Reklama

Reklama

Izu Ugonoh: Na 2019 rok patrzę w kategoriach: wóz albo przewóz

- Będąc szczerym sam ze sobą stwierdzam, że rok 2019 albo zaskoczy u mnie sportowo, albo będę musiał coś zmienić w swoim życiu i pójść w innym kierunku - wyznał w rozmowie z Interią Izu Ugonoh, czołowy polski pięściarz kategorii ciężkiej. W minionych dwunastu miesiącach stoczył tylko jeden pojedynek, który zakończył się jego zwycięstwem po dwóch rundach.

Artur Gac, Interia: Okres świąteczny spędził pan poza Polską?

Reklama

Izu Ugonoh, pięściarz wagi ciężkiej: - Byłem w Anglii.

W takim razie trochę zmyliło mnie zdjęcie z Izraela.

- Wypad do Izraela był prezentem od mojej dziewczyny, zaplanowanym dużo wcześniej, jeszcze przed niedoszłą walką, żeby po niej wygrzać kości i się zrelaksować. Z walki nic nie wyszło, ale wyjazd bardzo dobrze się udał. Później jeszcze na chwilę wróciłem do Gdańska, gdzie trochę potrenowałem, a następnie ruszyłem do Leicester.

Tam zjechała się cała rodzina?

- Tak, z Gdańska, Warszawy, Irlandii, a nawet z Nigerii. Byli nie tylko najbliżsi, ale także trochę kuzynostwa, ciocie plus chłopak mojej siostry. Łącznie było nas 15 osób. Nie był to może tak liczny skład, jakim kiedyś obchodziliśmy święta, gdy zjawiało się nawet 30 osób, ale atmosfera i tak była wspaniała.

Czyli jednym słowem pan się zrelaksował?

- Mentalnie tak, choć było kilka niedogodności, w tym jedna dosyć zabawna. Otóż akurat na święta zepsuł nam się bojler i skutek był taki, że trzeba było gotować wodę, żeby się umyć (śmiech). Z konieczności musieliśmy odnaleźć się w tych niecodziennych warunkach. Przez to było bardzo śmiesznie, bo musieliśmy się ze sobą bardzo komunikować, choćby po to, by wszystkie 15 osób mogło wziąć kąpiel. Ten, wydawałoby się, ogromny problem z brakiem ciepłej wody, uzmysłowił mi, że to i tak są drobiazgi. Najważniejsze, by ludzie byli razem, a wtedy wszystko można pokonać. Koniec końców mieliśmy dużo śmiechu. Przy tej okazji dotarło do mnie, jak bardzo my wszyscy jesteśmy w dzisiejszym świecie rozpieszczeni. Chyba powinniśmy robić  sobie regularnie taki kilkudniowy survival, żeby zdać sobie sprawę, co tak naprawdę jest potrzebne do życia. Wróciłem do siebie i nagle zacząłem bardziej doceniać osobne łóżko i ciepłą wodę z prysznica.

Na finiszu 2018 roku pora na podsumowanie. Kto jak kto, ale pan chyba nie będzie opowiadał głodnych kawałków, że za Izu Ugonohem udane sportowo 12 miesięcy.

- Tak zupełnie szczerze, jakiś czas temu zrobiłem sobie podsumowanie tego roku. W rozmowie ze współpracownikiem Darka Michalczewskiego powiedziałem otwarcie, że w mijających dwunastu miesiącach zrealizowałem tylko jeden cel: wróciłem na ring. Miałem dużo większe ambicje, cele i chciałem, by to wszystko nabrało rozpędu. Tymczasem tak, jak wcześniej nie było tego rozpędu, tak nadal go nie ma. Powiem więcej, zrobiłem sobie nawet podsumowanie swoich ostatnich trzech lat.

I wnioski też nie są kolorowe?

- Prawda jest taka, że w tym czasie przebokowałem w ringu łącznie 13 rund. To piekielnie mało. Dlatego, będąc szczerym sam ze sobą stwierdzam, że rok 2019 albo zaskoczy u mnie sportowo, albo będę musiał coś zmienić w swoim życiu i pójść w innym kierunku.

Mówiąc zupełnie wprost zrezygnować z boksu i zająć się inną aktywnością?

- Tak. Mam świadomość tego, że w tym roku przeboksowałem tylko dwie rundy. Dlatego wydaje mi się, że dobrze by było, gdybym na początku przyszłego zrobił rundy. Najzwyczajniej w świecie. Więc jeśli ktoś mnie zapyta, jakie mam ambicje i jakie jest moje marzenie, to na chwilę obecną chciałbym wejść do ringu i przeboksować sześć, osiem lub dziesięć rund. Po prostu spędzić czas w ringu, a później, na podstawie tego, już spokojnie można byłoby pomyśleć o tym, by podwyższyć poprzeczkę. Zatem idealny scenariusz dla mnie zakłada, że w 2019 roku stoczę trzy pojedynki.

W świetle tego, co pan mówi, chciałby pan przed przełożoną na koniec marca walką w Ergo Arenie z Alim Erenem Demirezenem stoczyć na rozgrzewkę kilkurundowy pojedynek?

- Tak by było najlepiej. Chciałbym bardzo, aby przed zaplanowaną na 30 marca walką, z nową osobą w narożniku, stoczyć jakiś pojedynek. Do takiej potyczki nie trzeba by było nie wiadomo ile trenować, ale ważne dla mnie by było, że mógłbym zaliczyć start, czyli typową walkę na tzw. przetarcie. Nigdy tego pojęcia nie używałem, ale w tym momencie rozumiem, po co robi się takie pojedynki.

Wracając do pana podsumowania, dokonanego w oparciu o ostatnie trzy lata kariery. Ile w tym wszystkim jest winy samego Izu Ugonoha, czyli pana decyzji oraz różnych wyborów?

- Szczerze mówiąc, mogę wziąć winę na siebie. Na niektóre rzeczy wprawdzie nie miałem wpływu, jak kontuzja po walce z Dominikiem Breazeale’em, przez którą nie mogłem boksować. Natomiast przed walką z Amerykaninem byłem zależny od wielu różnych ludzi, z których każdy ponoć miał pomysł na to, jak ma wyglądać moja kariera. Tyle tylko, że to ja się z nimi związałem, więc jest to moja odpowiedzialność. A jeśli chodzi o sam mijający rok, to teoretycznie mógł on potoczyć się zupełnie inaczej, gdybym obrał inną drogę. Jednak nie mogłem wiedzieć, że tak będzie wyglądała walka z Fredem Kassim. Nie było także łatwo z kolejną walką, pomimo że szukaliśmy, by była ona szybko, ale trzeba było czekać do grudnia, a jak już miała być, to nic nie wyszło. Pewnie gdybym na upartego chciał wejść do ringu, to wziąłbym jakąś walkę w Stanach Zjednoczonych, z tym że żadnej oficjalnej propozycji nie było, a tak rozumiem otrzymanie kontraktu do podpisania. Rozmawiałem wprawdzie z Eddiem Hearnem, który nawet obiecał mi walkę, ale przecież nie nazwę go oszustem, bo rozumiem, że ludzie mogą powiedzieć różne rzeczy. Wszystko sprowadza się do podpisania kontraktu, a to po prostu nie nastąpiło, czego doskonale mam świadomość. Mogę powiedzieć, że ostatnie miesiące i cały rok 2018 jest dla mnie poniekąd stracony, ponieważ prawie nic nie przeboksowałem. W tym czasie Artur Szpilka stoczył dwie walki i zrobił dwadzieścia rund. Najpierw dziesięć, można powiedzieć właśnie na rozgrzewkę po ciężkich przegranych, a następnie stoczył świetny i obfitujący w dramaturgię pojedynek z Mariuszem Wachem. Dzięki temu, że wygrał, ma bardzo fajny podkład, by z wyższego poziomu rozpocząć kolejny rok.

Czy w ciągu ostatniego roku był moment, który mógł okazać się zwrotnym i przestawić wajchą bieg pana kariery, tyle że z pana strony zabrakło podjęcia decyzji?

- Jeśli mówimy o konkretach, a nie o tym, że "ktoś, gdzieś, coś mi obiecał", to nie było czegoś takiego. Nikt nie przyszedł i nie powiedział: słuchaj Izu, proponuję ci, byś boksował u mnie na takich i takich warunkach. Nie było takich opcji.

O tyle ma pan spokojniejsze sumienie.

- Poniekąd, ale ja staram się podchodzić do życia odważnie. Właśnie na takiej zasadzie, że gdybym później miał się zastanawiać, to aby nie towarzyszyły mi myśli, że mogłem zaryzykować. Jestem taki, że jeśli jest opcja podjęcia ryzyka, to prędzej to zrobię niż zrezygnuję. Bardziej zależy mi na tym, żeby mieć wokół siebie ludzi, którzy czasami będą się wykazywali większym zdrowym rozsądkiem niż ja sam. W każdym razie nie mam takiego poczucia, że coś mogłem zrobić zgoła inaczej i to by coś zmieniło. Chcę, by jedna rzecz wyraźnie wybrzmiała: ja nikogo nie obwiniam. Sam do siebie też nie mam pretensji, ale oceniam zdroworozsądkowo, że nie tak wyobrażałem sobie ostatnie lata mojej kariery. Dlatego na 2019 rok patrzę w kategoriach: wóz albo przewóz. Takie mam poczucie.

Patrząc obiektywnie rund mogło być znacznie więcej, gdyby nie tragedia, która zabrała śp. trenera Andrzeja Gmitruka. W tamtym czasie rozmawiałem z panem i wiem, że śmierć szkoleniowca mocno pana dotknęła i nie potrafił pan przejść nad nią do porządku dziennego. To był główny powód tego, że gala z pana udziałem nie mogła odbyć się w pierwotnym terminie 8 grudnia. Czy dzisiaj, po kilku tygodniach, już dał pan sobie radę z tą sytuacją, czy to ciągle niezabliźniona rana i czuje się pan osierocony jako sportowiec?

- Odpowiem najbardziej otwarcie, jak to się da powiedzieć. Śmierć trenera była dla mnie trudna z wielu względów. W gruncie rzeczy, w sferze mentalnej, czułem się całkiem nieźle, wręcz dobrze, ale paru rzeczy nie byłem w stanie zaakceptować. Na przykład tego, że umiera trener Andrzej i jeszcze go nie pochowaliśmy, a ja słyszę głosy, że mam zmieniać trenera z całym sztabem i iść dalej, by zrealizować swój cel w ringu. Z tym miałem wielki problem.

To, w pana poczuciu, byłoby zachowaniem wręcz niemoralnym?

- Dokładnie tak. Czułbym się z tym bardzo źle. Gdy niektórzy mówili mi: "dobra Izu, trzeba obrać plan, strategię; to kogo ściągamy?", ja odpowiadałem: "kurczę, ludzie, dajcie mi pogrzebać trenera Andrzeja, a nie teraz mnie pytacie, z kim chcę pracować". Tego typu wiadomości czy telefony były dla mnie nieodpowiednie. W takich sytuacjach bądźmy ludźmi.

Czyli w pana rozumieniu żałoby i odejścia kogoś bliskiego, to nie mieściło się w głowie, że można nad tym przejść, jak do porządku dziennego.

- Tak jest. To był właśnie ten jeden aspekt, z którym miałem problem. Kolejnym był fakt, że przecież był to mój trener. Jedna osoba, z którą rozmawiałem, mniejsza o nazwisko, powiedziała mi, że gdy jego ojciec umarł, to bardzo mocno poszedł w pracę i może ja też powinienem całą energię przekuć w motywację. Moja odpowiedź była prosta - przecież ty nie pracowałeś ze swoim ojcem, czyli nie potrzebowałeś ojca do tego, by wykonać swoją pracę. A ja z tym człowiekiem też pracowałem, więc potrzebowałem go do dokończenia przygotowań, już nie mówiąc o tym, jak bardzo wierzyłem w to, jakim był specjalistą w narożniku. Wskazówki, które potrafił dawać, były unikatowe. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, jaki wyjątkowy to był człowiek i trener. Wystarczyło być na pogrzebie lub poczytać wypowiedzi kilku pięściarzy, by uzmysłowić sobie, że mieliśmy do czynienia z kimś wielkim.

A jak wygląda sytuacja obecnie?

- Teraz jestem już w innym miejscu. Oczywiście byłem bardzo zżyty z trenerem, zaufałem temu człowiekowi i gdy trenuję, to w moich myślach ciągle są jego wskazówki, ale wiem, że muszę patrzeć w przyszłość. Życie stawia przed nami różne sytuacje, ludzie niestety umierają, lecz trzeba iść do przodu.

Czy w tej chwili już wiadomo, kto będzie pana nowym szkoleniowcem?

- Temat jest otwarty, choć z kilkoma osobami już rozmawiałem. Nawet dzisiaj (30 grudnia - przyp. AG), mimo że w niedzielę na ogół nie trenuję, miałem trening z polskim fachowcem, który mieszka w Anglii i przez chwilę pracował z Anthonym Joshuą. Fajnie, bo sam zaproponował spotkanie i poświęcił swój czas, by przyjechać do mnie do Gdańska. Zrobiliśmy udany trening i dobrze nam się rozmawiało.

Kogo pan poszukuje, patrząc na warsztat trenera?

- Potrzebuję specjalisty, który ma doświadczenie. Wiadomo, że nie chodzi tylko i wyłącznie o tarczowanie, ale o to, by ktoś był mądrym strategiem. Kogoś takiego poszukuję i chciałbym znaleźć. Myślę, że styczeń będzie takim miesiącem poszukiwań, a z drugiej strony chciałbym w nim odbyć mocny obóz przygotowawczy w górach. Nie wiem, czy do Karpacza wybiorę się z Arturem Szpilką i chłopakami z MMA, czy może ruszę we własnym zakresie do Zakopanego. W tej chwili główną i najważniejszą rzeczą jest nawiązanie współpracy z trenerem.

Z waszego tria zawodników, trenującego z Andrzejem Gmitrukiem, Maciej Sulęcki wybrał pracę z Piotrem Wilczewskim. Na ile realny jest taki scenariusz, że pan razem z Arturem Szpilką traficie pod skrzydła jednego fachowca?

- Ja jestem na tak, nie mam nic przeciwko temu. Wprawdzie teraz jestem u siebie w Gdańsku, ale nic nie stoi na przeszkodzie, bym ponownie przeprowadził się do Warszawy i trenował w takiej konfiguracji, w jakiej było nam dobrze. W tej sprawie jestem z Arturem w kontakcie i choć na razie w poszukiwaniach działamy na dwa fronty, to idealnym rozwiązaniem byłoby znalezienie wspólnego trenera. Pomogłoby to trochę obniżyć koszty, a przede wszystkim zupełnie inaczej się trenuje, gdy jest się w zgranej bandzie.

W każdym razie nie ma tematu, byście obaj dołączyli pod skrzydła trenera Wilczewskiego?

- Do Piotrka nic nie mam, jest bardzo fajnym gościem, ale raczej niekoniecznie, bo szukam kogoś innego. Chciałbym znów doświadczyć czegoś takiego, że po jednym treningu z kimś od razu poczuję, że wszystko "siedzi".

A na niedzielnym treningu to "coś" zaskoczyło, była "chemia"?

- Przede wszystkim spodobała mi się filozofia tego człowieka. Chciałem zobaczyć, o czym on mówi, jakie jest jego spojrzenie, jakie poglądy i co może mi powiedzieć o Joshule (śmiech). Wyglądało to bardzo ciekawie, bo on od lat w zasadzie wzoruje się na stylu Ołeksandra Usyka, u którego pewne przeniesienie stylu amatorskiego na ring zawodowy daje fenomenalny efekt. Pokazał mi kilka fajnych elementów, co na tym etapie byłoby tym, czego potrzebuję. W każdym razie decyzji jeszcze nie podjąłem, będę z nim w kontakcie. Przyznam, że otrzymałem wiadomość od Johnathona Banksa, który sam z siebie do mnie napisał.

I oficjalnie zaproponował współpracę?

- Nie, ale powiedział mi, co uważa, że jest potrzebne w moim boksie. Przyznałem mu, że zgadzam się z tymi uwagami, rzeczywiście zwrócił uwagę na elementy, które należy poprawić w moim boksie. Zapytałem go, czy zna trenerów, którzy rzeczywiście potrafią tego uczyć? Odpowiedział mi tak: "jednym był już zmarły Emanuel Steward, a drugi to ja" (śmiech). Fajna bajera, w amerykańskim stylu, prawda?

Można by było połknąć haczyk.

- Tylko nie wiem do końca, jakim jest trenerem, choć wiadomo, że długo współpracował z Władymirem Kliczką. Gdy raz byłem na obozie przygotowawczym u Ukraińca, to naprawdę byłem pozytywnie zaskoczony kilkoma rzeczami, które Banks mówił, m.in. odnośnie sparingpartnerów. W praktyce okazywało się, że miał pojęcie o czym mówi, a wcześniej wydawało mi się, że jest tam tylko, jako przystawka. Jednak to wszystko trzeba by było rozwiązać logistycznie i finansowo, bo Banks przebywa teraz w Detroit. Wydaje mi się, że Amerykanin wychodzi z takiego założenia, że jeśli ja będę tego chciał i coś zaproponuję, to można by było coś wymyślić. A ja nie mam dużo czasu, bo już w nadchodzącym miesiącu potrzebuję mieć szkoleniowca w swoim narożniku.

Pana promotorem jest Dariusz Michalczewski, a czy cokolwiek jeszcze pana łączy z menedżerem Alem Haymonem?

- Nic nas nie wiąże, nie ma między nami kontaktu, ale niedawno mówiło się, że ponoć miałem potencjalnie zaboksować z Chrisem Arreolą na grudniowej gali z walką wieczoru Deontaya Wildera z Tysonem Fury’m. Tyle tylko, że nie dostałem żadnej oficjalnej propozycji, a dowiedziałem się o tym od osób trzecich. Oczywiście byłem chętny i wyraziłem taką wolę, ale telefon już nie zadzwonił. Tak samo, jak rzekomo miałem zostać obsadzony na gali z walką Tomka Adamka z Jarrellem Millerem, ale moja ekscytacja była tylko chwilowa, bo później nie było żadnego sygnału zwrotnego. Kontaktowałem się z odpowiednimi osobami, ale to nie "pykło". Życzyłbym sobie, abym w 2019 roku co najmniej podwoił liczbę przeboksowanych rund z ostatnich trzech lat.

Rozmawiał Artur Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama