Reklama

Reklama

​Krzysztof "Diablo" Włodarczyk: Rosjanie chcą mnie u siebie. I walki z ich rodakiem

- Jeśli kasa będzie się zgadzać, to mogę uderzyć nawet w pogromcę Krzysztofa Głowackiego. Za ile jestem do "kupienia"? Oj, dużo pieniędzy, to równowartość luksusowego samochodu - mówi w rozmowie z Interią znany pięściarz Krzysztof "Diablo" Włodarczyk. Zapraszamy do lektury drugiej, przedostatniej części wywiadu, z byłym dwukrotnym mistrzem świata w wadze junior ciężkiej.

W pierwszej części Krzysztof Włodarczyk m.in. skrytykował Artura Szpilkę. Czytaj całość!

Artur Gac: Pana pojedynek z Arturem Szpilką jest melodią przyszłości, a póki co rzeczywistość jest inna. W listopadzie miał pan walczyć z Olanrewaju Durodolą, a zamiast tego 10 grudnia odbędzie się pojedynek z Niemcem Leonem Harthem. Ta zmiana, mówiąc kolokwialnie, jest słabszą opcją?

Krzysztof Włodarczyk: - Wydaje się, że Durodola byłby dużo twardszym i silniejszym przeciwnikiem, a w związku z tym znacznie niebezpieczniejszym. Natomiast na Hartha też będę musiał uważać, bo w tej kategorii wagowej, zwłaszcza już na pewnym poziomie, każdy, kto trafi w punkt, może usadzić przeciwnika. Ta myśl będzie mi towarzyszyła w walce, aby nie nadziać się na żaden mocny cios.

Reklama

Sądzę, że największe wyzwanie będzie na panu spoczywało w sferze mentalnej. Bo, o ile nazwisko Durodoli samo w sobie wzbudzało pana respekt, to Hartha po prostu nie można zlekceważyć.

- Dokładnie, lepiej bym tego nie ujął. Nie spodziewam się przestraszonego Niemca, bo skoro doczekał się roli oficjalnego pretendenta do pasa (IBF Intercontinental - przyp.), to nie przyjedzie do Wrocławia na wycieczkę, tylko oddać całe swoje serce. Dlatego ważniejsza od przygotowania fizycznego, które jest na odpowiednim poziomie, będzie psychika.

Już przetrawił pan odwołanie walki w Krakowie, która miała utorować panu drogę do ulubionego, "zielonego" pasa federacji WBC?

- Jakoś to przeboleję... Na pewno będę celował w coś innego i będę próbował wskoczyć na inną ścieżkę, żeby wszystko ułożyło się po mojej myśli. Było, minęło, nie można wracać do przeszłości. Wolę koncentrować się na teraźniejszości i na tym, co może się wydarzyć.

Podążanie w kierunku mistrzowskiego pasa federacji IBF jest w tym momencie jedynym, na który zagina pan parol, czy możliwy jest nagły zwrot akcji?

- Ciężko powiedzieć, z tym pytaniem należy kierować się do mojego menedżera i promotora Andrzeja Wasilewskiego.

W sparingach do walki z Harthem pomaga panu Michał Cieślak, który nokautuje kolejnych rywali i ma opinię pięściarza, dysponującego potężnym ciosem.

- Wolałbym nie wypowiadać się na temat kolegów, ale powiem, że w boksie Michała ciągle są pewne błędy i luki. Mam nadzieję, że praca i zaangażowanie niedługo zaprocentują i Michał wzniesie się na jeszcze wyższy poziom. Chłopak jest uparty i zawzięty, więc jego wysiłek niedługo powinien zaprocentować.

Czyli siła ciosu Cieślaka na razie jest mityczna, bo demonstrowana na tle słabszych rywali?

- Bycie "silnym" to pojęcie względne. Michał ma, jeśli tak można powiedzieć, ciężką rękę, więc jak trafi, to czuć uderzenie, ale jeszcze musi popracować nad dokładnością. Chodzi o poparcie ciosu odpowiednią techniką, bo tylko zgranie wszystkich elementów, pozwala wyciągnąć z uderzenia maksimum.

Pana ewentualna porażka z Harthem, w sytuacji, w jakiej znajduje się pana kariera i jak wygląda konkurencja w wadze junior ciężkiej, byłaby końcem.

- No proszę cię, nawet tak nie mów... Może to nie byłby mój koniec, ale na pewno wydarzyłaby się ogromna porażka. W jednej chwili byłbym w tragicznym położeniu. Mam świadomość, że nie mogę sobie pozwolić na wpadkę.

W tej chwili mistrzem IBF w wadze cruiser jest Denis Lebiediew, ale sytuacja jest dynamiczna, bo 3 grudnia Rosjanin zmierzy się w obronie pasa z rodakiem Muratem Gassijewem. Na kogo pan stawia?

- Lebiediew jest zawodnikiem już delikatnie wyboksowanym, ma za sobą kilka ciężkich pojedynków, natomiast Gassijew jest młody i żądny zrobienia kariery, a w związku z tym niebezpieczny. Doświadczenie każe mi widzieć faworyta w Lebiediewie, lecz kilka walorów wskazuje na pretendenta.

Jeśli mistrzem zostanie Gassijew, którego promotorem jest Leon Margules, a więc też pana współpromotor, wówczas do waszej walki będzie łatwiej, czy trudniej doprowadzić?

- Wydaje mi się, że byłoby łatwiej. Natomiast, z tego co wiem, jest taka ewentualność, że Rosjanie chcieliby u siebie moją walkę z Lebiediewem. Więc, jeśli mistrz zachowa tytuł, powinno być bardzo ciekawie, bo mogę zawitać na teren wroga. Z kolei kierunek amerykański, w przypadku zwycięstwa Gassijewa, pewnie byłby bardziej skomplikowanym przedsięwzięciem.

Dzięki Twitterowi dowiedzieliśmy się, że pana promotorzy nie podjęli rozmów odnośnie walki z obozem Ołeksandra Usyka. A gdyby to zależało od "Diablo", to pan chciałby wziąć rewanż za Krzysztofa "Główkę" Głowackiego, czy realistycznie oceniając, tak walczący Usyk - bardzo precyzyjny i niesamowicie mobilny na nogach - byłby nieosiągalny także dla pana?

- Powiem szczerze, że na Usyka trzeba by było zacząć akcję: "precyzyjny cios". Ten facet jest strasznie niewygodny i nieprzyjemny do boksowania. Choć myślę, że w walce z twardym zawodnikiem, który szedłby do przodu i nie dałby mu odpocząć, taka walka mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Krzychu Głowacki, w starciu z Ukraińcem, czuł się bardzo nieswojo, bo dziwnie boksuje się, gdy mańkut staje naprzeciwko mańkuta. Gdyby kasa się zgadza, to mógłbym uderzyć na Usyka i spróbować z nim wygrać. Na razie liczy się moja walka z Harthem i wynik walki Lebiediewa z Gassijewem.

Czy zgodzi się pan z opinią, że "Główce" w walce z Usykiem zabrakło tzw. szachowania, czyli umiejętnego skracania dystansu i zamykania rywala sprytną pracą nóg?

- Z zawodnikiem, który nieustannie lata po ringu, a do tego boksuje z defensywy, jest niezwykle ciężko szachować. Oczywiście każdy z nas ma troszkę inną pracę nóg, ale mnie też byłoby ciężko. Jeśli od początku pracuje się według pewnej szkoły, a ja od dłuższego czasu mam określony styl, to potrzeba czasu, aby powoli nabyć nowych elementów. Dlatego im człowiek starszy, tym czuje się lepszy.

Sugeruje pan, że pana styl wymaga szybkiej ewolucji?

- Od pewnego czasu widzę, że na obecną czołówkę w kategorii junior ciężkiej, potrzebna jest duża mobilność.

Podczas tej rozmowy, również w jej pierwszej części, w kontekście walk z Masternakiem i Usykiem powiedział pan, że jeśli kasa będzie się zgadzać, to jest pan na "tak". Zapytam wprost: za ile dzisiaj "Diablo" jest do kupienia?

- Oj, dużo pieniędzy.

Równowartość luksusowego samochodu?

- Na pewno. Może nie z szoferem, ale też nie podstawowa wersja, tylko dobrze wyposażona. Z paru gadżetów mógłbym zrezygnować, na przykład z szyberdachu, bo jadąc bez dachu i tak byłby mi zbędny (śmiech).

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama