tylko o tym, że u nas większym problemem jest to, gdy ktoś manifestuje wiarę niż osoba chwaląca się "kryminałem". U nas można być większym bohaterem siedząc w więzieniu niż chodząc pięć razy w tygodniu do kościoła i żyjąc tak jak Bóg przykazał. Dodam, że nie przejmuję się ostrymi komentarzami, pisanymi przez bandę frustratów. Normalny człowiek idzie do pracy, zajmuje się swoją rodziną i nie ma czasu, by klepać głupoty w klawiaturę i robić sobie dobrze przed komputerem. Gdy nieraz rzucę okiem, co dzieje się pod artykułami, to nie jestem w stanie uwierzyć, że 90-95 procent ludzi "jedzie" po Robercie Lewandowskim. I wylewają żółć, bo strzelił cztery zamiast ośmiu bramek, ma status bardzo bogatego i sugerują, by wszystko to, co zarobi, rozdał innym. Ten przykład dobitnie pokazuje, że u nas nie ma respektu do ludzi, zwłaszcza gdy można rzucić się im do gardła, będąc schowanym pod anonimową nazwą użytkownika. A ja życzę każdemu polskiemu sportowcowi, żeby przeżył taką karierę jak Tomek, osiągnął tyle samo i tak ciężko pracował jeszcze po swoim "szczycie", w jego wieku i z takimi pieniędzmi na koncie, już tylko dla przyjemności i pasji.

Kiedyś ukuł pan pewne powiedzenie, które często pan powtarzał, że "sport nie zna starszych ludzi". Od pewnego czasu w ogóle go pan nie przywołuje. Dlaczego?

- Tomek wytrącił mi wszystkie argumenty, bo przecież chwali się, że po badaniu przez doktora Jakuba Chyckiego ma organizm 25-latka (śmiech). A mówiąc serio, gdy widzę dopiero dobijających do "30" zawodników, którzy przewracają się w starciach z zawodnikami co najwyżej z piątej "dziesiątki" rankingu na świecie, to pytam siebie, dlaczego starszy człowiek w ciele Tomka ma jeszcze nie poboksować? Poza tym jestem w stanie, sprzedając imprezę, realnie ocenić, kto jakie wzbudza zainteresowanie. Proszę zauważyć jedną rzecz: nawet jeśli ktoś go krytykuje, to też jest oznaką zainteresowania. Najgorsza w sporcie, mediach, filmie i teatrze jest sytuacja, jeśli nie wzbudzasz żadnych emocji, a twoja praca przechodzi bez echa. Ta grupa ludzi, która chce nokautu, by "Góral" wylądował na deskach i wynieśli go na noszach, też włączy telewizor, chcąc zobaczyć wytwór własnej wyobraźni.

Tak szczerze, bez pięknych zabiegów wizerunkowych, co o tym wszystkim w zaciszu domowym myśli żona Adamka, pani Dorota?

- Ostatnio dużo rozmawiałem z Dorotą. Ona w tej chwili nie protestuje, bo zdaje sobie sprawę, że do końca kariery Tomka pozostały prawdopodobnie dwie walki. Obiecałem jej tylko jedną rzecz: nie będę robił z siebie idioty i wmawiał ludziom czegoś, co nie ma miejsca, że Tomek ma dzisiaj szanse z Joshuą lub Deontayem Wilderem. Nie, ja uważam, że Tomka jeszcze stać na dwie fajne walki, z solidnymi rywalami, ale obiecałem Dorocie, że przy stawianiu na moich imprezach na sport, gdy nigdy nie mamy gwarancji kto wygra i kto przegra, będę szanował zdrowie Tomka w 29. roku jego kariery. I zrobię wszystko, tak umiejętnie dobierając rywali, aby Tomkowi nie stała się krzywda, a jednocześnie przeciwnicy byli atrakcyjni dla kibiców i mieli równe szanse. Dlatego nie będę opowiadał głupot o "koniach" z wagi ciężkiej, bo tego po prostu nie chcę. Niech on na koniec stoczy sobie dwie dobre walki, w których wcale nie musi być faworytem, by w tym wszystkim obecny był atrakcyjny sport. Na plecach, doświadczeniu i popularności starego mistrza chcę wypromować następnych zawodników. Za chwilę już ma nadejść czas Adama Kownackiego, Adama Balskiego i Michała Cieślaka. Prawda jest też taka, że nie ma dziś żadnej pewności, jak skończyłyby się walki pomiędzy wymienionymi perspektywicznymi chłopakami, a starszym panem.

Czuje pan na sobie wielki ciężar odpowiedzialności za zdrowie Adamka, z uwagi na zażyłość między wami?

- Pozwoli pan, że odpowiem pytaniem. Czy dalej powinien boksować Artur Szpilka?

Uważam, że z bardzo mocnymi rywalami na pewno nie, bo Artur po wyjątkowo ciężkim nokaucie już jest naruszonym pięściarzem. Tu widziałbym takie prowadzenie, jakie proponuje pan w przypadku Adamka, czyli z zawodnikami dającymi emocje, ale nie z czołówką wagi ciężkiej o mocnym uderzeniu.

- A Krzysztof Zimnoch powinien poważnie boksować?

Nie powinien, bo z poważnymi rywalami nie ma szans.

- Czyli tak generalnie, idąc pana twardymi zasadami, dzisiaj musielibyśmy dać szansę na jedną, poważną walkę Adamowi Kownackiemu, żeby się przekonać, na co rzeczywiście go stać.

Tak, trafnie to pan ujął. Teraz mocna weryfikacja Adama pokaże, czy ma "papiery" na mistrza świata.

- I taki jest dzisiaj ciężki, dziwny i cholernie wciągający ten boks. Fachowo odpowiedział pan na kilka pytań, a gdybyśmy te pytania zadali wszystkim z wymienionych, to jak jeden mąż odpowiedzieliby: ja chcę, ja wierzę, akurat mnie się uda. Taki to biznes.

Teraz wróćmy do mojego pytania.

- Więc powtórzę, że obiecałem Dorocie Adamek, iż zrobię wszystko, by Tomek się nie skaleczył. A czy wygra, czy przegra kolejną walkę, tego nie wiem.

Walka Adamek - Haumono to było sportowo wielkie, czy mizerne wydarzenie?

- Szukałem rywala solidnego, z dobrym bilansem walk i wybrałem gościa, który w poprzedniej walce przegrał z mistrzem świata Josephem Parkerem w kontrowersyjnych okolicznościach.

Haumono przegrywał na kartach z Parkerem.

- Tak, ale moim zdaniem pojedynek został zbyt wcześnie przerwany. Protesty obozu Haumono ostatecznie nic nie wskórały. Mówimy o zawodniku, który miał na swoim koncie brutalne znokautowanie Japończyka Kyotaro Fujimoto, który odmówił mi walki. To też trzeba powiedzieć, że Haumono był którymś z kolei wyborem na liście. Proponowałem Chrisowi Arreoli - odmówił, Christianowi Hammerowi - krzyknął nieprawdopodobne pieniądze. Haumono był piątym lub szóstym wyborem. Musiałem poruszać się w pewnych widełkach finansowych, na które było stać mnie oraz polski rynek.

Z perspektywy czasu, to był dobry wybór?

- Biorąc pod uwagę wcześniejszą porażkę Tomka i przy założeniu, że czekał nas debiut z nowym trenerem Gusem Currenem, ten wybór był racjonalny. Uznałem Haumono za solidnego rywala i wydaje mi się, że matchmaking okazał się bardzo trafiony. Było wiadomo, że jeśli Tomek będzie mobilny i solidnie popracuje lewą ręką, to stać go na wygranie każdej rundy. Natomiast było też wiadome, jak ciężką rękę ma Haumono, bowiem nie tylko "poskładał" Japończyka, ale też "ściął" głowę rywala Mariusza Wacha, Marcelo Luiza Nascimento. W kolejnej walce, z Fredem Kassim, Tomek był jeszcze lepiej przygotowany, choć niedzielnemu kibicowi wydawało się, że był w słabszej formie niż w Gdańsku.

Od wielu lat zawodowo zajmuje się pan boksem, doskonale znając to środowisko. Czy coś jeszcze pana zaskoczyło po zajrzeniu do środka z pozycji promotora i organizatora gali?

- Nie, bo jestem przyzwyczajony, że to jest biznes, w którym jest wielu hochsztaplerów, udających kogoś innego niż są w rzeczywistości. Udają bogatych, a tak naprawdę tylko patrzą, żeby coś urwać promotorowi lub zawodnikowi. Dlatego w tym środowisku jest tak duża rotacja. Tu każdy o każdym gada, temu zawsze towarzyszy polityka, kulisy, gierki, intrygi i drugie dno. Im szybciej to zaakceptujesz, tym łatwiej będzie ci w tym funkcjonować.

Proszę zmierzyć się z dwoma głównymi zarzutami, formułowanymi pod pana adresem. Podburza pan zawodników, dzwoniąc bezpośrednio do Sulęckiego, Szpilki, Głowackiego lub "Diablo", czyli zawodników mających promotorów i menedżerów, proponując im walki i sondując warunki finansowe przed swoją galą?

- To śmieszny zarzut, bo od piętnastu lat rozmawiam ze wszystkimi zawodnikami. Dlatego gdy zadzwoniłem do danego zawodnika i zapytałem go, czy chce boksować na gali PBN, a on wyraził zainteresowanie i zapytał mnie, na jakich warunkach, to mu odpowiedziałem. Wyjaśniłem, że pieniądze mam mniej więcej takie i takie, i na tym się skończyło. Wtedy realnie mogłem podjąć szczegółowe negocjacje z jego promotorem. Wiem z opowieści samych zawodników, którzy nieraz mi mówili, że po czasie dowiadywali się, jakie były rzeczywiste warunki brzegowe proponowane przez promotora, organizującego walkę lub galę. Natomiast im podsuwano do podpisania drugi kontrakt i nigdy nie widzieli tego oryginalnego, z promotorem.

To poważna sprawa.

- Dlatego chciałem uświadomić zawodników, o jakich pieniądzach mówimy. Wiele razy spotkałem się z sytuacjami, głównie przy okazji walk zagranicznych, że pięściarz podpisywał kontrakt na kwotę "x", a ktoś organizujący galę podpisywał kontrakt z promotorem i tam kwota "x" była wyższa.

Mówiąc wprost, mówi pan, że promotor pięściarza podpisywał wyższy kontrakt, a w umowie parafowanej przez zawodnika była tylko część tej kwoty?

- Wyższa to mało powiedziane. Pieniądze były dużo większe. Proszę zapytać... A zresztą, nie będę sypał nazwiskami zawodników. Oczywiście uważam, że promotor, który inwestuje w zawodnika czas, kasę i promowanie go w rankingach, ma pełne prawo do swoich 33 procent. Jednak twierdzę też, że zawodnik ma prawo widzieć oryginalny kontrakt, a u wielu polskich promotorów, ale nie tylko, to nie jest normalna procedura.

Jak to odbywa się w praktyce?

- Dzwoni promotor do zawodnika i mówi: zaboksujesz za 50 tysięcy dolarów. Pasuje ci?

Chciałbym więcej - negocjuje pięściarz.

Dobra, 60 tysięcy i bierzemy - odpowiada promotor.

Okay - stempluje zawodnik.

Później okazuje się, że na umowie z promotorem gali jest zupełnie inna kwota i na pewno powiększona nie o 33 procent, tylko może o 133 procent! Dlatego ja wyznaczyłem sobie inny standard, mówię zawodnikom wprost, bez żadnych ściem, na ile mnie stać. Jeśli pięściarz akceptuje takie warunki, przystępuję do rozmów z promotorem. To wtedy padł zarzut, jakim prawem poinformowałem zawodnika o warunkach.

No właśnie, gdyby miał pan odpowiedzieć literalnie: jakim prawem?

- A jaka to tajemnica? Poznaję twoje warunki, wtedy dzwonię do twojego promotora i powtarzam mu to samo, czyli: rozmawiałem z twoim zawodnikiem, chce u mnie zaboksować i urządza go kwota 10 tysięcy złotych. Promotor doliczy swoje procenty i wszystko jest transparentne. W konkretnej sprawie Krzyśka Głowackiego poprosiłem Tomka Babilońskiego, czy mógłby się zrzec procentów promotorskich względem "Główki", na co się zgodził. Nie wiem, co zrobili inni promotorzy z pozostałymi 22 procentami, zresztą to nie moja sprawa.

Drugi zarzut: biorąc się za promotorkę wytrącił pan sobie atut rzetelnego i bezstronnego dziennikarza, bo kooperuje pan z macierzystą stacją na dwóch frontach.

- Kolejny śmieszny zarzut. Zwłaszcza, że gdy dziś idę poprowadzić studio na nie swojej gali, to czasami jestem nawet zbyt łagodny i miękki, by właśnie nie dać się złapać na czymś takim, gdy ktoś powie, że czepiam się bezpośredniej konkurencji. Wiem też doskonale, że tego typu zarzutów nie formułują kibice, bo z fanami rozmawiam i widzę, że chwalą sobie powiew świeżości i nowości za moją sprawą w boksie. Otrzymuję od nich wyrazy sympatii i wielkiego wsparcia. Takimi wypowiedziami atakuje mnie Wasilewski. Niech mi w końcu odpowie, czy gdybym się zgodził na współpracę i z nim robił gale, to czy wtedy miałby problem z tym, że jestem dziennikarzem, czy nie? Według mnie przeszkadza mu to tylko dlatego, że jemu odmówiłem.

Jest pan mocno podminowany.

- Bo proszę zauważyć, że przez lata wszystko mu pasowało, gdy swoją twarzą promowałem jego gale, prowadziłem jego konferencje prasowe i jego ceremonie ważenia. Wtedy byłem superdziennikarzem? Powiem więcej, przed moją debiutancką galą, gdy powstała sonda, niby wszystkim pasowało, że pojawił się Mati. Nagle, gdy okazało się, że nie było tragedii finansowej i nie "popłynąłem" po pierwszej gali, to wielu osobom zaczęła przeszkadzać moja obecność. Generalnie w ogóle mnie to nie obchodzi, robię swoje, a im życzę dobrze. Niech rozwijają boks i zajmują się swoimi zawodnikami, którzy ostatnio są aktywni w mediach społecznościowych i wyrażają swoje niezadowolenie. O mnie niech się nie martwią, ja będę szedł swoją drogą.

I na koniec zapytam o coś owianego tajemnicą. Czy prawdą jest, że pewien czas temu został pan upokorzony na oczach kolegów i nie tylko, przez naszą nadzieję w boksie zawodowym Macieja Sulęckiego? Podobno pan miał go w żartach sprowokować, pociągając za rękę, a pięściarz wobec pana zachował się bardzo wulgarnie, skandalicznym językiem zapraszając na "solo"?

- A kto panu w ogóle takich głupot naopowiadał? (śmiech)

Wiem o tym z dobrego źródła.

- Okay, opowiem właściwą wersję: zdarzenie miało miejsce przy okazji gali w Międzyzdrojach w 2016 roku, wszyscy siedzieliśmy w tym samym lokalu. Ja zajmowałem miejsce przy stole z Tomkiem Babilońskim i jego dziewczyną, a na zewnątrz w swoim gronie siedział Andrzej Wasilewski. W towarzystwie swoich znajomych wszedł Maciek Sulęcki i zaczął się burzyć do Andrzeja w sprawie jakiegoś rozliczenia za walkę w Ameryce. Na zewnątrz doszło między nimi do dość ostrej wymiany zdań. Z tego, co pamiętam, Andrzej złapał Maćka za rękę i ten się otrząsnął. Po tym zdarzeniu Andrzej wszedł do środka mocno podenerwowany i podszedł do naszego stolika. Generalnie sam uznałem, że Maćka poniosło, dlatego zwróciłem mu uwagę jako dużo starszy kolega. Na to on niegrzecznie się odezwał, ja mu odpowiedziałem, ale nie doszło do żadnych rękoczynów, ani przepychanek. Maciek poszedł sobie w swoją stronę, lecz jego zachowanie bardzo mi się nie spodobało. Notabene osoby, które były blisko Maćka i mu towarzyszyły w tej "operacji", też nie były zachwycone jego wybuchem, bo na drugi dzień starały się przeprosić i załagodzić sprawę.

Obraził się pan na Sulęckiego?

- On jest człowiekiem temperamentnym, niegrzecznym chłopcem z krwi i kości. Patrząc na to dzisiaj, z perspektywy czasu, myślę że w jego stanie wzburzenia, w jakim wszedł do lokalu, w ogóle nie należało z nim rozmawiać i wdawać się w jakiekolwiek dyskusje.

Ponoć miał pan czasowy konflikt z pięściarzem, nawet nie tyle nie chcąc z nim współpracować, co w ogóle mieć z nim do czynienia. Koniec końców zaboksował na pana gali.

- Andrzej szukał dla niego walki i kilka razy mnie prosił, aby na karcie gali w Gdańsku mógł zaboksować. Długo mówiłem "nie, nie, nie" i taką decyzję przekazałem też jego menedżerowi, którym wtedy był Tomasz Turkowski.

Jak pan to argumentował?

- Mówiłem, że nie mam do niego żalu, sam czasami jestem gorącokrwisty i w sumie nie wydarzyło się nic wielkiego poza tym, że dwudziestoparoletni chłopak wypowiedzianymi słowami nie tyle nie okazał mi szacunku, co nigdy nie powinien sobie na nie pozwolić.

Co sprawiło, że zmienił pan optykę?

- Siedziałem sobie w domu i pomyślałem: "a w sumie, czemu nie dać mu zaboksować?". Doszedłem do wniosku, że co będę "napinał" się na chłopaka. A może miał problemy? Może nie zarobił i był rozgoryczony? Może był sfrustrowany, bo liczył, że jego kariera będzie przebiegała inaczej, a wtedy spodziewał się dziecka i był na etapie kupna mieszkania? Uznałem, że czemu mam mu nie pomóc. Koniec końców chyba nawet sam do niego napisałem, albo on się odezwał, bo już był po rozmowie z menedżerem. I muszę powiedzieć, że po tym całym zdarzeniu, gdy nie rozmawialiśmy ze sobą siedem lub osiem miesięcy, to poza Tomkiem Adamkiem okazał się jedynym pięściarzem, z którym dogadałem kontrakt w 30 sekund.

Jak to wyglądało?

- Maciek zachował się w pełni profesjonalnie i szedł na wszystkie ustępstwa, łącznie z tym, że przystał na obniżoną gażę, gdy w ostatnim momencie trzeba było zakontraktować rezerwowego rywala i drastycznie wzrosły koszty. Od tego czasu mamy zero problemów i normalną relację.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje