Reklama

Reklama

Krzysztof Głowacki: Roy Jones szczeka tak, jak Marco Huck

Krzysztof Głowacki 14 sierpnia znokautował słynnego Marco Hucka i zdobył mistrzostwo świata wagi junior ciężkiej federacji WBO. Pas czempiona chce odebrać Polakowi legendarny Roy Jones Junior. "Amerykanin szczeka tak, jak wcześniej Huck. A ja nie jestem z tych, którzy będą gadać bzdury. Robotę wykonuję w ringu" - mówi w rozmowie z Interią Głowacki.

Interia: Niespełna dwa tygodnie temu pokonał pan Marco Hucka i zdobył mistrzostwo świata. Trwa świętowanie sukcesu?

Krzysztof Głowacki: - Ostatnio nawet nie było czasu na świętowanie! Cały czas tylko wywiady, nagrania i takie jest to moje świętowanie. Nie ma czasu na nic.

Nagły wzrost popularności panu nie doskwiera?

- Aż tak bym nie powiedział, ale popularność już troszkę daje mi się we znaki. Mistrzostwo świata jednak zobowiązuje i trzeba się przyzwyczaić do tego, że ludzie proszą o zdjęcia, a dziennikarze o wywiady.

Dla polskich kibiców boksu z dnia na dzień stał się pan wielkim idolem...

Reklama

- To niesamowite uczucie, że ludzie rozpoznają mnie teraz z daleka na ulicy. 


- To jest coś wspaniałego, czego do tej pory jeszcze nie miałem okazji przeżyć. A teraz wychodzimy z żoną na spacer po mieście, a ludzie zatrzymują nas, gratulują i proszą o zdjęcie. Niesamowita sprawa.

Niewielu spodziewało się tak spektakularnego sukcesu w walce z Huckiem. Wchodził pan do ringu z myślą, że pokaże sceptykom, że się mylą?

- Byłem bardzo skoncentrowany. Przed walką w Newark w ogóle nie dopuszczałem do siebie myśli o porażce. Zawsze wychodzę do ringu po zwycięstwo. Teraz też wyszedłem jak po swoje i nawet przez chwilę nie zwątpiłem w to, że zdobędę pas mistrza.

Pierwszą walkę w obronie mistrzowskiego pasa stoczy pan także w Stanach Zjednoczonych?

- Tak, pierwsza obrona na pewno będzie w Stanach. Ale kto będzie moim rywalem? Sam nie wiem. Trzeba pytać Andrzeja Wasilewskiego i Leona Margulesa (współpromotorzy Głowackiego na rynku amerykańskim - red.).

Jeśli chodzi o nazwiska potencjalnych rywali, to w mediach przewijają się ostatnio B.J. Flores, Steve Cunningham i Roy Jones Jr. Ten ostatni twierdzi nawet, że ma pan coś, co należy do niego i chce odebrać panu pas...

- Na razie Roy musi poczekać, bo ja sam jeszcze nie dostałem od federacji pasa! Tak poważnie, to słyszałem o tym, że wyzywa mnie na pojedynek, ale wszystko zależy od moich promotorów.

- A wypowiedzi Amerykanina? Następny rywal szczeka, tak jak robił to Marco Huck. Ja nie zamierzam się wdawać w takie słowne przepychanki. Nie jestem z tych, którzy będą gadać bzdury przed walką. Chcę wychodzić z przeciwnikiem do ringu i tam robić swoje.

Mówi się o tym, że na waszym radarze jest kilku pięściarzy z USA, a tymczasem największe wyzwania w wadze junior ciężkiej czekają w Rosji. Nie ma pan ochoty zmierzyć się z którymś z tamtejszych mistrzów?

- Rosjanie rzeczywiście mają teraz mocnych zawodników. Jest Denis Lebiediew, jest Grigorij Drozd. Podkreślę jednak raz jeszcze: w boksie jest tak, że to nie pięściarze decydują o swoich rywalach. Pewnie, że chętnie pojechałbym powalczyć np. do Moskwy, ale jak będzie, to dopiero się okaże.

- Byłem kiedyś na walce Krzyśka Włodarczyka z Drozdem w stolicy Rosji i muszę powiedzieć, że to był ciekawy pojedynek, któremu towarzyszyła niesamowita atmosfera. Wrażenia były świetne, a gala zorganizowana fajnie, na wysokim poziomie.

Jakie plany na najbliższe dni ma nowy mistrz świata federacji WBO?

- Ostatnie dni to były ciągłe wyjazdy, wywiady i gratulacje. Teraz marzy mi się, żeby przynajmniej na kilka dni pojechać gdzieś z rodziną, wyłączyć telefon i spokojnie odpocząć i nacieszyć się sukcesem. A co będzie dalej? Zobaczymy, co przyniesie życie.

Rozmawiał Bartosz Barnaś

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje