Kassim Ouma. Historia boksera, który zabijał, gdy był dzieckiem

Miał pięć lat, gdy partyzanci porwali go ze szkoły, żeby zrobić z niego żołnierza. Już w wieku ośmiu lat torturował i zabijał. Szansę ucieczki przed demonami wojny domowej w Ugandzie dał mu boks. Został mistrzem świata, ale dziś znów musi zaczynać od nowa. Dlatego, mimo czterdziestki na karku, powrócił na ring.

Piekło zamiast dzieciństwa

Mały Julius trafił do szkoły z internatem w Kibouga. Nie zdążył jednak chwycić szansy, jaką miała dać mu edukacja, bo trafił w wir wojny domowej w Ugandzie. Próbującej obalić rząd Narodowej Armie Oporu (NRA) brakowało żołnierzy, więc jej dowódcy postanowili sobie ich wychować. Julius razem z kolegami został porwany ze szkoły.

Reklama

"Krzyczeli do nas: Nie macie już matek ani ojców! Kto płacze, ten umiera!" - wspomina Ouma.

Gdy został zmuszony zmienić wiarę z chrześcijaństwa na islam, zmienił imię na Kassim. Przez kolejnych dwanaście lat musiał walczyć dla armii Yoweriego Museveniego, obecnego prezydenta Ugandy.

"Nie wiem, dlaczego mnie zabrali. Wcześniej nie umiałem strzelać, ani walczyć" - wciąż nie potrafi zrozumieć.

Dowódca rozkazał mu zabić kolegę

Krwawa wojna domowa mogła kosztować życie nawet pół miliona ludzi.

Ouma nie chce mówić, ilu z nich zabił, ale dobrze pamięta koszmarne obrazy z dzieciństwa. Przyznał się, że zmuszono go do zabicia kolegi. Dowódca wydał wyrok, bo chłopak zgubił naboje. Kassim dostał ultimatum: albo strzeli do przyjaciela, albo zginą obaj.

Od dzieci wymagano bezwzględnego posłuszeństwa. Osiągano je stosując brutalne metody - bijąc i torturując. Młodociani żołnierze tak samo mieli zachowywać się wobec wrogów. Ouma wspominał, jak palił cygara siedząc na stosach trupów.

"Zostałem wyszkolony jak pies. Widziałem, co się działo, gdy ktoś nie okazał posłuszeństwa. Po prostu chciałem tylko przeżyć" - tłumaczył w jednym z wywiadów dla "Spiegla".

Boks dał mu szansę na ucieczkę

Życie Kassima odmienił boks. Nie od razu pozwolono mu trenować w wojskowym klubie, ale gdy dostał szansę, wykorzystał ją. Trzykrotnie zdobywał mistrzostwo kraju. W boksie amatorskim wygrał 62 z 65 pojedynków.

Zakwalifikował się na wojskowe mistrzostwa świata w 1997 roku, ale do San Antonio nie poleciał, choć wizę dostał. Armia uznała, że szkoda pieniędzy.

Gdy w końcu udało mu się polecieć do USA, zdecydował, że do Ugandy nie wróci. Po latach wystąpił o azyl polityczny, co w Ugandzie odebrano jako zdradę. Żołnierze szukali go w domu rodziców. Ojca zabili.

Z pizzerii na najsłynniejsze bokserskie areny

Nowy świat miał dać mu szansę na godne życie, ale nie było mu łatwo zaadaptować się w nowej rzeczywistości. Roznosił ulotki, pracował w pizzerii i w końcu znalazł miejsce, gdzie pozwolono mu trenować. Za pierwszą walkę dostał 500 dolarów, co dla biednego emigranta było prawdziwą fortuną.

Wygrywał kolejne pojedynki, ale w 2002 roku wydawało się, że jego marzenia po drodze na szczyt legną w gruzach. Najpierw ucierpiał w wypadku samochodowym, a w grudniu trafił do szpitala z dwoma kulami w brzuchu po strzelaninie w restauracji. Miał masę szczęścia. Już pół roku później wrócił na ring.

Wciąż wygrywał i w październiku 2004 roku stanął przed życiową szansą. W luksusowym Caesars Palace w Las Vegas pokonał Verno Phillipsa i zdobył pas mistrza świata federacji IBF w wadze super półśredniej.

Tytuł stracił w 2005 roku. Była to dopiero jego druga porażka w zawodowym boksie. W kolejnym roku stoczył jeszcze udane pojedynki w arenach, w których wystąpić chciałby każdy pięściarz - Madison Square Garden i MGM Grand Garden Arena.

Porażka na punkty z Jermainem Taylorem w walce o mistrzowskie pasy WBC i WBO rozpoczęła gorszy okres w jego karierze. Jeszcze w 2011 roku stanął przed szansą stoczenia wielkiej walki. Bił się znakomicie, jednak Giennadij Gołowkin okazał się za silny.

Znów musi walczyć

Lekarze w Los Angeles nie potrafili mu pomóc, gdy kilka lat temu poczuł swędzenie najpierw w stopach, a później na całym ciele. Postanowił polecieć do Ugandy. Twierdzi, że został uzdrowiony w ojczyźnie, ale nie chce zdradzić, w jaki sposób.

Nie wziął jednak pod uwagę, że jego zezwolenie na pobyt w USA wygasło i nie może wrócić. Tak trafił do Monachium. Amerykański promotor dał mu numer telefonu komentatora boksu Tobiasa Drewsa, który próbuje pomóc Oumie stanąć na nogi.

Na początku grudnia bokser znów wszedł do ringu, ale po ośmiorundowym pojedynku sędziowie punktowali na korzyść Iliasa Essaoudiego. - Ukradli mi zwycięstwo, ale cieszę się, że znowu boksuję - powiedział. Wierzy, że i tym razem boks da mu szansę.

Mirosław Ząbkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Kassim Ouma | boks | Uganda

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje