Reklama

Reklama

Krzysztof "Diablo" Włodarczyk: Nie robi się we własne gniazdo

- Pamiętam o książce, ale boję się jednego... Ktoś mi zasugerował, że odsłaniając wszystkie kulisy i sprawy, byłbym nielojalny w stosunku do relacji z tymi ludźmi. Nagle musiałbym zdradzić parę tajemnic, kogoś wsypać lub pokazać go w negatywnym świetle, z czym czułbym się bardzo źle - mówi w drugiej części rozmowy z Interią pięściarz Krzysztof "Diablo" Włodarczyk, były mistrz świata w kategorii junior ciężkiej.

Artur Gac, Interia: Jeśli chodzi o najbliższą rodzinę, którą na nowo próbuje pan sobie zbudować: wreszcie można mówić o pozytywach, czy ciągle panuje chaos i rozgardiasz?

Krzysztof "Diablo" Włodarczyk: - Powoli mogę mówić w samych superlatywach. Mam wspaniałą kobietę, ale na razie nie będę ujawniał jej imienia i nazwiska, choć ostatnio ktoś, pisząc o niej, przekręcił imię. Do momentu, aż nie rozstrzygnę swoich problemów i nie rozwiodę się, nie będę chciał epatować tym tematem. W końcu aż 15 lat spędziłem ze swoją żoną, przeżywając z nią cały wachlarz uczuć i emocji. Wszystko, co targa nami w życiu, czyli płacz, żal i rozczarowania, po niesamowitą radość, to wszystko przeszedłem z tą kobietą. Dlatego chcę okazać jej szacunek, zwłaszcza że zawsze będzie łączył nas 14-letni syn, który jest w niełatwym okresie dojrzewania.

Reklama

Pozostaje mieć nadzieję, że wychodzenie na prostą w życiu prywatnym przełoży się pozytywnie na pana dyspozycję w ringu.

- Mam nadzieję, że przede mną nowy rozdział w życiu. Jak wszystko dobrze będzie, to jeszcze stoczę może dwie, a może trzy ciekawe walki. Ale nie zdradzajmy tajemnicy i pewnego show, które mam nadzieję, będzie bardzo fajne i zaskakujące dla kibiców.

Mówimy o walkach bokserskich?

- Oczywiście. Kolejnych dzieci, z innymi kobietami, nie planuję. Podobnie jak zmiany orientacji seksualnej, choć myślę, że dla niektórych byłoby to bardzo intrygujące.

No chyba, że wejdzie pan do ringu z Arturem Szpilką, który nieraz odgrażał się rywalom, że "zrobi im dziecko".

- To fakt, może być różnie, ale już konsultowałem się z lekarzem i muszę gościa rozczarować: nie dam rady, nawet gdybym chciał, więc będzie problem (śmiech). Natomiast zawsze możemy... i niech tutaj pojawią się trzy kropki. Przyszły rok może być bardzo ciekawy.

Jak odebrał pan słowa promotora Tomasza Babilońskiego, który po pana porażce z Muratem Gassijewem ostro skrytykował trenera Fiodora Łapina. "Głowacki proszę cię, uciekaj" - zaapelował do innego zawodnika, Krzysztofa Głowackiego.

- Uważam, że osoba, którą wciągnąłem w nasz świat boksu zawodowego, której pokazałem wszystko od początku do końca, zachowała się nie na miejscu. Trener Fiodor Łapin bardzo dużo dla nas zrobił, to porządny człowiek i bardzo dobry trener. Zwróćmy uwagę na inne czynniki.

Jakie?

- W Europie duże grupy promotorskie mają ogromne zaplecze, dysponując lekarzami, psychologami oraz innymi fachowcami. A my, jeśli mogę tak stwierdzić, na zasoby i możliwości Andrzeja Wasilewskiego i tak całkiem dobrze prosperujemy. Nie najlepiej, ale naprawdę nieźle dajemy sobie radę.

I nagle, znienacka, w przestrzeni publicznej padły takie słowa szefa Babilon Promotion.

- Tomek powinien się zastanowić, co mówi. Powiem najprościej: nie robi się we własne gniazdo. W szczególności, że współpracuje z trenerem Łapinem. Nie podoba mi się publiczne dyskredytowanie swoich pracowników. Jeśli ma się coś do drugiej osoby, to należy się spotkać i wyjaśnić sobie wszystko w cztery oczy, a nie publicznie robić takie akcje. Nie dość, że nasze grono jest małe, to i tak już wystarczająco skażone i chore. Po co jeszcze robić rzadką kupę? Moim zdaniem Tomek bardzo źle zrobił i jedno musi wziąć pod uwagę: zawodnik kształtuje się latami, więc pewne rzeczy mogą się nawarstwiać. Poza tym, niech zatrudnią psychologów lub psychiatrów albo regularnie wysyłają zawodników do takich fachowców.

To jeden z brakujących elementów większej układanki?

- Wszędzie słyszę, że w co bardziej szanującym się sporcie, tacy specjaliści są przy sportowcach. Z całym szacunkiem dla takich konkurencji, jak rzut młotem lub pchnięcie kulą, ale skoro przy rzucaniu kilkukilogramowym sprzętem pomaga współpraca z takimi fachowcami, to co dopiero w boksie, w którym na głowę zawodnika spadają bomby? Najpierw trzeba wykorzystać wszystkie narzędzia, a dopiero gdy one nie pomogą, można decydować się na takie radykalne sądy. A dodam, że trener Łapin w naszej grupie ma wiele funkcji, wykonując tytaniczną pracę.

Padły słowa, że w pana przypadku trener Łapin "z tygrysa zrobił kotka".

- Nikt z nikogo nic nie zrobił. Ludzie sami się kształtują. To, jak pokazałem się w walce, było moją indywidualną sprawą. Byłem bardzo dobrze przygotowany fizycznie i mentalnie, ale sam ułożyłem sobie pewien pomysł na walkę. Analizowałem wiele pojedynków Gassijewa i wychodziło mi, że w drugiej połowie pojedynku nie jest sobą, "rzuca" ciosami i popełnia bardzo dużo błędów. Właśnie na to liczyłem. Ja najlepiej czuję się w ostatnich rundach, wtedy dużo widzę i karcę to wszystko, co wychwyciłem od początku.

Pana relacje z Babilońskim, który jest bratem kobiety, z którą się pan rozwodzi, odbiły się na waszej zażyłości?

- Nie... Być może pewne rzeczy się nawarstwiły i jest między nami pewien dystans, ale to nie problem. Chcę mieć wokół siebie ludzi szczerych i prawdziwych. Chcę żyć tak, by otaczało mnie towarzystwo, warte mojej uwagi. Absolutnie nie sugeruję tu, że Tomek jest złym człowiekiem, a tylko wypowiadam się ogólnie. Gdybym chciał, to naprawdę mógłbym "pocisnąć" paru osobom, ale myślę, że tego nigdy nie zrobię.

Dlaczego?

- Bo wychodzę z założenia, że tyle lat jest się w tym otoczeniu, że teraz nie wypada nikogo oczerniać. Gdybyśmy jednak obaj mieli tydzień czasu i każdego dnia rozmawiali w granicach dziesięciu godzin, to proszę mi uwierzyć, że można byłoby napisać bardzo dużo na temat wszystkich ludzi, którzy byli i są polskim boksie.

Temat napisania książki już kiedyś był podejmowany, z inicjatywy konkretnego wydawnictwa.

- Pamiętam, ale boję się jednego... Ktoś mi zasugerował, że odsłaniając wszystkie kulisy i sprawy, byłbym nielojalny w stosunku do relacji z tymi ludźmi. Nagle musiałbym zdradzić parę tajemnic, kogoś wsypać, czy pokazać go w negatywnym świetle, z czym czułbym się bardzo źle. Po to kiedyś ktoś obdarzał mnie zaufaniem, bym to zatrzymał na wieki, a nie teraz wszem i wobec rozpowiadał.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje