Gołota znów "wygrywa" w ringu. Publiczność skanduje, jedyny i niepowtarzalny
Czas pędzi nieubłaganie, ale jedno się nie zmienia - magia nazwiska Andrzeja Gołoty wciąż działa, o czym Interia mogła przekonać się pod Wawelem, podczas inauguracji Polskiej Ligi Boksu w wydaniu klubu Królewski Kraków. W pewnej chwili zwycięzca był tylko jeden, a gdy wkroczył do ringu odebrać specjalnie przygotowaną statuetkę, publiczność pokazała, że młodzi pięściarze nieustannie pozostają w cieniu legendy wagi ciężkiej.

Inaugurację drugiego sezonu Polskiej Ligi Boksu niestety nieco przyćmiły wydarzenia z Warszawy. Legia, z pozycji mistrza Polski za 2025 roku, nie przystąpiła do rozgrywek. To był cios wymierzony nie tylko w samą słynną sekcję stołecznego klubu, ale także wizerunkowy cios zadany wszystkim tym, którzy z trudem walczyli o wskrzeszenie zapomnianych aż na 21 lat rozgrywek.
Andrzej Gołota fetowany w Krakowie. Gwiazdor meczu był jeden
Pierwsza kolejka pokazała jednak, że nie powinno brakować emocji, a niektóre kluby wyciągnęły szybką lekcję. Doskonałym przykładem są tutaj zamykające tabelę w zeszłym sezonie zespołu Golden Team Nowy Sącz (tylko jedna wygrana) oraz RKB Wisłoka 1995 Rzeszów (cztery wygrane). Małopolanie w roli gospodarza napędzili strachu faworyzowanej drużynie Concordii Knurów (przegrana 8:10), a rzeszowianie wypunktowali w hali przy ulicy Reymonta nowy podmiot - Królewski Kraków, wygrywając na wyjeździe 12:6.
Tym samym inauguracja występów w Polskiej Lidze Boksu dla krakowian rozpoczęła się od falstartu, choć widząc skład gości w kuluarach gospodarze obawiali się, że być może uda im się wygrać góra jedną walkę. Do poprawy, poza formą sportową, jest także walka o kibiców. I aż strach pomyśleć, czy frekwencja na obu trybunach nie wyglądałaby jeszcze bardziej skromnie, gdyby nie obecność gościa specjalnego.
W hali TS Wisła Kraków pojawił się Andrzej Gołota, dla którego każda wizyta przy Reymonta 22 to także powrót sentymentalny. - To właśnie w tym mieście, mając 19 lat, zdobyłem swój pierwszy tytuł mistrza Polski seniorów. W finale walczyłem z kolegą z Legii Jasiem Czerniszewskim - mówił Interii legendarny pięściarz, czterokrotny pretendent do tytułu mistrza świata w wadze ciężkiej w boksie zawodowym.
Przypomnijmy, że kilka lat temu "Andrew" w rozmowie z Interią opowiedział bardzo ciekawą, ale nieznaną historię, która towarzyszyła tej wygranej przez niego batalii z 1987 roku. "Z tym pojedynkiem wiąże się bardzo ciekawa historia. Otóż w tamtym czasie nie przywiązywałem dużego znaczenia do walk sparingowych, dlatego z sali treningowej pewną przewagę psychologiczną nade mną miał starszy o jedenaście lat i znacznie bardziej doświadczony Janusz. Miałem wtedy do wyboru oddać tytuł walkowerem, ale powiedziałem mu: "Jasiu, ja wszystko rozumiem, ale wiesz, to są mistrzostwa Polski, a w dodatku można wygrać pieniądze, może nie jakieś wielkie, ale to zawsze coś". Na to on mi odpowiedział: "słuchaj, ja tu muszę mieć mistrzostwo Polski i oczywiście pieniądze". Wtedy ja odrzekłem: "o nie, nie, tak to na pewno nie będzie". Postanowiłem, że walkowera mu nie oddam i przegrał tę walkę. Koniec końców nie miał ani tytułu, ani pieniędzy, które w innej sytuacji, gdyby nie ta propozycja, byłem skłonny mu przekazać, bo Jasiu odchodził na emeryturę" - opowiadał nam Andrzej Gołota.
W ringu widzieliśmy kilka ciekawych pojedynków, a najgłośniej zrobiło się, gdy po sześciu porażkach niemoc Królewskiego przełamał Vadim Staver (kat. 85kg), wygrywając niejednogłośnie 2:1 z Maksymilianem Kulą. To jednak była tylko przygrywka do tego, jak publiczność zaczęła fetować Andrzeja Gołotę, który podczas krótkiej przerwy między walkami został wywołany do ringu.
"Andrzej ciągle wygrywa" - z uznaniem stwierdził jeden z obserwatorów, gdy tradycyjnie - ujmująco nieśmiały "Andrew" - znalazł się między linami. Przy gromkich brawach odebrał specjalnie przygotowaną statuetkę, a gdy w swoim stylu nie ośmielił się zabrać głosu, kibice wyrazili wielkie uznanie dla gościa specjalnego. To był jeden, jedyny moment podczas całego meczu, gdy fani zaczęli skandować imię i nazwisko najbardziej popularnego pięściarza zawodowego w historii. Jego walki w Ameryce przez lata budziły mnóstwo rodaków w Polsce w nocy i nad ranem.
Artur Gac, Interia














