Gołota z misją specjalną, legenda poruszona. "Andrzej zaczął się modlić"
Andrzej Gołota kilkanaście dni temu znów przyleciał do Polski. Była to pierwsza wizyta 58-latka od czasu, gdy w zeszłym roku problemy zdrowotne wymagały pilnej wizyty i krótkiego pobytu w szpitalu. Legendarny pięściarz kategorii ciężkiej znów był rozchwytywany, bywał na meczach Polskiej Ligi Boksu, a w ostatnich godzinach znalazł czas, aby udać się w sentymentalną podróż do Słupska. I wielce się wzruszył, oddając hołd swojemu nieżyjącemu przyjacielowi, z którym zdobył medal na igrzyskach w Seulu.

Drogi Andrzeja Gołoty i Jana Dydaka przecięły się w okresie, gdy zawiera się głębokie relacje i tworzy przyjaźnie, które później trwają latami. I to rzeczywiście była przyjaźń, o której "Andrew" opowiadał mi wielokrotnie, najczęściej używając serdecznego zdrobnienia "Jasiu".
Andrzej Gołota przy obelisku zmarłego przyjaciela. "Był wyłączony"
Gołota i "Jasiu", ale także Dariusz Michalczewski urodzili się w 1968 roku, a ich gwiazdy rozbłysły w jednym czasie. W 1987 roku w Krakowie, w hali TS Wisła, mając po 19 lat odnieśli swoje wielkie sukcesy w mistrzostwach Polski seniorów. Każdy z nich sięgnął po złoty medal, Gołota w kategorii ciężkiej (90 kg), Michalczewski lekkośredniej (71 kg), a Dydak w półśredniej (67 kg). - Mimo młodego wieku daliśmy radę bardziej doświadczonym zawodnikom. A trzeba pamiętać, że dawni seniorzy dość mocno karali w ringu bardzo obiecujących juniorów, po prostu ich nokautując - mówił mi najpopularniejszy polski pięściarz w historii.
Co ciekawe, choć Gołota i Michalczewski nigdy sami nie zawiązali nieprzeciętnych relacji, to zarówno jeden, jak i drugi znakomicie czuli się w towarzystwie Dydaka. Dlaczego?
- Jasiu miał taką naturą, że potrafił zakolegować się z każdym. Andrzej nie był łatwy do kontaktu, ale on ze swoim humorem i żartami potrafił dotrzeć do każdego i mocniej go otworzyć. Kiedyś opowiadał, że Andrzej bardzo mu zaufał, dzięki czemu stworzyli bliski duet - opowiada w rozmowie z Interią Kazimierz Adach, medalista olimpijski z Moskwy.
Wizyty Gołoty w Polsce mają to do siebie, że choć pojawia się w ojczyźnie często, to zawsze możliwości i opcji spotkań ma nieporównywalnie więcej niż czasu, aby skorzystać z każdej propozycji. A do tego dochodzą także osobiste sprawy, które będąc w kraju stara się załatwić, nie tylko w rodzinnej Warszawie.
Są jednak też takie szczególne kierunki, na których zależy samemu 58-latkowi. Tak było w ostatnich godzinach z wyjazdem do Słupska. Jeszcze kilka lat temu spotykał się z Dydakiem, jednak ciężka choroba zabrała mu przyjaciela z tego świata. Wspaniale zachował się m.in. Michalczewski, który byłemu pięściarzowi Czarnych Słupsk bardzo pomógł z leczeniem w Hamburgu, ale nowotwór pokazał najmroczniejsze oblicze. Zmarł 27 marca 2019 roku.
Relacje Gołoty i Dydaka zacieśnił jeszcze jeden, ich największy sukces w boksie olimpijski. To było ostatnie, wielkie uderzenie polskich pięściarzy, którzy na igrzyskach w Seulu w 1988 roku wywalczyli cztery brązowe medale. Poza dwójką przyjaciół, na najniższym stopniu podium stanęli także Henryk Petrich i Janusz Zarenkiewicz.
Będąc w Słupsku Gołota m.in. zawitał na trening pięściarzy miejscowego klubu SKB Energa Czarni, ale przede wszystkim udał się na skwer im. Jana Dydaka, w miejsce upamiętniające tego wybitnego pięściarza i medalistę olimpijskiego. Na dłużej zatrzymał się przy obelisku, czyli symbolicznym kamieniu nagrobnym z upamiętniającą tablicą i zdjęciem, niczym na mogile.
- Andrzej był mile zaskoczony, że powstał taki obelisk oraz cały skwer i był wdzięczny, że jako klub Czarni Słupsk tak dbamy o jego pamięć. Zapaliliśmy znicze, a Andrzej jako ktoś bliski Jasiowi, był bardzo wzruszony. To wyraźnie dało się zauważyć. W pewnym momencie chciałem do niego coś powiedzieć, ale zorientowałem się, że jest zagłębiony w modlitwie. Po prostu zaczął się modlić, więc zapanowała chwila ciszy. Przez jakiś czas był wyłączony - relacjonuje Adach, który uczestniczył w tym wydarzeniu.
Wizyta zbiegła się w czasie z siódmą rocznicą śmierci Dydaka, która miała miejsce ledwie kilka dni wcześniej.
"Emeryci, emeryci", "ale bajer" - Gołota rozbawił towarzystwo
Niespełna 69-letni medalista olimpijski zaznacza, że z racji sporej różnicy wieku nie za często spotykał się z Gołotą, ale tym bardziej docenia wizytę w tych okolicznościach.
- Bardzo fajnie spędziliśmy wspólnie ten czas. Poza tym na sali pooglądał jak trenują dzieciaki, zrobiliśmy parę zdjęć, podpisał kilka książek. Wypiliśmy herbatkę i kawę, było naprawdę sympatycznie, a nocleg miał w Ustce, więc trochę też skorzystał z uroków morza - dodał Adach.
I zarechotał, przypomniawszy sobie, jak skwitowali reminiscencje. - Złapaliśmy się na tym, gdy sięgnęliśmy do wydarzeń z Moskwy, że mówimy o wspomnieniach sprzed prawie pół wieku, a nawet ten '88 to już dość czasu. Andrzej się śmiał "emeryci, emeryci", a także dorzucił to charakterystyczne dla siebie "ale bajer" - pokładał się ze śmiechu Adach.
Symbolika tej wizyty była jeszcze jedna: to właśnie w Słupsku pięściarze z kadry w 1988 roku odebrali olimpijskie nominacje.
- I to dokładnie w tej samej hali, w której cały czas trenujemy. Wówczas ministrem sportu był przyszły prezydent Aleksander Kwaśniewski, który wręczał nominacje. My z kolei wspominaliśmy naszego wspólnego trenera śp. Andrzeja Gmitruka, ponieważ ja także przez chwilę byłem w Legii - zaznacza w rozmowie z nami prezes klubu 64-letni Marek Pałucki, w przeszłości także wyśmienity pięściarz. W latach 1983-85 trzy razy z rzędu zdobywał tytuł mistrza Polski w wadze superciężkiej (ponadto dwukrotnie sięgał po srebrne medale).
- Tego faktu z miejscem nominacji Andrzej nie skojarzył, akurat to mu się nie wyryło w pamięci - uzupełnia Adach.
Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl












