Łukasz Janik: Przyjechałem zdobyć pas i godnie zarobić

Łukasz Janik w zastępstwie chorego Krzysztofa "Diablo" Włodarczyka będzie walczył w piątek z Grigorijem Drozdem o pas mistrza świata WBC w wadze junior ciężkiej. - Przyjechałem do Moskwy z dwoma celami: zdobyć pas mistrza świata i wreszcie godnie zarobić - powiedział Janik.

Opowiadając w grudniu o swych planach na rok 2015 mówił pan, że chciałby pojedynków o mistrzostwo Unii Europejskiej, później kontynentu i wreszcie świata. Rzeczywistość przerosła marzenia?

Reklama

Łukasz Janik: - Nie sądziłem, że zacznę od walki o tytuł najbardziej prestiżowej federacji na świecie - World Boxing Council. Dlatego nie było mowy, abym odmówił potyczki z Drozdem. Wcześniej miałem boksować o pas WBA z Denisem Lebiediewem, ale zaprotestowali promotorzy Youriego Kalengi, który ostatecznie przegrał na punkty z tym Rosjaninem. Później miałem dostać walkę wieczoru 10 kwietnia w Gliwicach, lecz okazało się, że nie wystąpię.

Obóz Lebiediewa zagwarantował panu walkę we wrześniu?

- Mimo że rosyjscy organizatorzy gali przysłali jakieś gwarancje, że obiecali, iż jestem pierwszy w "kolejce" do Lebiediewa, to nie do końca wierzę, że faktycznie za kilka miesięcy stanąłbym z nim w ringu. Za dużo miałem złych doświadczeń w ostatnim czasie. W boksie zbyt wiele rzeczy jest niepewnych, by móc planować z dużym wyprzedzeniem. Na szczęście los się do mnie uśmiechnął.

Wszyscy pretendenci jadąc na walki wyjazdowe ogłaszają, że wrócą z pasem mistrza świata...

- I trudno się dziwić, bo każdy ma swoje ambicje. A ja nie ukrywam, że chcę pokonać Drozda i również dobrze zarobić. Przez ostatnie półtora roku stoczyłem tylko dwie walki, nie mam co miesiąc wypłacanej pensji, więc dla mnie być może to niepowtarzalna okazja. Mam już prawie 30 lat, a w żaden sposób nie zabezpieczyłem finansowo przyszłości swojej i rodziny.

W co chce pan zainwestować pieniądze za piątkową walkę w Moskwie?

- Do rodzinnej Jeleniej Góry nie zamierzam wracać, chciałbym kupić mieszkanie w Warszawie. Myślę, że kwota, której oczywiście nie mogę zdradzić, pozwoli mi także na zakup samochodu, a zostanie również na wczasy z dziewczyną. Do tej pory walczyłem za darmo lub półdarmo, wielokrotnie samemu szukając sponsorów. Starczało mi tylko na przeżycie. Wreszcie coś zmienia się w moim życiu na lepsze, a prawdziwa odmiana byłaby wtedy, gdybym wygrał z Drozdem.

Niemal w ostatniej chwili zastąpił pan chorego Krzysztofa Włodarczyka.

- Od lutego bardzo ciężko przygotowywałem się do walki z Lebiediewem. Odstawiłem wszystkie sprawy na bok, by osiągnąć życiową formę. Informacja o tym, że ostatecznie wybrano Kalengę podcięła mi skrzydła, dlatego na jakichś czas opuściłem salę treningową. Ale to nie znaczy, że przyjechałem do Rosji nieprzygotowany. Przecież wcześniej miałem sparingi z "Diablo" Włodarczykiem, na którym nie mogłem udać się z marszu, ot tak sobie. Przecież Krzysiek jest byłym mistrzem świata, który szykował się do rewanżu z Drozdem.

Ktoś odradzał panu wyjazd do jaskini lwa?

- Nikt by mnie nie przekonał, bo takich propozycji się nie odrzuca. Nie zgadzam się z opiniami, że jadę na skazanie. A właśnie ja nie mam na sobie żadnej presji, wielkie oczekiwania dotyczą tylko Drozda. To on musi pokazać, że jako czempion wygra z kolejnym Polakiem, po Włodarczyku i Mateuszu Masternaku.

Jak tak naprawdę wyglądały pana przygotowania?

- Będąc w rodzinnych stronach biegałem po górach, a w Warszawie miałem tydzień treningów, w tym kilka sparingów. Ostatni w poniedziałek z Markiem Matyją, praktycznie trzy godziny przed wejściem na pokład samolotu.

Kiedykolwiek w trakcie zawodowej kariery był pan w podobnej sytuacji?

- Tylko raz, kiedy kilka dni przed walką dowiedziałem się o wyjeździe do Niemiec. Ale to był czterorundowy pojedynek, szybko skosiłem rywala.

Tym razem zdecydowanym faworytem będzie broniący tytułu Rosjanin.

- Wiem, że muszę pokazać się z jak najlepszej strony, bo nawet porażka po dobrym występie nie zamyka mi furtki do kolejnych ciekawych wyzwań. Nie oszukujmy się, ciężko mi będzie zwyciężyć na punkty, tym bardziej przez nokaut, ale nie mam nic do stracenia. Zresztą z doświadczenia muszę powiedzieć, że mi lepiej boksuje się na świeżości. Jestem takim bokserem, który na treningach zawsze daje z siebie 100 proc. i wiele razy było tak, że przetrenowany toczyłem oficjalne walki.

Walki o pasy mistrzów świata w kiepskim stylu przegrywali niedawno Paweł Kołodziej i Paweł Głażewski, wcześniej przed czasem przegrał też Andrzej Wawrzyk, pas stracił Włodarczyk. Pan jedzie także po to, by nie dać "plamy"?

- Spokojnie, nie zamierzam się chować i dążyć do przetrwania. Będę boksował rozważnie, bacznie uważając na obronę, lecz potrafię też atakować. Lubię kontrować po przepuszczeniach, jestem szybkim pięściarzem. Drozd ma słabe punkty, postaram się je wykorzystać. W ogóle czuję coś dobrego w kościach...

Kto będzie w pana narożniku?

- Główni szkoleniowcy Sferis KnockOur Promotions Fiodor Łapin i Jan Sobieraj, a także Paweł Gasser. Bardzo żałuję, ale zabraknie mojego brata Rafała, z którym długo pracowałem w Jeleniej Górze. Realia są takie, że ciężko wyżyć z pięściarstwa, dlatego wyjechał za chlebem do Niemiec. Nie ma możliwości, aby wziął kilka dni wolnego i przyleciał do Rosji.

Rozmawiał Radosław Gielo

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Janik | Grigorij Drozd | boks

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje