Reklama

Reklama

Halina Pietrzykowska: Popłakałam się, ale w końcu się doczekałam

- Niektórzy wręcz żądali, by mąż był w ringu zabijaką. A on starał się nie nokautować, gdy wiedział, że ktoś jest od niego słabszy. Walczył twardo dopiero z tymi przeciwnikami, którzy dorównywali mu poziomem - wspomina w rozmowie z Interią Halina Pietrzykowska, wdowa po nieodżałowanym Zbigniewie Pietrzykowskim, jednym z najwybitniejszych pięściarzy w historii polskiego boksu. A przez wielu ekspertów uważanego za numer jeden wszech czasów.

Artur Gac, Interia: Można powiedzieć: w końcu! Biografii takiego mistrza, jak pani mąż, do tej pory bardzo brakowało.

Reklama

Halina Pietrzykowska: - Bardzo mocno, oj bardzo... Szczerze mówiąc dziwiłam się, że tyle czasu trzeba było czekać. Na szczęście teraz pojawiła się ta książka i jestem bardzo wdzięczna autorowi, Leszkowi Błażyńskiemu. Tym bardziej, że podoba mi to, jak ją napisał.

Książka jest dobrze napisana pod względem warsztatowym, autor dobrze zbudował narrację, ale to, co dla mnie najważniejsze, że nie jest "przelukrowana". Czasami w biografiach zdarza się przesłodzenie głównego bohatera, powstaje niemal pomnik świętego, a tu poznajemy prawdziwe oblicze człowieka, z arcymistrzostwem w swoim fachu, ale także ludzkimi słabościami.

- Tak, w pełni się z panem zgadzam. Mąż został w niej pokazany takim, jakim był.

Z pomysłem na biografię autor wyszedł naprzeciw oczekiwaniom rodziny, czy motywacja wyszła z państwa strony?

- To była nasza inicjatywa. Kiedyś, choć już nie pamiętam dokładnie, przy jakiej okazji, spotkałam się z panem Błażyńskim. Wtedy mu zaproponowałam i zapytałam, czy by chciał podjąć się napisania takiej biografii. Odparł, że w porządku, ale musi się zastanowić. Po jakimś czasie ostatecznie potwierdził, że napisze.

Domyślam się, że cały proces, od momentu podjęcia decyzji, zajął trochę czasu?

- Tak. Początkowo książka miała ukazać się dużo wcześniej, ale później następowało przesunięcie. Autor nie z wszystkimi był w stanie od razu się skontaktować, a zależało mu, żeby dotrzeć do rozmówców. A to wymagało czasu.

Istotny jest efekt. A finalnie widać, z jak wieloma rozmówcami autor odbył rozmowy.

- To prawda, widać że zdołał dotrzeć do naprawdę wielu osób, co też jest wartością tej książki.

Który fragment biografii dla pani jest najbardziej emocjonalny?

- Wie pan, właściwie to całość... W trakcie nawet się popłakałam, bo wiadomo, że wspomnienia wracają i odżywają. Naprawdę całość bardzo mi się podoba i jestem z niej zadowolona.

A któraś z historii opisanych w książce, bądź jakikolwiek niuans, był dla pani po lekturze zaskoczeniem? O czymkolwiek dowiedziała się pani po raz pierwszy?

- Muszę przyznać, że raczej to wszystko wiedziałam. Przy czym nie o wszystkim już pamiętałam, a już na pewno nie z taką drobiazgowością. Niemniej mam obok siebie córkę, która wszystko to mi przypominała, mając ode mnie, co oczywiste, dużo lepszą pamięć.

Książka zapewne będzie szeroko promowana, a czy państwo macie jakiś swój, autorki pomysł? Czy na przykład dojdzie do spotkania z rodziną wielkiego rywala, wybitnego Węgra Laszlo Pappa, z którym pani mąż ogółem stoczył trzy niezapomniane pojedynki? Więcej od tych batalii mówi się tylko o starciu na IO z Cassiusem Clayem, późniejszym Muhammadem Alim.

- Całkiem niedawno dwie moje córki gościły na Węgrzech na zaproszenie syna Pappa. Ja też byłam zaproszona, ale niestety wtedy chorowałam i musiałam zostać. Opowiadały, że zostały przyjęte bardzo sympatycznie, a spędziły tam w sumie kilka dni. Dzięki temu spotkaniu jakoś tak nawiązał się kontakt, że na przykład teraz córka koresponduje z synem Pappa. Nawet już jej napisał, że teraz on z żoną, z rewizytą, wybierze się do nas do Bielska, jako że są przeze mnie zaproszeni.

Syn węgierskiego pięściarza, Laszlo Papp junior, nie jest dla pani postacią anonimową.

- To prawda, już raz u nas gościł, gdy przyjechał na urodziny mojego męża. To dowód, że w boksie można zbudować relacje na lata.

Do pani męża na stałe przylgnęło miano "dżentelmena ringu". Słynny redaktor Tadeusz Olszański, który relacjonował walki pani męża, a z którym sam miałem okazję porozmawiać na temat pana Zbigniewa, właśnie uwypuklał tę cnotę. Polegała ona na honorowym obchodzeniu się z rywalami, którzy byli o kilka klas słabsi. Niejednokrotnie pani mąż musiał przez to znosić wyrazy dezaprobaty ze strony publiczności oraz niektórych dziennikarzy, którzy oczekiwali, że efektownie znokautuje rywala.

- Oj tak, niektórzy wręcz żądali, by mąż był w ringu zabijaką. A on starał się nie nokautować, gdy wiedział, że ktoś jest od niego słabszy. Walczył twardo dopiero z tymi przeciwnikami, którzy dorównywali mu poziomem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama