Julia Szeremeta ma dość, grzmi o oszustwie. Nie mogła powstrzymać łez
Wraca temat kontrowersyjnego werdyktu sędziów po walce Elżbiety Wójcik na igrzyskach olimpijskich. Mimo upływu czasu na sprawę wciąż emocjonalnie reaguje Julia Szeremeta. Ma dość takiego traktowania zawodniczek i grzmi o oszustwie. Gdy jej koleżanka z kadry żegnała się z Paryżem, ona wówczas wywalczyła medal. Ale przez krzywdę, jaka spotkała Wójcik, nie było u niej miejsca na radość. Pojawiły się za to łzy. W nowej wypowiedzi nie przebiera w słowach.

W ostatniej rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet Julia Szeremeta wraca pamięcią do igrzysk olimpijskich w Paryżu, które to odmieniły jej życie i karierę. Po wywalczeniu srebra jej popularność wystrzeliła i do teraz jej nazwisko jest jednym z najgorętszych w polskim sporcie.
Dość szeroko odnosi się m.in. do kontrowersji, jakie wywołała jej finałowa rywalka, Lin Yu-ting. Część osób podawała w wątpliwość, czy Tajwanka w ogóle jest kobietą, negując tym samym niekorzystny dla Polki wynik starcia o złoto. Okazuje się, że temat wcale nie jest zamknięty i kto wie, może dojdzie jeszcze do zwrotu akcji i przyznania Julii złotego krążka.
Nasz szef mówi, że się za tę sprawę wezmą, że będzie walczyć o tamten złoty medal
To jednak nie wszystko. Julia Szeremeta bardzo szczerze komentuje również swoje podejście do minionych igrzysk oraz krzywdę, jaka w Paryżu spotkała jej koleżankę, Elżbietę Wójcik. Nie przebiera w słowach.
Szeremeta nie przebiera w słowach. "Została oszukana"
Sporo kibiców o Szeremecie usłyszało dopiero po jej sukcesie na igrzyskach olimpijskich z 2024 roku. Wcześniej i fani boksu i eksperci znali jej nazwisko, dostrzegali potencjał, lecz wielu z nich obstawiało, że na konkretniejsze osiągnięcia trzeba będzie jeszcze poczekać. Z dużo większą wiarą we własne możliwości do Paryża poleciała sama zainteresowana.
"Tak bardzo poświęciłam się dla boksu, że nie widziałam innej opcji niż zdobycie medalu - teraz, zaraz. Nie po to trenowałam, żeby to poszło na marne. A poświęciłam się jak nigdy. Był czas, kiedy z Elą Wójcik płakałyśmy niemal na każdym treningu siłowym. Trener dokładał nam ciężary, my nie miałyśmy już siły dźwigać, ale codziennie zaciskałyśmy zęby i robiłyśmy po te dwa, trzy dodatkowe powtórzenia" - mówi teraz Hubertowi Kęsce.
To niejedyne nawiązanie do Elżbiety Wójcik, która także walczyła na igrzyskach i również wyjechała z Paryża z kontrowersją w tle. Nie chodziło jednak - jak w przypadku Julii Szeremety - o wątpliwości wokół płci rywalki, a o niesprawiedliwy - zdaniem wielu - werdykt sędziów. Musiała pożegnać się z marzeniami o medalu po tym, jak w ćwierćfinale sędziowie niejednogłośnie jako zwyciężczynię wskazali Atheynę Bylon. Trener Kamil Gorząd mówił wówczas o skandalu i podkreślał, że Polka absolutnie nie przegrała trzeciej rundy.
W dniu, w którym orzeknięto porażkę Wójcik, Szeremeta stoczyła swoją walkę i już wtedy zapewniła sobie co najmniej brązowy medal. Jednak, jak teraz wspomina, trudno było jej w pełni się z tego cieszyć. Mówi o łzach i dosadnie komentuje sytuację koleżanki.
"W ogóle nie cieszyłam się z tego, że mam już medal. Byłam smutna, że Eli się nie udało. Moim zdaniem wygrała swój pojedynek, powinna zwyciężyć u sędziów, została oszukana. Decydującą rundę wygrała przecież do jednej bramki… Byłam w strefie medalowej igrzysk olimpijskich, a po policzkach ciekły mi łzy. Razem ze sztabem w ogóle się z tego nie cieszyliśmy" - podsumowuje smutno.













