Reklama

Reklama

Gołota: Jak przegram, to kończę

- Jeśli przegram w Chinach, już nigdy nie wyjdę na ring. Kończę karierę, na zawsze - zapowiedział Andrzej Gołota.

"Chicago Boxing Center", nowa sala Sama Colonny nie ma tej tradycji, tego nastroju, który towarzyszył przez ostatnie 15 lat moim spotkaniom z Andrzejem Gołotą w legendarnym Windy City Gym.

Tam była historia, plakaty z walk jeszcze wtedy Cassiusa Claya. Tutaj nowoczesność i dziewczyny uprawiające tuż obok bokserskich ringów aerobic w rytm dudniącej z głośników salsy. Ale dla Polaka nigdy otoczenie nie miało większego znaczenia. Usiedliśmy na kilkanaście minut przed kolejnym sobotnim treningiem - z tych kilkunastu minut zrobiła się godzina i miałem zapisany chyba jeden z najbardziej otwartych wywiadów Andrzeja. Najgorsze i najlepsze walki w jego życiu, co sprawia, że mimo 40 na karku jest ciągle na ringu, wspomnienia i anegdoty, zapowiedź skończenia kariery jeśli przegra najbliższą walkę z Austinem - to była prawdziwa godzina szczerości.

Reklama

- Przyszedłeś na trening z wybierającą się do prestiżowego Georgetown University córka Olą, z żona Mariolą, właścicielką kancelarii adwokackiej. Nie brakuje ci pieniędzy, ale jednak ciągle coś ciągnie cię do ringu.

- Czasami sam się dziwię, ale już mniej niż kiedyś. Zrozumiałem po kilku walkach, że potrzebuję boksu, że to wielka cześć tego kim jestem.

- Po których walkach?

- Tych przegranych. Z Brewsterem, Ruizem, Byrdem.

- A te z Bowe'em?

- Nie, wtedy myślałem inaczej, że to tylko sposób na zarabianie pieniędzy. Ciągle jest, ale nie jest to najważniejsze. Za te pieniądze, które dostanę za Austina, kiedyś bym nie walczył. Teraz mam inne cele.

- Chciałbyś, by Ola i Andrzej junior mogły powiedzieć, że ich tata był mistrzem świata?

- Po części na pewno tak, ale jestem ciekaw, czy jeśli go nie zdobędę to kibice, szczególnie ci, którzy mniej znają moją historię powiedzą, że moja kariera była porażką.

- A ty tak myślisz?

- Amerykanie powiedzieliby, że tak, bo przecież nie mam żadnego pasa, a o tym marzyłem, kiedy zacząłem się bić za pieniądze. Ale czasami można zrobić wszystko, a i tak się nie uda.

- Walki, których nie możesz sobie wybaczyć, że przegrałeś?

- Przede wszystkim z Johnem Ruizem. Powinienem go znokautować, skończyć walkę najpóźniej w piątej rundzie. Dałem z siebie może 50 procent, miałem po walce w szatni tyle siły, że mogłem wyjść na następne 12 rund. Nie zdarzyło mi się to nigdy wcześniej, ani później. To najgorsze co może cię spotkać po przegranej walce - jeśli wiesz, że mogłeś dać z siebie więcej.

- A walka z Chrisem Byrdem?

- Była mniej spektakularna, mniej było czystych ciosów, a poza tym od siódmej rundy walczyłem przecież z zerwanym mięśniem lewej ręki, więc biłem go tylko prawą, a lewa służyła mi do przytrzymywania Byrda. Najgłupsza kontuzja jaką miałem w życiu - stałem przy linach, chciałem wziąć zamach i uderzyć go podbródkowym, a rękawica zaczepiła o liny. Pół ringu przesunąłem i było po ręce.

- Najlepsza walka?

- Nie te, o których myślisz. Z Samsonem Pou'ha w 1995 roku. Czułem się przez trzy rundy jak młody bóg. Robiłem na ringu co chciałem, miałem go chyba dwa razy na deskach, każdy cios dochodził celu. Rozluźniłem się i dostałem taką bombę, że do dzisiejszego dnia nie wiem jak ustałem na nogach. Później było jeszcze chyba ze 20 ciosów, które przyjmowałem kompletnie bez obrony. Musiałem go ugryźć, to była podświadoma reakcja, walka o przetrwanie. Nie wiedziałem, gdzie jest mój narożnik, nie wiedziałem gdzie jestem, a Lou Duva zaczął mi wrzeszczeć do ucha: "Teraz musisz go znokautować!". I znokautowałem go rundę później. Ciekawostka - parę miesięcy później spotkałem George'a Foremana, który powiedział mi, że miał Samsona na treningach. "Musiałem tego skur... wyrzucić ze sparingów po dwóch dniach, bo bił talk mocno, jakby mi chciał łeb urwać". Ja do niego: "Teraz mi o tym mówisz!?".

- Kibice wspominają również walkę z Coreym "T-Rexem" Sandersem, kiedy zaczynałeś walkę w białych spodenkach, a kończyłeś w czerwonych od krwi.

- Mojej i jego - on nie chciał przegrać. Waliłem go najmocniej jak mogłem, krew bryzgała jakbym był w rzeźni, miałem pęknięte oba łuki brwiowe. To była walka o to, kto pierwszy padnie.

- Jak rodzina znosi takie walki? Dlatego nie pozwalasz Marioli zabierać córki i syna kiedy walczysz?

- Zgodziłem się raz i wybrałem, że gorzej nie można. Ola miała 5 lat i przyjechała z mamą do Nowego Jorku na walkę z Bowe'em w Madison Square Garden. Kto mógł przewidzieć, że akurat będą zamieszki, pół sali będzie się biło z drugą częścią? Ola podobno się wyrywała, żeby mi pomóc na ringu, a ja się denerwowałem, gdzie one są, widząc co się dzieje na trybunach.

- Które z dzieci odziedziczyło po tobie determinację?

- Chyba jedno i drugie. Ola podczas ostatniego meczu tenisowego przebijała piłkę 172 razy bez przerwy, bijąc wszystkie rekordy klubu. Nie chciała przegrać. Tak jak ja. Nigdy nie rozumiałem tych, którzy wychodzą na ring nie wierząc, że wygrają. 20 lat temu, po moim mistrzostwie Polski dziennikarz mnie zapytał, czy chciałbym walczyć z Mike'iem Tysonem. Powiedziałem, że tak, dlaczego nie? Trzy rundy dałbym sobie radę. Podszedł do mnie kolega z drużyny i pyta dlaczego opowiadam takie głupoty, że Tyson by mnie zabił. Nie wiedziałem, o co mu chodzi. 20 lat później usłyszałem coś takiego od kilku zawodników z kadry, która przyjechała do Chicago na mistrzostwa świata amatorów. Że rywale są lepsi, mocniej biją i takie narzekanie. Wściekłem się. 20 lat i nic się nie zmieniło.

- Po walce z Mike'iem Mollo, kiedy praktycznie od siódmej rundy widziałeś na jedno oko, nikt nie ma wątpliwości, jak bardzo jesteś zdeterminowany by zdobyć tytuł. Na drodze do kolejnej szansy stoi Ray Austin.

- Nie lubię mówić o walce z Mollo. Powinienem go znokautować w najwyżej piątej rundzie. Austin jest moją przepustką do Wałujewa, do walki o tytuł WBA. Taką mam obietnicę od Kinga. Jeśli przegram w Chinach, już nigdy nie wyjdę na ring. Kończę karierę, na zawsze.

*****

Już po skończonej rozmowie z Andrzejem, poprosiłem o kilka uwag na temat Polaka, jego głównego sparingpartnera, Marcellusa Browna, tego samego, z którym Gołota sparował przed walką z Kevinem McBride.

- Gołota jest znacznie lepszy niż rok temu, bardziej skoncentrowany. Szybszy, bije mocniej i celniej z lewej ręki. To największa różnica. Pierwsze dwa treningi jakoś dawałem sobie z nim radę. Przed trzecim rozmawiałem w klubie z polskimi dziennikarzami, którzy powiedzieli, że są kibice w Polsce, którzy ciągle nie mogą mu wybaczyć porażki z Brewsterem. Wspomniałem o tym Andrzejowi. To był błąd. Coś się w Gołocie zacięło, zmieniło. Strasznie mnie obił, Sam Colonna musiał przerywać sparing. Będzie gotowy na Austina - nie mam żadnych wątpliwości.

Przemek Garczarczyk, USA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama