"Jestem jedynym Polakiem, którego Tyson oszukał na 100 tysięcy dolarów"
- Na początku jeszcze zakładałem, że Tysonowie o niczym nie wiedzą, ale wręcz przeciwnie. O wszystkim wiedzieli. Jestem jedynym Polakiem, którego Mike Tyson oszukał na około 100 tysięcy dolarów - mówi w rozmowie z Interią promotor boksu Tomasz Babiloński, przypominając swoje gorzkie doświadczenia z próbą ściągnięcia na swoją galę Mike'a Tysona. Szef grupy Babilon Promotion ze szczegółami wspomina wydarzenia sprzed kilkunastu lat.

Artur Gac, Interia: Gdy pisałem, że 30 maja gościem specjalnym twojej gali Babilon Boxing Show będzie Andrzej Gołota, gdzie zawodnicy będą walczyć o jego puchar, sięgnąłeś pamięcią do Mike Tysona, który lata temu wystrychnął cię na dudka. Czy ta sprawa w końcu miała dla ciebie pomyślny finał?
Tomasz Babiloński: - A skąd, straciliśmy na tym całym pomyśle 100 tysięcy dolarów. Na kwotę złożyły się zaliczki, przeloty w biznes klasie dla wielu osób i tak dalej. Ostatecznie wygraliśmy sprawę w sądzie, w polskim sądzie, ale nic to nie dało, bo w tamtym czasie Tyson był bankrutem. A po drugie rozbiło się o to, że nie mieliśmy amerykańskiego wyroku. Wygrana jest, ale to marna satysfakcja. I w ten sposób jestem jedynym Polakiem, którego Mike Tyson oszukał na takie pieniądze. Sprawa była medialna, więc w zastępstwie ściągnąłem Lennoksa Lewisa i jakoś nadrobiłem te straty, ale bardzo źle to wspominam. Ile to już lat minęło?
Jeśli dobrze pamiętam, to historia niedoszłego przyjazdu legendy do Polski sięga 2011 roku.
- Weźmy pod uwagę, że on miał wtedy bardzo trudną sytuację finansową. Żadne to usprawiedliwienie, ale z tego, co pamiętam, jego wtedy zablokowała też strona amerykańska, nie mógł wyjeżdżać z kraju. Dochodziły sprawy o alimenty. Teraz jakoś odbił się finansowo, aczkolwiek honorowo sprawy nie załatwił. Próbowaliśmy przez kilka osób do niego podbić i uderzyć. Później było jedno z wydarzeń w Polsce, gdy zostawał twarzą jednego z napojów energetycznych, przy tej okazji chcieliśmy wszystko załagodzić i dogadać do końca, ale bez rezultatu. Pamiętam, że ochrona była tak wyczulona na moją osobę, że gdy tylko zostałem zauważony, byłem wyproszony. Pamiętam to dobrze, akcja miała miejsce w jednym z warszawskich hoteli, w centrum stolicy.
Sprawy dogadywaliście wówczas z człowiekiem reprezentującym Tysona, nazywał się Carl Holness, który na jedno ze spotkań przyleciał z Wielkiej Brytanii do Krakowa.
- Doskonale pamiętasz, to był jeden z jego menedżerów. Gdy już mnie wyrolowali, poleciałem na kongres WBC. Zabrałem ze sobą całą dokumentację, potwierdzenie przelewów i korespondencję z Carlem. Tam Tyson robił troszeczkę za maskotkę, mogłeś zapłacić mu parę dolarów i zrobić sobie z nim zdjęcie, podpisał ci koszulkę i tak dalej. W tłumaczeniu pomagał mi wtedy Przemek Garczarczyk. Podszedłem do Tysona i mówię, że jest taka i taka sprawa. Tę teczkę przechwyciła jego obecna żona i zapewnili, że załatwią tę sprawę. Rzekomo Carl dostał instrukcje, żeby to odprostować, czyli powracać mi przelewy. Jak to stary cwaniak zaczął ściemniać i suma summarum zostałem wykiwany. To takie doświadczenia, które wiele mnie nauczyło. Jeszcze parę osób próbowało mnie złapać na różne numery i sztuczki, ale wyciągnąłem wnioski i już nigdy nie wykonałem takich przelewów.
Czym się wtedy najmniej zabezpieczyłeś?
- Podszedłem do sprawy zbyt nonszalancko, choć młodość ma swoje prawa. Miałem wówczas sponsora, który bardzo chciał, żebym go ściągnął. Mnie też bardzo zależało na rozgłosie, bo dopiero się rozpychałem na rynku, więc potrzebne mi było ściągnięcie Tysona do Polski. Jednak zrobiłem sobie słaby research, a przede wszystkim słaby był czas. Mike miał wtedy ogromne problemy z wyjazdem ze Stanów, ale przecież to nie stało na przeszkodzie, żeby mi oddali pieniądze. Później w Polsce mogli sami doprowadzić do spotkania, załagodzić i jakoś te straty byśmy odrobili. Tymczasem do dzisiaj się nie wywiązał nawet ze złotówki. Jak go widzę, to z jednej strony jako legendę, a z drugiej typowego oszuścika. Chciałem zawojować świat, ale obecnie ciężko byłoby mnie namówić na tak ryzykowny ruch. Dzisiaj jest znów bardzo zamożnym człowiekiem, więc jakby miał właściwie podejście, to nawet po 15 latach próbowałby wyjść z twarzą.
Przypominam sobie, że w pewnym momencie zacząłeś domniemywać, że menedżer może jest przebierańcem, który podaje się za przedstawiciela Tysona. Ale widać było też dowody, jak występuje ramię w ramię z Mikiem.
- Tak, to prawda. Zresztą przekonałem się o tym też od razu, gdy żonie Tysona przekazaliśmy dokumenty. Była wtajemniczona w sprawę, znała go. Jest takie powiedzenie "uderz w stół, a nożyce się odezwą". Po krótkim czasie, z tego co pamiętam dosłownie po kilku godzinach, ten menedżer atakował mnie, żebym to odkręcił. Oni chyba sądzili, że będę jakimś tam Polaczkiem, który podkuli ogon, a ja zacząłem upominać się o swoje. Na początku jeszcze zakładałem, że Tysonowie o niczym nie wiedzą, ale wręcz przeciwnie. O wszystkim wiedzieli. Zresztą poza pierwszym spotkaniem z Tysonem w Los Angeles w 2009 roku przy okazji walki Kliczki, szczegóły omawialiśmy w Pradze w marcu 2011 roku, gdzie Tyson pojawił się właśnie z tym Carlem. Tam wszystko z nim ustalałem, później był u mnie kilka razy w Polsce, następnie podpisywaliśmy w kancelarii umowę. Mimo że wówczas myślałem zupełnie inaczej, to chciałem się jakoś zabezpieczyć, ale ten facet także okazał się być bankrutem. Co więcej, podobno "jechał" na podobnych schematach.
W jego miejsce postawiliście wówczas na inną wielką gwiazdę wagi ciężkiej, Lennoksa Lewisa.
- I mam satysfakcję, bo do dzisiaj, gdy gdzieś zobaczymy się na światowym kongresie, to na krzyż zamieni się kilka słów. Lennox pamięta, że finansowo został zaspokojony, przyjechał jako wielka postać i niczego mu na miejscu nie zabrakło. Pamiętam, że kiedyś pojawił się też pomysł, żeby ściągnąć George'a Foremana, dziś świętej pamięci, a myśląc o tym wiedzieliśmy, że rekomendacja kogoś takiego, jak Lewis, będzie działała wyłącznie na naszą korzyść.
A pamiętasz w ogóle, jakie okoliczności towarzyszyły temu pierwszemu krokowi, który wykonałeś wobec Tysona?
- Czech polskiego pochodzenia organizował galę w Pradze i zaprosił nas na spotkanie z Tysonem. Pojechałem tam z kolegą, który pomógł mi w komunikacji. Zaczęliśmy z nimi rozmawiać, zaprosili nas na kolację, na której też był osobiście Mike. Robiliśmy sobie z nimi zdjęcia, otrzymaliśmy nawet upominek - po czasie wiem, że tym nas "kupowali". Tak rozpoczęła się cała procedura ściągnięcia go do Polski, z zamysłem konkretnej daty i innych szczegółów, takich jak warszawski Torwar. Koniec końców rękę i nogę umoczyłem, aczkolwiek zdobyłem duże doświadczenie. Przygoda życia, która trochę mnie kosztowała (śmiech).
Ktoś powie: skoro Babiloński 15 lat temu stracił tyle kasy i to go nie zrujnowało, to znaczy, że jest niezwykle majętnym człowiekiem. Rozumiem, że to o tyle mniej cię zabolało, iż to były pieniądze wykładane przez sponsora?
- Rzeczywiście wówczas miałem dużego sponsora i partnera, który mi dopomógł przy tej katastrofie. Aczkolwiek strata jest stratą, to nie jest tak, że po prostu ktoś mi za to oddał. Mniej więcej osobiście dotknąłem finansowo tego krachu. Mam nadzieję, że już nigdy nie dam się złapać na tego typu numer, bo jak już powiedziałem - jestem jedynym Polakiem, którego Tyson oszukał i wyrolował na około 100 tysięcy dolarów.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl










