Reklama

Reklama

Krzysztof Włodarczyk: Jestem dużo mocniejszy psychicznie niż byłem, ale...

- Potrafię przyjąć falę krytyki, nawet jeśli padają najgorsze słowa. Poszedłem do programu z formułą "drwimy z ciebie", bo mam dystans do siebie - mówi w rozmowie z Interią Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, który wziął udział w kontrowersyjnym programie telewizyjnym, a kilka lat temu podjął próbę samobójczą. Przed Włodarczykiem walka z wymagającym rywalem Noelem Gevorem, której stawką będzie wywalczenie pozycji oficjalnego pretendenta do tytułu mistrza świata IBF w wadze junior ciężkiej.

Artur Gac, Interia: Żałuje pan, że niedawno wystawił się na publiczne "grillowanie", czyli maglowanie niechlubnych wątków ze swojego życia w rozrywkowym programie w telewizji?

Reklama

Krzysztof "Diablo" Włodarczyk: - Nie żałuję! Ani jednej sekundy. Było super.

Doprawdy podobało się panu?

- Ja potrafię przyjąć falę krytyki, nawet jeśli mają padać najgorsze słowa. Poszedłem do programu z formułą "drwimy z ciebie", a że mam dystans do siebie, nie widziałem przeszkód.

Na czym polega przyjemność z wystawiania się na publiczne drwienie z siebie?

- Chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę i tak do tego podszedłem. Nie ma się co doszukiwać, kto z kogo robił sobie żarty. Było kilku znanych gości, którzy mi "cisnęli", wyszukując moje największe porażki i błędy.

I dobrze się pan czuł?

- Wiedziałem, z czym mam się zmierzyć, o co mniej więcej mogę być dopytywany i z czego będą sobie drwić. Mając tę wiedzę, na wszystko zgodziłem się świadomie.

Dlaczego w ogóle zdecydował się pan wziąć udział?

- Dla dobrej zabawy. Naprawdę mam dystans do siebie, a jeśli jeszcze idzie to ze smakiem i fajną zabawą, to nie mam nic przeciwko. Wiadomo, tutaj urządzono sobie drwiny na forum, ale życie generalnie jest moim zdaniem na tyle nieprzewidywalne, że dałem sobie trochę dodatkowej rozrywki.

Moje odczucia pewnie nie bardzo pana interesują...

- A dlaczego? Dla mnie to też ważne, jak ludzie odbierają ten mój udział.

W porządku. Abstrahując od pana burzliwych historii, które były poruszane, według mnie poziom żartów i niektórych sformułowań był denny, żeby nie powiedzieć rynsztokowy. Momentami wręcz miałem wrażenie, że nie chciało się panu śmiać, tylko na siłę robił pan dobrą minę.

- Nie polemizuję... Było, minęło. Uważam to za kolejną przygodę, dzięki której poznałem następnych fajnych ludzi. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale pokazało mnie to w zupełnie innym świetle. Natomiast raz jeszcze podkreślę, że bardzo dobrze się bawiłem.

Jak pan uważa, w jakim świetle pokazał pana udział w tym programie? Co mógł pan zyskać?

- Nie mam zielonego pojęcia. Mam nadzieję, że w takim świetle, iż facet ma po prostu dystans do siebie. Wie, co nabroił, co narobił w życiu i nie chowa głowy w piasek.

Zachętą były porządne pieniądze, które pan otrzymał?

- Nie, dementuję. To nie są żadne porządne pieniądze.

To inaczej: jakąś gratyfikację pan otrzymał za udział w programie?

- Tak, ale to nie były nie wiadomo jakie pieniądze.

Z ringu podnosił pan większe?

- Dużo, dużo większe.

Kto oprócz pana był jeszcze za udziałem w tym programie?

- Nikt.

Przepraszam, ale nie mogę powstrzymać śmiechu.

- No tak, dosłownie nikt.

Rozumiem, że pozostali próbowali odwieść pana od tego zamiaru?

- Mój promotor Andrzej Wasilewski bardzo. Myślał, że nie wiem, z czym będę się mierzył. Ale ja nie szedłem w nieznane, wcześniej sprawdziłem, że "grozi" mi co najwyżej dobra zabawa i nic więcej. Nie chcę, by ktokolwiek sobie pomyślał, że poszedłem tam w nieznane. Wyposażony w taką wiedzę niczego się nie obawiałem.

Przed panem piekielnie ważna walka na gali 20 maja w Poznaniu. Ewentualne zwycięstwo nad Noelem Gevorem może okazać się kołem zamachowym nie tylko dla pana kariery, ale też w życiu?

- Nie mogę wybiegać w przyszłość. Na pewno muszę dobrze przygotować się fizycznie i mentalnie, a później optymalnie zaboksować. Nie ukrywam, że swojego ostatniego przeciwnika Leona Hartha totalnie zlekceważyłem i wyszło, jak wyszło. Ten rywal nie powinien ze mną wytrwać do trzeciej rundy.

A Gevor?

- Na pewno jest niewygodny, szybki i ruchliwy. Na takiego rywala muszę "włączyć" siebie w najlepszym wydaniu, sprzed kilku lat. Najlepiej Włodarczyka w wersji z 2006 roku, z walki ze Steve’em Cunninghamem, w której non stop wywierałem presję, presję i jeszcze raz presję. Jeśli to powtórzę teraz, to Gevor po prostu nie wytrzyma mojego tempa i walka potrwa dużo krócej niż na pełnym dystansie rund.

Pytanie, czy taki Włodarczyk jeszcze może się objawić? A może to już nie wróci?

- Wszystko można przywrócić, trzeba tylko mądrze i logicznie to zrobić. Może nie z taką częstotliwością ciosów, jak maszyna, ale na pewno stać mnie na boks na dużej intensywności. Teraz pracuję nad tym, by zadawać sporą liczbę ciosów i to jest priorytetem.

O ile ostatniego przeciwnika mógł pan zlekceważyć, to za takie potraktowanie Gevora zapewne zapłaciłby pan wysoką cenę.

- Dokładnie, z nim nie będzie miejsca na zabawę.

Spójrzmy prawdzie w oczy: w wadze junior ciężkiej stoi pan prawdopodobnie przed ostatnią szansą, by zapracować sobie na walkę o mistrzostwo świata.

- No... kto wie, ale taki Cunningham jeszcze boksował o tytuł mając już 39 lat. W związku z tym trudno przewidzieć, czy to moja ostatnia szansa, ale z pewnością czas nie działa na moją korzyść. Pojawiają się inni zawodnicy, młodsi, szybcy i silniejsi, ale ja nie składam broni.

Wróćmy do "grillowania"... Andrzej Wasilewski napisał na Twitterze: "Trochę udało się go ochronić, ale jego pojawienie się tam nie jest zgodne z moją wizją promocji sportowca". Zabrzmiało to tak, jakby pana promotor uczynił starania, aby ustrzec pana przed najcięższą artylerią w programie.

- Że Andrzej niby miał w to jakiś wkład?

To ja pana pytam.

- Nie miał z tym nic wspólnego. Może pan napisać to grubymi literami, że Andrzej Wasilewski nie miał nic wspólnego z tym "roastem". Wręcz przeciwnie, próbował mnie zniechęcić i odciągnąć od tego, żebym w ogóle nie brał udziału w tym programie w żadnej roli.

Argumenty, które przedkładał, do pana nie trafiały?

- Nie było dosłownie żadnych argumentów. Mówił mi tylko tak: "Krzysiek, czy ty wiem, o czym oni mówią? Będą z ciebie drwić". Nie wiem, dlaczego Andrzej tak napisał w internecie. Może chciał zwrócić uwagę, że miał jakiś wkład? Andrzej Wasilewski nie miał w to żadnego wkładu, a tylko próbował mnie odciągnąć, co z jednej strony uważam za... słuszne.

Czyli jednak dostrzega pan w zachowaniu promotora również właściwe pobudki?

- Tak, przez Andrzeja przemówiła opiekuńczość, bo przecież znamy się tyle lat. Pewnie dlatego nie chciał, żebym się za to "złapał" i wchodził do studia. Dyskutowaliśmy wysyłając SMS-y, ale jak postanowiłem, tak zrobiłem. Na widowni zasiadło trzech moich przyjaciół i po wszystkim powiedziałem do nich wprost: "Chłopaki, tylko bez wkładania palca w tyłek. Powiedźcie mi szczerze: jak było"?

Co odpowiedzieli?

- Że super. OK, dzięki, to mi wystarczy. Na żywo jest zupełnie co innego, choć na początku trochę się spiąłem i lekko zestresowałem. Nagle zrobiło mi się tak, jak w "Tańcu z gwiazdami". Wtedy też stanąłem i nie wiedziałem, co mam dalej mówić ani jaki postawić krok.

Ni mniej, ni więcej spiął się pan tak, jak zazwyczaj w pierwszych rundach walk bokserskich.

- No... tak można powiedzieć. Było to nieco krępujące.

Nagle zdał pan sobie sprawę, że zostanie obnażony przed szeroką publicznością?

- My to nagrywaliśmy, więc w każdej chwili mogłem powiedzieć, że rezygnuję i tego nie robię.

A ile fragmentów zostało wyciętych z tego materiału?

- Prawie żaden.

Czyli coś usunięto?

- Musiałbym zobaczyć, jak dokładnie wyglądał materiał na wizji. Może powycinali tylko moje przerwy, czyli chwile milczenia i stękania, typu "yyyyy..." (śmiech).

Dopuszcza pan myśl, że udział w tym show wcale nie będzie miał pozytywnego wpływu na pana wizerunek, tylko wręcz przeciwnie?

- Dlaczego? Uważam, że nieważne jak mówią, ważne że mówią. Choć może nie dosłownie, ale twierdzę, że na pewno nie było obciachu. Sądzę, że nie było aż tak mocnej krytyki pod moim adresem, bym został nie wiadomo, jak bardzo zmieszany z błotem. Nie było szlamu, tylko przywołano niektóre fakty, typu alimenty i próba samobójcza, z której dzisiaj się śmieję. Oczywiście nie wiem, co odbije mi jutro, za tydzień lub za miesiąc, bo jesteśmy tylko ludźmi.

Sugeruje pan, że życie jest na tyle przewrotne, iż jeszcze kiedyś może pan to powtórzyć?

- Nie wiem, wszystko może się zdarzyć. Mogę wejść do kościoła, w którym na głowę nagle spadnie mi cegła.

Tyle że ten przykład jest niezależny od nas, a żeby targnąć się na swoje życie, musiałby pan sam to uczynić.

- Nie mam zielonego pojęcia, ile rzeczy może się wydarzyć. Może coś mnie trafi, albo maksymalnie zdołuje śmierć najbliższej osoby.

Dzisiaj jest pan mocny psychicznie, czy znów w słabszym okresie?

- Zdaje mi się, że dużo mocniejszy niż byłem.

Ale do najmocniejszej wersji "Diablo" jeszcze trochę panu brakuje?

- Tak, jeszcze troszeczkę brakuje...

Rozmawiał Artur Gac

Obserwuj autora na Twitterze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama