Reklama

Reklama

Izu Ugonoh: Tak naprawdę jestem lepszy od Dominika Breazeale’a

- Uważam, że tak naprawdę jestem od Dominika Breazeale’a lepszym pięściarzem, ale pokonał mnie rutyną i niesamowitym sercem - mówi w rozmowie z Interią Izu Ugonoh, który w nocy z soboty na niedzielę na ringu w Birmingham (USA) przegrał przez techniczny nokaut w 5. rundzie z Dominikiem Breazeale’em.

Interia: - Jak się pan czuje po pierwszej przegranej w karierze?

Reklama

Izu Ugonoh: Fizycznie dobrze, wyglądam lepiej niż mój przeciwnik, którego twarz ma większe obrażenia. Zatem można powiedzieć, że nadal jestem piękny (śmiech). A psychicznie w sumie też jest OK.

Humor panu dopisuje, a to dobry prognostyk.

- Nie no, jest git. Tylko rano, jak wstałem i przypomniałem sobie, że przegrałem, to miałem "doła", ale może przez 15 minut. Zjadłem śniadanie i mi się poprawiło.

Co spowodowało, że po bardzo dobrych dwóch rundach, tak szybko utracił pan kondycję?

- Myślę, że najzwyczajniej w świecie górę wzięły emocje, gdy walka układała się po mojej myśli. Byłem lepszym pięściarzem, ale walczyłem na takim podnieceniu, że po prostu "siadłem". Oczywiście to w żaden sposób nie jest próbą szukania usprawiedliwienia. Tak naprawdę ta walka, w pewnym momencie, mogła pójść w jedną lub w drugą stronę. Poszła akurat na korzyść Dominika, ale byłem milimetry od tego, żeby wygrać. Tak się czuję.

A może pana osłabienie było efektem pojedynczych, mocnych ciosów Breazeale’a, które destrukcyjnie wpłynęły na pana organizm? To nie napawałoby optymizmem na przyszłość...

- Nie, to nie w tym rzecz. To była walka, którą przegrałem w samym sobie, w tym sensie, że udzielił mi się entuzjazm jej przebiegu i zapowietrzyłem się. Niewłaściwe oddychanie, brak doświadczenia... Również sposób, w jaki boksowałem, nie pozostawał bez wpływu. Mogłem wrzucić większy luz, poboksować podwójnym lewym prostym i więcej się poruszać, a nie bić się tak dużo z takim wielkim koniem. Wiele rzeczy pewnie można byłoby poprawić, ale zrobiłem tak, jak zrobiłem. Miałem swój plan na tę walkę, lecz nie w pełni go zrealizowałem.

Szukał pan sprawdzianu na wyższym poziomie...

- I znalazłem, dla mnie to jest wielka nauka. Zdobyłem dokładnie to doświadczenie, którego mi brakowało na dużej arenie i z klasowym przeciwnikiem. Powiem też, że wcale nie czuję się gorszym zawodnikiem. Uważam, że tak naprawdę jestem od Dominika lepszy, ale poprzedniej nocy pokonał mnie rutyną i niesamowitym sercem. Myślę, że po prostu wiedział, że przegrana w tej walce w pewien sposób skończyłaby jego karierę. Mając to w głowie chyba podjął decyzję, że albo zginie w ringu, albo wygra ten pojedynek. I wygrał, chwała mu za to i pełen szacunek. A ja teraz czekam na swoją kolejną szansę.

Ma pan poczucie, że mimo porażki z Breazeale’em udało się sporo zyskać?

- Patrząc na opinie, które towarzyszą tej walce, można tak powiedzieć. Ludziom podobał się ten pojedynek i podzielają wnioski, że zabrakło mi doświadczenia, ale nabywając je w Alabamie teraz mogę zajść naprawdę daleko. To jest coś, w co sam bardzo głęboko wierzę.

Bardzo oddalił się pan od czołówki wagi ciężkiej?

- Wydaje mi się, że wiele zyskałem i tak naprawdę pozostanę w grze na tym poziomie, na który wszedłem. Oczywiście wiem, że w moim boksie są jeszcze elementy, które mogę dopieścić i z pewnością to zrobię. Przede wszystkim muszę popracować nad "chłodną głową", żeby nie atakować na "hura". Dzięki temu będę jeszcze lepszym i bardziej niebezpiecznym pięściarzem. Myślę, że to, czyli lepsza wersja mnie z pojedynku z Breazeale’em, niebawem stanie się faktem. Chwilkę odpocznę, zrelaksuję się i wrócę podwójnie zmotywowany.

Usłyszał pan jakieś słowa od promotora gali Lou DiBelli lub swojego menedżera Ala Haymona?

- Nie, akurat z nimi nie rozmawiałem, ale generalnie odczuwam bardzo pozytywną energię wokół mojej osoby. Obserwatorom podobał się mój styl boksowania i uważają, że w gruncie rzeczy przynależę do czołówki wagi ciężkiej. Ja się na tym nie koncentruję, a bardziej skupiam na rzeczach, które mogą uczynić mnie jeszcze lepszym zawodnikiem.

Jest pan na lotnisku. Czeka pan na samolot do Polski?

- Nie, teraz lecę na Hawaje.

A kiedy zobaczymy pana w ojczyźnie?

- Jak tylko zrobi się ciepło (śmiech).

Rozmawiał Artur Gac

Obserwuj autora na Twitterze

Dowiedz się więcej na temat: Izu Ugonoh | Izuagbe Ugonoh | Dominic Breazeale

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje