Reklama

Reklama

Mariola Gołota: Bez Andrzeja moje życie byłoby nudne

Dziewczyna z dobrego domu, pilna uczennica, poznaje pięściarza. On dla niej uczy się pisać listy miłosne, pędzi w środku nocy na pocztę odebrać telefon z USA, a potem łączy przygotowania do walk ze zmianą pieluch i opieką nad małym dzieckiem. O trwającym już ćwierć wieku związku Andrzeja i Marioli Gołotów rozmawiamy z małżonką najpopularniejszego polskiego boksera w historii.

INTERIA.PL: Podobno poznała pani męża dzięki Markowi Piotrowskiemu, legendzie polskiego kickboxingu?

Mariola Gołota: - Przyjaźniłam się z Markiem. Zaprosił mnie na mecz kadry polskich pięściarzy z USA w Chicago. Nie interesowałam się boksem, niespecjalnie miałam czas. W końcu poszliśmy coś zjeść i potańczyć. Gdybym się wtedy nie dała przekonać, to bym Andrzeja nie spotkała. Oni zaraz potem wracali do Polski.

Reklama

Marek Piotrowski wystąpił w roli swatki?

- Nie sądzę, że chciał mnie wtedy z kimś poznać. Marek lubił otaczać się ludźmi, mieć koło siebie przyjaciół i bliskich. Nadarzyła się okazja na wyjście większą grupą i z niej skorzystał.

Pan Andrzej sprawia wrażenie nieśmiałego. W kontaktach damsko-męskich też taki był?

- Zawsze. Był jednym z nielicznych mężczyzn, jakich poznałam, którzy nic o sobie nie mówili. Był mną zainteresowany, zadawał pytania, ale ciężko było mi cokolwiek z niego wycisnąć o sobie.

Kto kogo poderwał?

- Mogę powiedzieć, że wpadliśmy sobie w oko. Zjedliśmy kolację, potem pierwszy raz ze sobą zatańczyliśmy. Głównie rozmawialiśmy przez ten wieczór. Powiedziałam mu, że za miesiąc będę w Polsce na ślubie kuzynki. Andrzej dał mi swój adres i powiedział, żebym go odwiedziła, jak będę w Warszawie. Bardzo mi się spodobał, ale większych nadziei sobie nie robiłam. Nie wiedziałam, czy się jeszcze spotkamy.

I wyszło jak w komedii romantycznej. Poleciała pani do Polski i pojechała pod wskazany adres...

- Znów pomógł Marek. Długo mnie w Polsce nie było, dlatego załatwił mi mieszkanie w Warszawie u swoich przyjaciół. To była szansa na spotkanie z Andrzejem.

Który to był rok?

- 1989.

Ćwierć wieku razem. Zleciało?

- Bardzo...

Czym przyszły mąż panią ujął?

- Był przystojnym mężczyzną, podobał mi się, ale zdecydowały drobne rzeczy. Jak szliśmy na zakupy, nie pozwalał mi nieść siatek. Jak chciałam kupić prezenty dla siostry i mamy, przywiózł mi pięć pierścionków i powiedział, żebym im dała. Andrzej nigdy nie potrafił zrobić czegoś małego, każdy gest był ogromnych rozmiarów. Później bałam się go o cokolwiek poprosić.

Na początku znajomości takie hojne gesty mogą przytłoczyć.

- A ja nie chciałam mu być niczego winna. On mieszkał w Polsce, ja w Stanach. Nie wiedziałam, jak nasz związek się potoczy. Kiedy zbliżał się czas powrotu do USA, zrozumiałam, że to coś poważniejszego. Bardzo przeżyliśmy rozstanie.

Dzisiaj łatwiej o kontakt. Są telefony komórkowe, Skype, internet. Jak sobie państwo radzili?

- Wtedy w Polsce prawie nikt nie miał telefonu, były jedynie w urzędach czy biurach. Zamówiłam z tęsknoty połączenie, Andrzej przyszedł na pocztę odebrać i przypomniał mi o...różnicy czasu. "Jak możesz mnie o czwartej nad ranem zrywać z łóżka?" - zapytał i zaczął się śmiać. Kilka razy do mnie dzwonił, połączenie z Polski do USA to były spore koszty. Wiedziałam, że bardzo mnie lubi, może nawet czuje coś więcej. Były rozmowy, listy.

Andrzej Gołota pisał listy miłosne?

- Później się dowiedziałam, że nigdy wcześniej listu nie napisał. Rozmawiał z kuzynką, która mu mniej więcej wytłumaczyła, jak się takie listy do dziewczyny pisze.

Kiedy państwa związek stał się poważny?

- Po tym wyjeździe do Warszawy. Następnym razem poleciałam do Polski już do Andrzeja. Oficjalnie byliśmy parą. To był sylwester. Andrzej mi się oświadczył.

Zaręczyny były planowane?

- Nie, zaskoczył mnie. Nie miał dla mnie nawet pierścionka, w ostatniej chwili zdobył jakąś obrączkę, trochę za dużą.

Wahała się pani?

- Do głowy mi nawet nie przyszło, żeby się zastanawiać nad decyzją. Już wtedy wiedziałam, że to jest człowiek, z którym chciałabym spędzić całe moje życie. Zauroczył mnie tym, że oficjalnie poprosił o zgodę i błogosławieństwo moją mamę. To był prosty chłopak, który wyszedł z domu w wieku 17 lat i sam sobie w życiu radził. Ciężko było po nim czegoś takiego oczekiwać...ale on zawsze taki był.

Chciał mieć prawdziwą rodzinę?

- Zawsze był za rodziną, z każdym chciał dobrze żyć. Chciał być lubiany, zaakceptowany przez moją rodzinę. Z jednej strony to twardy człowiek, sprawia wrażenie, jakby mu na niczym nie zależało, a wewnątrz straszliwie pragnie akceptacji i rodzinnego ciepła.

Są państwo razem od 25 lat, mają dwoje dzieci. Jaka jest państwa recepta na trwały związek?

- Oboje chcieliśmy mieć rodzinę aż do śmierci. Mamy ślub kościelny, gdybyśmy wzięli rozwód, żadne z nas nie byłoby szczęśliwe. Rozwód zmienia układ rodziny, cierpią dzieci. To nie leży w zgodzie z naszą wiarą. Jesteśmy katolikami, nie wyobrażamy sobie układania życia po rozwodzie. Poza tym wierzę, że każda rodzina powinna stworzyć swoje tradycje.

- Wiele się wokół nas zmieniało, ale pewne rzeczy były stałe. Niedziela zawsze była dniem dla rodziny. Zawsze wspólnie chodziliśmy z dziećmi do kościoła. Nasz proboszcz miał dar łączenia ludzi. Wspólnota trzymała się razem, po mszy można było w salce przy kościele napić się kawy, zjeść obiad czy ciasto. Kiedy ludzie razem jedzą, spędzają ze sobą czas, są sobie bliżsi.

Przed walkami mąż znikał na 6-8 tygodni na obozach przygotowawczych.

- Wtedy była rozłąka, ale Andrzej przylatywał co drugi, czasem co trzeci weekend. Mimo pomocy mojej mamy, bywało ciężko. Zajmowałam się Olą i Andrzejkiem, ale nie narzekałam. Jak Andrzej przyleciał do Stanów, to on siedział w domu z dzieckiem. Zmieniał pieluszki, wszędzie Olę zabierał. Dla mężczyzny to trochę nudne życie, zwłaszcza dla kogoś przyzwyczajonego do treningu i sportu.

Jak mąż godził opiekę nad dzieckiem z treningami?

- Kiedy zaczął trenować przed pierwszymi zawodowymi walkami, nie wyjeżdżał na obóz, tylko ćwiczył na miejscu. Nie było nas stać na opiekunkę. Ja szłam do pracy, on brał nosidełko z dzieckiem i jechał na salę treningową. Dozorca, starszy pan o imieniu Willie, zajmował się Olą, a Andrzej ćwiczył.

Narzekał, że musi zajmować się córką?

- Andrzej nigdy nie dawał do zrozumienia, że coś jest dla niego poświęceniem. Co trzeba było zrobić, to robił bez żadnego narzekania. Nigdy mi niczego nie wyrzucał, chociaż mieliśmy jedno auto i często zabierałam je do pracy. Czasem, jak czuł, że musi wyjść do baru, to barmanka bawiła dziecko, on sobie wypił piwko i z wózeczkiem grzecznie wracał do domu. Z boku to mogło różnie wyglądać, ale Andrzej nigdy nie patrzył na to, co sądzą inni.

Mąż boksował, ale na początku kariery to pani utrzymywała dom.

- Za pierwszą walkę dostał 350 dolarów. Miał niewielkie stypendium tygodniowe od swojego promotora, ale jak już znaleźliśmy opiekunkę do Oli, to nie wystarczało na jej wynagrodzenie. Nie miał sponsorów, więc jedyną osobą pracującą w domu rzeczywiście byłam ja.

Miał moment zawahania? Chciał rzucić boks i zacząć zarabiać?

- Chciał stać na bramce w klubie, żeby cokolwiek zarobić, ale już wtedy dochodziły do nas głosy o jego talencie i zainteresowaniu poważnych promotorów. Powiedziałam mu "Andrzej, jak będziesz stał na bramce w piątkową noc, to zapomnij o treningu w sobotę. Jak pójdziesz w sobotę, to prześpisz niedzielny dzień z dzieckiem. Dla niewielkich pieniędzy zmarnujesz czas i talent".

Poskutkowało. Szybko nazwisko Gołota znalazło się wśród najbardziej pożądanych w wadze ciężkiej w USA.

- W 1992 roku stoczył pierwszą walkę za kilkaset dolarów, cztery lata później był już milionerem. Jak się komuś uda w Stanach, to jest to sukces światowy.

Kilkanaście lat temu pan Andrzej był najpopularniejszym polskim sportowcem. Jak ta sława przekładała się na dom?

- Kiedy zaczęły się te wielkie walki, zaczął się kryzys między nami. Nie tyle przez Andrzeja, co ludzi, którzy go otaczali. Każdy chciał być widziany u boku wielkiej gwiazdy. Zaczęło go brakować w domu. Pojawili się koledzy, znajomi, każdy chciał się z nim gdzieś pokazać. W tym czasie wróciłam do szkoły, bo przerwałam studia, jak urodziła się Ola. Pracowałam, uczyłam się, przygotowywałam się do egzaminu wstępnego na prawo i zajmowałam dzieckiem, a Andrzeja nigdy nie było w domu. Wychodził zostawiając mnie ze wszystkim...

Jak długo trwał kryzys?

- Powiem panu, że przynajmniej 5-6 lat. Przed walką z Tysonem między nami się polepszyło. W 1999 roku zmarła babcia Andrzeja, później miał wypadek samochodowy, a następnie na jego oczach w wypadku motocyklowym zginął jego przyjaciel. W ciągu 12 miesięcy to wszystko się wydarzyło, a na koniec była niefortunna walka z Tysonem. Wtedy większość kolegów go zostawiła.

Wyszło, jacy to byli koledzy...

- Trochę tak. Andrzej po tym wszystkim przez kilka lat nie mógł się odnaleźć, nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Zawsze kiedy był na rozdrożu i miał duże problemy, jego życie prostowało się dzięki walkom. Boks był zbawieniem. Dawał mu cel, dyscyplinę, poczucie, że wszystko jest w porządku, że nie zmarnował życia. Sporo zdrowia w ringu stracił, ale boks był dla Andrzeja błogosławieństwem.

I przekleństwem. Jak radził sobie po trudnych, przegranych walkach? Tłumił w sobie emocje czy siadali państwo przy stole i rozmawiali?

- Nie, nie było rozmów. Andrzej nawet jak był obecny w domu, to nie był obecny duchem. Nic do niego nie docierało, żył w swoim świecie. Potrzebował czasu, żeby sobie wszystko poukładać. Nigdy nie płakał, nie rozpaczał, ale zamykał się w sobie.

Jak długo był nieobecny?

- To mogło trwać tygodniami, czasem miesiącami. Nigdy nie odbierałam tego tak, że on się zamyka przed rodziną. Dawałam mu wolną drogę, nie obciążałam obowiązkami. Dzieciom mówiłam, że tata potrzebuje czasu i wróci, jak będzie gotowy. Czasem starałam się mu oszczędzić bólu i wiedząc, że będzie mocno skrytykowany, wyłączałam w domu internet.

Mąż się orientował?

- Pytał: "Co się stało?". Odpowiadałam, że musiało łącze zerwać.

Któraś walka miała szczególny wpływ na pana Andrzeja?

- Ta z Tysonem. Został po niej straszliwie skrytykowany. Przez trzy lata nie wrócił na ring, myślałam, że skończy z boksem. Wszyscy wokół umyli ręce i stwierdzili, że już nie powinien walczyć.

A z Chrisem Byrdem? Wtedy był najbliżej mistrzostwa świata.

- Wszyscy byli przekonani, że wygrał. On też. I nagle się okazało, że jest remis. Trudno się było z tym pogodzić. Pamiętam też jego ostatnią bardzo dobrą walkę z Mollo. Byliśmy z Andrzejem na jego walce z Arturem Binkowskim. Mike wygrał. Podszedł do lin, wskazał palcem na Andrzeja i powiedział" "Golota, you are next!".

- Ta walka musiała się odbyć. Już wtedy było widać po Andrzeju wcześniejsze ringowe wojny, już nie był taki szybki, ale nie dał się wyprowadzić z równowagi. Nie widział na jedno oko, a wygrał. To było przejmujące, wiele było głosów, że młody Mollo wygra. Mike doznał wstrząsu mózgu. Andrzej poszedł do niego do szatni i powiedział: "Wybacz stary, nie chciałem tego zrobić".

Ciągnie męża jeszcze do ringu?

- To było jego całym życiem. Rodzina i boks. Kocha sport, jeździ na nartach, na rowerze. Gdziekolwiek jesteśmy, zawsze szuka możliwości, żeby jakimś sportem się zająć. Byliśmy kiedyś na walce Andrzeja Fonfary. Wymiana ciosów, duże emocje. Kiedy ludzie skandowali "Andrzej, Andrzej", maż zamknął oczy i zamyślony odchylił się w fotelu. Wiem, że wtedy przypominał sobie, jak tłum wiwatował na jego cześć. Czasem mówi, że dałby sobie radę, że z ręką jest w porządku. Ale on do ringu, poza walką pokazową, jakby chciał taką stoczyć dla kibiców, już nie wejdzie. To już jest emerytura.

Pan Andrzej się z tym pogodził?

- W ostatnich latach kariery nie walczył często, miał przedsmak tego, jak to może wyglądać. Przyzwyczai się do życia bez boksu, ale jak braknie czegoś, co robiło się całe życie, to tak jakby stracić cząstkę serca.

Tę pustkę wypełniają treningi tenisowe syna?

- W tenisie Andrzejek już dawno przebił tatę. Andrzej już nie ma z nim szans, dlatego nie próbuje mu mówić, co ma robić. Poświęca mu dużo czasu, ale to się wkrótce skończy. Syn ma prawo jazdy, niedługo będzie miał samochód i skończy się jazda z tatą do szkoły i na treningi. Andrzej może poczuć się niepotrzebny. Nie ma zajęć, a ma dopiero 46 lat, jest w sile wieku. Musi się odnaleźć. Chcielibyśmy więcej podróżować, ale nie zamknę kancelarii na miesiąc, żebyśmy mogli wyjechać.

Wspomniała pani, że w trudnych chwilach los zawsze jest dla męża łaskawy i przynosi rozwiązanie.

- Tak, Andrzej miał zawsze szczęście. Nie musiał za niczym chodzić, wszystko do niego przychodziło. Bardzo trudna była dla niego walka z Tomaszem Adamkiem. Porażka, utrata przyjaźni, rozstanie z Ziggym Rozalskim. Było ciężko. Ale szybko przyszła propozycja z "Tańca z gwiazdami". To go rozweseliło przynajmniej na półtora roku. Mnie też. No i pomieszkał sobie w Polsce. To mu dobrze zrobiło.

Myślą państwo o przeprowadzce do Polski?

- Dopóki dzieci nie pójdą na swoje, musimy być w Stanach. Ola skończyła studia, teraz jest na pierwszym roku prawa, chce być prokuratorem federalnym. Syn natomiast zamierza iść w biznes. Czy za kilka lat będziemy mieszkać w Polsce czy w Stanach? Nie wiem. Tu i tu potrafimy się odnaleźć, mamy swoje miejsca i grono przyjaciół i znajomych.

- Często jeździmy do Polski, jedyne, co mnie zastanawia, to przepaść między tym, co jest na ulicy, a postawą ludzi w internecie. Na ulicy wszyscy są wobec męża życzliwi, jak wejdę do internetu i zacznę czytać komentarze, to się zastanawiam, skąd się ci ludzie biorą? Wiem, że w Polsce krytykuje się Amerykanów za ich cukierkową słodkość, ale łatwiej się żyje, jak ludzie się do siebie uśmiechają i są życzliwi.

Są negatywne komentarze, ale jest też pokaźne grono kibiców, którzy wstawali w nocy na walki pana Andrzeja.

- Nie zmarnował życia, rodziny, pieniędzy. To mówi o charakterze. W ringu różnie bywało. Raz z winy Andrzeja, czasem nie. Dał ludziom tyle emocji, dał z siebie wszystko, więcej nie miał. Chcielibyśmy pojeździć po Polsce i podziękować kibicom za wsparcie przez te wszystkie lata.

Mąż był wielką gwiazdą zawodowego boksu, ale mam wrażenie, że się nią nigdy nie czuł.

- On nie potrafi być gwiazdą i to jest w nim najfajniejsze. Nic nie robi pod publikę, nie zachowuje się jak gwiazda. Chyba przynosi wstyd sławnym sportowcom i celebrytom, bo nie potrafi być jak oni. On jeździ pociągiem, autobusem, dużo chodzi na piechotę. Jak ktoś do niego podchodzi z poważną miną, to Andrzej się boi. Boi się dziennikarzy, bo wie, że na słowa z nimi nie wygra. Jest skryty, ale kto go bliżej pozna, ten go polubi. Czasem się śmieję, że Bóg ma poczucie humoru, bo postawił na mojej drodze Andrzeja.

Ma pani na myśli związek boksera z prawniczką?

- Zawsze byłam grzeczną, dobrą uczennicą. Śpiewałam w chórze kościelnym. Miałam zaplanowany każdy dzień i nagle spotkałam Andrzeja. Gdyby nie on miałabym nudne życie. Pamiętam, jak ćwierć wieku temu byłam u niego w Warszawie.

- Z sąsiadem Andrzeja poszliśmy na dyskotekę, było nudno, dlatego Andrzej w pewnej chwili zarządził...wyjazd nad morze. Kupił bilety, wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy. Po kilku godzinach byliśmy głodni, a pociąg nie miał wagonu restauracyjnego. Na stacji Andrzej zauważył, że pociąg jadący w przeciwnym kierunku ma taki wagon. Pobiegł po jedzenie, a tu gwizdek, drzwi zamykają! Zdążył w ostatniej chwili. Cały Andrzej.

Zawsze coś się działo?

- Jak opowiadałam córce o narzeczeństwie i pierwszych latach małżeństwa, powiedziała: "Mamo, ja bym chciała chociaż połowę tego przeżyć". A te przeżycia były różne...

- Kiedyś mieliśmy pieska. Starsza psinka, już ślepa była. Położyła się spać pod kołami samochodu. Andrzej jej nie zauważył i ruszył. Dzieci miały wracać ze szkoły, a my szorowaliśmy krew z podjazdu. Obok była budowa, stał tam duży kontener. Andrzej spanikował i wrzucił pieska do środka. Przypomnieliśmy sobie, że miała obróżkę z naszym adresem, więc Andrzej wskoczył do kontenera i zaczął jej szukać. Dzieciom powiedzieliśmy, że psinka wyszła na ulicę i ktoś ją zabrał. Dwa tygodnie rozwieszały plakaty ze zdjęciem.

Powiedzieliście państwo dzieciom, co się stało?

- Dopiero rok temu się przyznaliśmy. Już są duże, wtedy nie chcieliśmy ich ranić.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje